– Rozumiem, dlaczego wykorzystaliście libertariańskie komitety polityczne jako przykrywkę dla finansowania McCaffreya i Hoffritza.
Boothe uniósł brwi.
– Więc pan o tym wie?
– Wiem znacznie więcej. Boothe westchnął.
– Libertarianie to tacy beznadziejni marzyciele. Chcą zredukować rząd do minimum, praktycznie wyeliminować politykę. Pomyślałem, że zabawnie będzie posłużyć się szyldem libertariańskiej krucjaty dla osiągnięcia dokładnie przeciwnego celu.
Albert Uhlander wciąż stał plecami do oszklonych drzwi, czujny, lecz nieprzenikniony, milcząca sylwetka, która poruszała się tylko po to, żeby unieść czarny zarys szklanki z whisky do niewidocznych ust.
– Więc pan wspierał Hoffritza i McCaffreya, i Koliknikowa, i Tolbecka, i Bóg wie jeszcze ilu pokręconych „geniuszów” – stwierdził Dan. – Tak pilnie pan szukał metody kontrolowania mas, a teraz sam pan stracił kontrolę. Jeden z eksperymentów oszalał i w szybkim tempie likwiduje wszystkie związane z nim osoby. Niedługo zlikwiduje również pana.
– Z pewnością ten ironiczny obrót rzeczy sprawił panu ogromną satysfakcję – odparł Boothe. – Ale nie wierzę, że pan wie tak dużo, jak się panu zdaje. Kiedy pan usłyszy całą historię, kiedy pan zrozumie, co się dzieje, równie mocno jak my zapragnie pan przerwać zabijanie, powstrzymać grozę, która wypełzła z szarego pokoju. Przysięgał pan chronić i ratować życie, a ja dość dobrze znam pański przebieg służby i wiem, że traktuje pan tę przysięgę poważnie, wręcz z pietyzmem. Tym razem musi pan chronić życie moje i Alberta, i chociaż pan nami gardzi, udzieli nam pan wszelkiej koniecznej pomocy, jak już pan pozna całą historię.
Dan potrząsnął głową.
– Przecież pan lekceważy honor i uczciwość zwykłych ludzi, takich jak ja, a jednak polega pan na tym honorze, kiedy trzeba ratować własny tyłek.
– Na tym… i na pewnych zachętach – odezwał się Uhlander ze swojego miejsca pod oknem.
– Jakich zachętach? – zapytał Dan.
Boothe przyjrzał mu się uważnie. Jaskrawe miniaturowe desenie barwionego szkła od Tiffany’ego odbijały się w jego lodowatych oczach. Wreszcie powiedział:
– Tak, chyba nie zaszkodzi najpierw przedstawić zachęty. Albert, przynieś je tutaj, dobrze?
Uhlander podszedł do fotela, gdzie wcześniej siedział, odstawił szklankę whisky na podręczny stolik i podniósł walizkę, która stała obok fotela, lecz Dan przedtem jej nie zauważył. Położył ją na biurku Boothe’a i otworzył. Walizkę wypełniały pliki banknotów pięćdziesięcio – i studolarowych, starannie spięte opaskami.
– Pół miliona dolarów gotówką – powiedział cicho Boothe. – Ale to nie wszystko, co panu proponuję. Mam również dla pana posadę w „Journalu”. Kierownik ochrony. Z pensją ponad dwukrotnie wyższą od pańskich obecnych poborów.
Ignorując pieniądze, Dan powiedział:
– Pan udaje spokój i opanowanie, ale z tego widać wyraźnie, że jest pan zrozpaczony. To wszystko przez panikę. Podobno pan mnie zna, więc powinien pan wiedzieć, że taka oferta niemal zawsze powoduje odwrotny skutek.
– Owszem – przyznał Boothe – gdybyśmy żądali, żeby pan za pieniądze zrobił coś złego. Ale mam nadzieję przekonać pana, że chcemy, żeby pan zrobił jedyną słuszną rzecz w danej sytuacji, zgodnie z własnym sumieniem. Wierzę, że kiedy pan pozna całą sprawę, postąpi pan właściwie. I tylko tego chcemy. Naprawdę. Zobaczy pan, że nie proponujemy pieniędzy, żeby zagłuszyć poczucie winy, tylko… no cóż, jako premię za dobrze wykonane zadanie – zakończył z uśmiechem.
– Chcecie tej dziewczynki – stwierdził Dan.
– Nie – zaprzeczył Uhlander z błyszczącymi oczami, z twarzą jeszcze bardziej jastrzębią w niesamowitej gmatwaninie barwnych blasków i cieni. – Chcemy jej śmierci.
– I to szybko – dodał Boothe.
– Czy proponowaliście Rossowi Mondale’owi tyle pieniędzy? Wexlershowi i Manuellowi? – zapytał Dan.
– Wielkie nieba, skąd! – obruszył się Boothe. – Ale teraz tylko pan jeden wie, jak znaleźć Melanie McCaffrey.
