— Gdzie byłeś, u diabła?
— Z Imperatorem — odpowiedziałem chłodno.
— Nie było cię pięć do sześciu razy dłużej, niż powinno!
Nawet nie raczyłem odpowiedzieć. Od czasu sprzeczki na temat przemówienia Corpsman i ja zaczęliśmy współpracować i żyć w zgodzie. Było to jednak wyłącznie małżeństwo z rozsądku, bez miłości. Pracowaliśmy razem, ale nigdy nie zakopaliśmy topora wojennego… chyba, że był wbity między moimi łopatkami. Nie starałem się szczególnie, aby go ugłaskać, ani nie widziałem po temu żadnych powodów. W mojej opinii jego rodzice spotkali się przelotnie na balu maskowym.
Nie lubię kłócić się z innymi członkami grupy, ale skoro jedynym zachowaniem, jakie Corpsman u mnie tolerował, była służalczość, kapelusz w dłoni i pokornie schylone czoło, to się tego nie doczeka. Nawet za cenę spokoju. Jestem profesjonalistą, zaangażowanym, aby wykonać bardzo trudne zadanie, a profesjonaliści nie korzystają z tylnych drzwi. Należy ich traktować z szacunkiem.
Zignorowałem go zatem i spytałem Roga:
— Gdzie Penny?
— Z nim. Dak i Doc też, przynajmniej na razie.
— On tu jest?
— Tak — odparł z ociąganiem Clifton. — Ulokowaliśmy go w pomieszczeniu przeznaczonym dla jego żony. Było to jedyne miejsce, gdzie mogliśmy zachować całkowitą tajemnicę, a jednocześnie zapewnić mu wszelką potrzebną opiekę. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.
— Ani trochę.
— Nie będzie ci przeszkadzać. Obie sypialnie są połączone tylko garderobą, jak pewnie zauważyłeś. Te drzwi jednak zamkniemy, a one są dźwiękoszczelne.
— To chyba dobre załatwienie sprawy, prawda? Jak on się czuje?
— Lepiej, o wiele lepiej… ogólnie rzecz biorąc — Clifton zmarszczył brwi. — Przez większość czasu jest przytomny. — Zawahał się. — Możesz tam wejść i zobaczyć się z nim, jeśli chcesz.
Ja wahałem się jeszcze dłużej.
— Jak doktor Capek sądzi, kiedy będzie gotów, aby stanąć przed publicznością?
— Trudno powiedzieć. Niedługo.
— Niedługo, to znaczy ile? Trzy czy cztery dni? Czas na tyle krótki, żeby odwołać wszystkie spotkania i po prostu mnie ukryć? Rog, nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale choć chciałbym bardzo zobaczyć go i złożyć mu wyrazy szacunku, nie sądzę, żeby to było rozsądne, zanim nie wystąpię po raz ostatni. Może to całkowicie zrujnować moją charakteryzację.
W przeszłości popełniłem okropny błąd: poszedłem na pogrzeb ojca. Od tej pory przez długie lata pamiętałem go tylko leżącego w trumnie. Wspomnienie jego prawdziwego wyglądu — męskiego, dominującego faceta, który wychował mnie twardą ręką i nauczył zawodu — odzyskiwałem bardzo powoli. Obawiałem się, że coś takiego może mi się przytrafić z Bonforte’em. Teraz wcielałem się w osobę w pełni sił i mocy, tak, jak go widziałem i słyszałem na zapisach stereo. Jeśli zobaczę go chorego i słabego, wspomnienie może zaćmić i wypaczyć moją grę.
— Nie nalegam — odparł Clifton. — Wiesz sam najlepiej. Możliwe, iż uda nam się sprawić, że nie będziesz już musiał pokazywać się publicznie, ale wolę trzymać cię w rezerwie i gotowości, dopóki całkiem nie wyzdrowieje.
Już miałem powiedzieć, że właśnie tego chciał Imperator, ale się powstrzymałem. Sam szok, przeżyty po zdemaskowaniu mnie przez Imperatora, nieco wytrącił mnie z roli. Myśl ta przypomniała mi jednako nie załatwionej sprawie. Wyjąłem poprawioną listę gabinetu i podałem ją Corpsmanowi.
— Bill, to jest zatwierdzona lista dla prasy i dziennikarzy. Zobacz, zostało zmienione tylko jedno nazwisko.
— Co?
— Jesus de la Torre zamiast Lothara Brauna. Tak właśnie chciał Imperator.
Clifton wyglądał na zdumionego, Corpsman na zdumionego i wściekłego.
— A jaka to różnica? Nie ma żadnego cholernego prawa wyrażać swoich opinii.
