– Wiesz… – roześmiała się z wysiłkiem. – Kiedyś uwielbiałam robienie świec. Ale teraz wątpię, czy do końca życia zrobię jeszcze choć jedną.
Dłonie Rye'a zaczęły masować obolałe mięśnie jej szyi i pochylonych pleców. Laura przymknęła oczy. Westchnęła ze znużeniem, przechylając głowę w tył, aż oparła ją na twardej męskiej piersi.
– Lauro… – szepnął, delikatnie odwracając ją do siebie.
– Och, Rye… – Na moment spojrzała mu w oczy, potem z powrotem oparła się o jego tors. Rye lekko otoczył ją ramieniem i oparł policzek na jej głowie. W ich uścisku więcej było zmęczenia niż uczucia. Czerpali z niego siłę, pociechę i świadomość, że jest ktoś, na kim można polegać.
Przez długą chwilę nie odzywali się do siebie. Laura objęła plecy Rye'a. Czuła pod policzkiem szorstką fakturę swetra. Wełna zachowała lekki aromat cedru i biło przez nią ciepło jego ciała.
Rye wdychał z włosów Laury zapach woskownicy, delikatnie masując jej ramiona.
– Będzie żył – wymruczał z ustami na jej ciemieniu.
– Dzięki Bogu – - westchnęła z ulgą. Nagle poczuła, że Rye chwieje się ze zmęczenia. Zerknęła w jego zaczerwienione oczy.
– Proszę cię, odpocznij. Wytrzymam jeszcze co najmniej parę godzin. O północy cię obudzę, przyrzekam. Idź, wyciągnij się obok Josha.
Umysł Rye'a już ledwie funkcjonował. Nie potrafił oprzeć się kuszącej perspektywie, że zamknie oczy i odpłynie w zapomnienie. I tak po raz pierwszy od pięciu lat zasnął we własnym łóżku, choć nie u boku Laury, jak sobie wymarzył. W zamian za to jego wyciągniętą na poduszce rękę lekko muskał spokojny oddech syna.
Obudził się w środku nocy, nasłuchując słabnącego wycia wichru, oddechu Josha i głośnego kaszlu Dana. Usiadł, oprzytomniawszy zerknął na syna i w samych skarpetkach podszedł cicho do drzwi. Było grubo po trzeciej. Węgle w piecu jarzyły się rubinowym żarem; nowa partia świec wisiała uwiązana knotami na kiju opartym o dwa krzesła. Na stole paliła się świeca, a obok spała Laura z głową opartą na blacie i jedną ręką wyciągniętą w poprzek stołu.
Dan przestał na chwilę kaszleć, wymamrotał coś niezrozumiale i ucichł. Rye podszedł do niego i położył mu dłoń na czole. Wydawało się chłodniejsze. Wrócił do Laury, wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni.
Jej powieki uchyliły się i natychmiast zamknęły, jakby były z ołowiu. Głowa opadła mu na szyję.
– Rye… – mruknęła bardziej przez sen niż świadomie. – Wiesz, kocham cię.
– Wiem – delikatnie położył ją obok Josha i nakrył pierzyną aż po same uszy.
Resztkami świadomości Laura czuła na czole dotyk warg Rye'a, gdy mościła się w pościeli, która wciąż zachowała ciepło jego ciała.
Nazajutrz Laura i Rye z nowymi siłami podjęli dyżury przy chorym. Rye od razu wyłożył nogi w górę i wyciągnął kozik, udając, że nie zauważa ciekawych spojrzeń Josha.
Jako że tajemniczy przedmiot zaczynał przypominać łyżwę, stoicki upór Josha legł w gruzach. Chłopiec podkradał się coraz bliżej, aż w końcu, gdy ciekawość przepełniła czarę, zagadnął:
– Co robisz?
– Chodzi ci o to? – Rye machnął w powietrzu niemal wykończoną łyżwą.
Josh pięć razy energicznie kiwnął głową, nie spuszczając z niej wzroku.
– To łyżwa.
– Dla ciebie? – Zahipnotyzowane oczy Josha otworzyły się jeszcze szerzej.
– Nie, ja już mam.
– Masz łyżwy? – Josh zmusił się, żeby na niego spojrzeć.
– Tak tylko dłubię, dla zabicia czasu, jak dawniej na statku. Majsterkuję. – Rye jeszcze raz skrobnął nożem drewno, po czym krytycznie przyjrzał się swemu dziełu i nagle wykrzyknął:
– Ale, ale, ta łyżwa wygląda mi na twój rozmiar, chłopcze! Rye z trudem zachował powagę, gdy Josh badawczo obejrzał swoją małą stopkę, a następnie łyżwę.
– Sprawdźmy… – Rye nachylił się, by porównać łyżwę z bucikiem Josha, a gdy okazało się, że pasuje niemal idealnie, zadumał się.