– Pan jest jedynym odważnym w mieście – wtrącił Uhlander.
Obaj obserwowali Dana zza biurka z drapieżnym wyczekiwaniem.
– Widocznie jesteście jeszcze bardziej zdeprawowani, niż myślałem – oświadczył. – Uważacie, że zamordowanie niewinnego dziecka można przedstawić jako słuszną rzecz, jako dobry uczynek?
– Kluczowym słowem jest „niewinne” – odparł Boothe. – Kiedy pan zrozumie, co się stało w szarym pokoju, kiedy pan się dowie, co zabiło tych wszystkich ludzi…
– Chyba już wiem, co ich zabiło – przerwał mu Dan. – To Melanie, prawda?
Wytrzeszczyli na niego oczy, zdumieni jego przenikliwością.
– Czytałem jedną z pańskich książek, tę o projekcjach astralnych – zwrócił się do Uhlandera. – Dodałem jedno do drugiego i złożyłem razem.
Miał rozpaczliwą nadzieję, że się mylił, że jego najgorsze podejrzenia okażą się niesłuszne. Ale nie mógł uciec przed prawdą. Ogarnęła go zimna rozpacz, równie rzeczywista i niemal równie namacalna jak deszcz za oknem.
– Zabiła ich wszystkich – oświadczył Uhlander. – Sześciu ludzi jak dotąd. I zabije resztę nas, jeśli jej pozwolimy.
– Nie sześciu – sprostował Dan. – Ośmiu.
Film Spielberga dobiegł końca. Earl kupił bilety na następny seans innego filmu w tym samym multipleksie. Razem z Laurą zajęli miejsca na nowej sali, z Melanie bezpiecznie ukrytą pomiędzy nimi.
Laura obserwowała uważnie córkę podczas pierwszego seansu, ale dziewczynka nie zdradzała objawów senności czy ucieczki w głęboką katatonię. Oczy nadal śledziły akcję na ekranie aż do zakończenia, a raz przelotny uśmiech mignął w kącikach jej ust. Nic nie mówiła ani nawet nie wydała żadnego dźwięku w reakcji na celuloidową fantazję, poruszyła się zaledwie raz czy dwa, lecz nawet minimalna uwaga poświęcona filmowi świadczyła o poprawie jej stanu. Laura pozwoliła sobie na więcej nadziei niż przez ostatnie dwa dni, chociaż bynajmniej nie oceniała optymistycznie szans dziewczynki na całkowite wyzdrowienie.
Poza tym gdzieś ciągle czyhało To.
Spojrzała na zegarek. Dwie minuty do rozpoczęcia projekcji.
Earl przeczesywał wzrokiem publiczność, o połowę mniejszą niż na poprzednim filmie. Sprawiał wrażenie, że po prostu przygląda się ludziom, bez żadnego napięcia, bez cienia podejrzliwości. Nie denerwował się tak jak przed pierwszym filmem; tylko raz sięgnął pod marynarkę i sprawdził broń, zanim światła pogasły i wielki ekran zapłonął blaskiem.
Melanie osunęła się w fotelu jeszcze niżej niż poprzednio i wyglądała na bardziej zmęczoną. Lecz oczy miała szeroko otwarte i wpatrzone w ekran, na którym pokazywano zapowiedzi nadchodzących atrakcji.
Laura westchnęła.
Prawie całe popołudnie minęło bez żadnego wypadku. Może teraz wszystko będzie dobrze.
– Ośmiu? – Uhlander był przerażony. – Mówi pan, że zabiła ośmiu ludzi?
– Sześciu – upierał się Boothe. – Jak dotąd tylko sześciu.
– Wiecie o Koliknikowie w Vegas? – upewnił się Dan.
– Tak – potwierdził Boothe. – On był szósty.
– Wiecie o Tolbecku i Renseveerze w Mammoth?
– Kiedy? – zawołał Uhlander. – Mój Boże, kiedy ich dopadła?
– Wczoraj w nocy – odparł Dan.
Dwaj mężczyźni wymienili spojrzenia i Dan wyczuł falę strachu, która przepłynęła pomiędzy nimi. Uhlander powiedział:
– Ona likwiduje ludzi w określonym porządku, według tego, ile czasu spędzili w szarym pokoju i ile sprawili jej przykrości. Palmer i ja bywaliśmy tam znacznie rzadziej niż pozostali.
Dan miał ochotę zgryźliwie skomentować eufemistyczne określenie „przykrość”, wybrane przez Uhlandera zamiast bardziej odpowiedniego „ból”. Zrozumiał teraz, dlaczego obaj byli tacy spokojni, kiedy się zjawił, tacy pewni, że mają czas na drinka i staranne zaplanowanie kolejnego ruchu; spodziewali się, że zginą jako ostatni z dziesięciu konspiratorów, a dopóki sądzili, że Howard Renseveer i Sheldon Tolbeck jeszcze żyją, pomimo strachu nie wpadali w panikę.