— Bill ma rację, Szefie — powoli odezwał się Cliflon. — Jako prawnik, specjalizujący się w prawie konstytucyjnym zapewniam cię, że zatwierdzenie przez władcę jest kwestią całkowicie formalną. Nie powinieneś był pozwolić dokonywać mu jakichkolwiek zmian.
Już miałem na nich nawrzeszczeć, i tylko spokój, narzucony mi przez rolę Bonforte’a, mnie przed tym powstrzymał. Miałem ciężki dzień i, pomimo doskonałej gry, ogarnęło mnie przeczucie nieuniknionej katastrofy. Chciałem powiedzieć Rogowi, że gdyby Willem nie był naprawdę wielkim człowiekiem, królem i władcą z prawdziwego zdarzenia, wszyscy teraz znaleźlibyśmy się w niezłych opałach… i to tylko dlatego, że nie zostałem odpowiednio przygotowany do roli.
— Zmiana została wprowadzona i koniec — powiedziałem stanowczo.
— Tak ci się tylko zdaje! — ryknął Corpsman. — Podałem prawidłową listę reporterom dwie godziny temu. A teraz wracaj i wyprostuj to. Rog, lepiej zadzwoń do pałacu i natychmiast…
— Spokój! — wtrąciłem. Corpsman zamknął się natychmiast.
— Rog, z prawnego punktu widzenia pewnie masz rację — ciągnąłem dalej już spokojniejszym tonem. — Tego nie wiem. Wiem jednak, że Imperator zakwestionował osobę Brauna. A teraz, jeśli któryś z was chce iść do Imperatora i kłócić się z nim, proszę uprzejmie. Ale ja nigdzie nie idę. Teraz zrzucę z siebie ten anachroniczny kaftan bezpieczeństwa, zdejmę buty i zrobię sobie dużego drinka. A potem pójdę do łóżka.
— Czekaj no, Szefie — zaoponował Clifton. — Masz zarezerwowane pięć minut w ogólnej sieci, żeby ogłosić powstanie nowego gabinetu.
— Ty się tym zajmiesz. Jesteś w nim pierwszym wicepremierem.
Zamrugał.
— W porządku.
— A co z Braunem? — nalegał Corpsman. — Obiecano mu już tę pracę.
Clifton spojrzał na niego w zadumie.
— Nie słyszałem tego w żadnym oficjalnym ogłoszeniu, a obejrzałem ich dużo. Po prostu zapytano go, tak samo, jak innych, czy będzie chciał przyjąć te obowiązki. To masz na myśli?
Corpsman zawahał się, niby aktor, który nie jest pewien swojej kwestii.
— Oczywiście. Ale to to samo, co obietnica.
— Nie do momentu, kiedy skład gabinetu zostanie ogłoszony publicznie.
— Ależ przecież ogłoszono go już, mówiłem ci. Dwie godziny temu.
— Mmmm… Bill, obawiam się, że będziesz musiał jeszcze raz zwołać tu chłopców i powiedzieć im, że się pomyliłeś. Albo to ja ich wezwę i powiem, ze przez pomyłkę opublikowano listę wstępną, którą im dałem, zanim pan Bonforte ją zatwierdził. Musimy to jednak sprostować, zanim zostanie ogłoszona w ogólnej sieci.
— Czy to znaczy, że pozwolisz, żeby mu to uszło na sucho? Mówiąc „mu” Bill miał raczej na myśli mnie niż Willema, ale Rog zrozumiał co innego.
— Tak, Bill, to nie czas na wywoływanie kryzysu konstytucyjnego. To się po prostu nie opłaca. Sformułujesz zatem sprostowanie, czy ja mam to zrobić?
Wyraz twarzy Corpsmana przywodził na myśl kota, głaskanego pod włos. Spojrzał ponuro, wzruszył ramionami i mruknął:
— Zrobię to. Muszę być absolutnie pewien, że zostanie sformułowane prawidłowo, abyśmy mogli jak najwięcej uratować z gruzów.
— Dzięki, Bill — spokojnie odparł Rog. Corpsman odwrócił się, żeby wyjść.
— Bill? — zawołałem w ślad za nim. — Skoro już będziesz rozmawiał z mediami, mam dla nich jeszcze jedną informacją.
— Hę? Co ty znowu kombinujesz?
— Nic takiego. — Nagle poczułem się bardzo zmęczony tą rolą i napięciem, jakie mnie kosztowała. — Powiedz im tylko, że pan Bonforte jest przeziębiony i lekarz zalecił mu odpoczynek w łóżku. Mam tego powyżej uszu.