– Hm… – mruknął. – Czy dobrze słyszałem, że w tym tygodniu są twoje urodziny?
Nie patrząc czuł, że Laura się uśmiecha.
Potem Josh już bez przerwy wisiał na krześle Rye'a, zadawał setki pytań i chłonął wszystko, co Rye miał do powiedzenia o swoim pobycie na morzu. Bednarz opowiadał mu o ciszy morskiej, która wielu żeglarzy uczyła dłubać w drewnie dla zabicia czasu. Opisał marynarski „kulig”, zapierającą dech w piersiach jazdę łodzią wielorybniczą za potworem, w którego ciało wbił się już pierwszy harpun. Zwierzę ciągnie za sobą myśliwych poprzez kipiel w walce na śmierć i życie, trwającej czasem przez parę dni. Na koniec Rye dorzucił kilka opowiastek z repertuaru honorowych członków Wielorybniczego Klubu Łgarzy Nowej Anglii. Josh z wytrzeszczonymi oczyma słuchał fantastycznych bajań o żyjącym pod wodą żeglarzu, zwanym Starym Sztormowcem, który ma aż cztery sążnie wzrostu, licząc do czubka nosa, pija zupę wielorybią z odwróconej szalupy, zżera rekiny wraz ze skórą i strusie jaja w skorupach, a w czasie sjesty dłubie w zębach dębowym wiosłem – „długim na dwadzieścia stóp”, mówił z powagą Rye.
– Eee, na pewno sam to wymyśliłeś! – powiadał na to Josh i z zapartym tchem słuchał następnej wyssanej z palca historii.
Zabawiając w ten sposób syna, Rye celowo zwolnił tempo pracy, chcąc wydłużyć czas, który spędzał z Joshem.
Pod koniec trzeciego dnia zdjęli prześcieradła i odstawili brandy. Zawierucha ustała, pozostawiając za sobą czternastocalową warstwę śniegu, po której sanie doktora Foulgera bezpiecznie dotarły do miasteczka. Doktor zbadał Dana i oświadczył, że sam nie byłby w stanie zrobić nic więcej, a co najważniejsze – że niebezpieczeństwo minęło.
Laura i Rye starannie unikali wszelkich rozmów na tematy osobiste. Teraz, czwartej nocy czuwania, siedzieli na fotelach przysuniętych do pieca. Josh spał w bokówce, a Dan leżał w otwartej alkowie i wydawało się, że oddycha lżej.
Laura robiła na drutach wełniane skarpety dla Josha. Rye patrzył w ogień, założywszy nogę na nogę. W blasku ognia jego bokobrody przybrały rudawy odcień.
W ciszy rozlegał się tylko ledwo słyszalny klekot drutów. Po jakimś czasie Rye pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach.
– Co się tyczy wyjazdu… – zaczął. Laura wstrzymała oddech. Opuściła robótkę i spojrzała na niego.
– Nie zabiorę ze sobą DeLaine Hussey – oświadczył cicho.
– Nie? – Serce Laury zakołatało tak mocno, że cud, iż nie połamało jej żeber.
– Zabiorę ciebie. Laura oblała się rumieńcem. Zaczerpnęła głęboki oddech, po czym z nową, gorączkową energią zaczęła poruszać drutami.
– O ile zechcesz wyjechać – ciągnął Rye, przyglądając się jej z ukosa. Druty migały jak szalone. – Może byś tak na chwilę odłożyła tę przeklętą robótkę – rzucił z irytacją.
Dłonie Laury opadły na kolana. Rye oparł się wygodniej.
– Lauro, spłaciliśmy dług wobec Dana. Będzie żył. Teraz musimy pomyśleć o sobie.
Podniosła wzrok. Rye wpatrywał się w nią z napięciem.
– Jestem tu od trzech dni i nocy i wiem już na pewno, że byliśmy głupi, pozwalając, by kierował nami tylko obowiązek i poczucie winy. Należymy do siebie. Nie obchodzi mnie, gdzie będziemy mieszkać: tu w Nantucket czy na końcu świata. Dla mnie ty jesteś światem. Mój dom jest tam, gdzie ty i nie mam zamiaru się tego wstydzić. Nie chcę żadnych niedomówień między mną a Danem. Kiedy odzyska przytomność, powiem mu całą prawdę, żebyśmy wszyscy mogli wreszcie zacząć myśleć o przyszłości. Widzisz, napisałem już do Throckmortona i zgodziłem się dołączyć do wyprawy. Wyruszamy z Albany piętnastego kwietnia, co oznacza, że musimy wypłynąć stąd parowcem w końcu marca. Zostały zaledwie trzy miesiące, a przygotowań jest dużo. Pytam cię po raz pierwszy i ostatni, Lauro: pojedziesz ze mną na wiosnę do Michigan?