Выбрать главу

Unosząc oszołomione i bezwolne ofiary, uleciały w mroczne niebo nad miastem z odrażającą gracją genialnych drapieżców.

Starsi, którzy pozostali przy milczącej już maszynie, powoli otrząsali się z letargu i zaczynali nawoływać się wzajemnie, jeszcze zdumieni nagłą utratą i równie zaskakującym powrotem świadomości. W ich krzykach pojawiła się też zgroza, kiedy zauważyli, że brakuje trzech spośród nich. Wyjąc wściekle, skierowali włócznię słoneczną ku górze, niepotrzebnie mierząc z niej w pustą przestrzeń. Zaraz potem pojawili się młodsi wojownicy, z kuszarpaczami i maczetami gotowymi do akcji. Rozejrzawszy się ze zdziwieniem po tarasie, pomału opuścili broń.

*

Dopiero wtedy – gdy towarzysze ofiar wykrzykiwali przekleństwa i groźby, a ćmy mknęły już gdzieś daleko nad miastem – Yagharek wyrwał się z bojowego transu i podjął przerwaną wędrówkę w dół, po żelaznej kratownicy dźwigającej ciężar Szklarni. Konstrukty-małpy ruszyły za nim, gdy tylko spostrzegły jego pierwszy ruch.

Garuda przesuwał się wzdłuż poziomych belek, dbając o to, by stanąć na ziemi dokładnie za ostatnim rzędem domów, na skrawku zaśmieconej ziemi odciętej od reszty kolonii przez fragment cuchnącego kanału.

Ostatnich kilka stóp pokonał jednym skokiem i z efektownym przewrotem bezszelestnie wylądował na stercie tłuczonych cegieł. Przykucnął natychmiast i nasłuchiwał przez dłuższą chwilę.

Ciszę przerwała tylko seria metalicznych szczęków i syk tłoków, gdy trzy sprawne konstrukty zeskoczyły na ziemię tuż obok niego i zastygły, oczekując dalszych rozkazów.

Yagharek spojrzał na brudną wodę, stojącą w rowie odciętym od świata przez szklaną kopułę. Cegły, którymi wyłożono brzegi kanału, były śliskie od organicznych osadów. Jeden z jego końców oddalony od ściany Szklarni o dobrych trzydzieści stóp był zamknięty starannie ułożonym murem – najwyraźniej była to niegdyś ślepa odnoga miejskiego systemu kanałów. Drugi koniec, tuż przy żelaznej krawędzi kopuły, blokowała byle jak wykonana tama z betonu, gruzu i żelaza. Wciśnięto ją między murowane brzegi rowu, nie przejmując się zbytnio szczelnością. Zapora przeciekała więc na tyle skutecznie, by zasilać odcięty kanał wodą z zewnątrz. To, co przesączało się przez tamę, było ciepłą breją pełną martwych, rozkładających się organizmów.

Yagharek wyczuwał jej smród. Odpełzł nieco dalej, w stronę resztek muru, które przetrwały wyburzanie budynku. Dopiero teraz zauważył, że z uliczek kolonii kaktusów wciąż jeszcze dobiegają paniczne okrzyki żołnierzy. Idiotyczne głosy, domagające się stanowczego działania, nakładały się na siebie i wzajemnie zagłuszały.

Garuda już miał ułożyć się wygodnie na rumowisku, by zaczekać na Shadracha i pozostałych, gdy ujrzał, że sterty potłuczonych cegieł zaczynają się ruszać. Z miniaturowych osypisk wynurzyli się wolno Isaac, Shadrach, Pengefinchess, Derkhan, Lemuel i Tansell. Tuż obok stanęła nagle na nogi kupa drutów, żelastwa i szkła – dwa konstrukty ruszyły na spotkanie z trzema, które towarzyszyły Yagharkowi.

Przez moment nikt się nie odzywał. Isaac ruszył przed siebie, zostawiając za sobą obłok kurzu. Muł z kanałów ściekowych, który okrywał jego ubranie i torbę, był teraz oklejony grubą warstwą pyłu ze szczątków zburzonego budynku. Poobijany hełm – podobny do tego, który nosił Shadrach, przesłonięty skomplikowaną armaturą – kiwał się absurdalnie na jego głowie.

– Yag – mruknął cicho. – Dobrze cię znowu widzieć, stary. Cieszę się… że nic ci się nie stało. – Uczony chwycił dłoń garudy i potrząsnął nią. Yagharek, choć zaskoczony, nie cofnął się i nie wyrwał ręki z uścisku.

Poczuł się tak, jakby nagle otrząsnął się z zadumy. Rozejrzał się, jak gdyby dopiero teraz po raz pierwszy naprawdę dostrzegł Isaaca i pozostałych. Czuł ulgę, widząc ich wprawdzie brudnych, posiniaczonych i podrapanych, ale żywych i zdrowych.

– Widziałeś, co tu się działo? – spytała Derkhan. – Dopiero co wyszliśmy z podziemi; całe wieki łaziliśmy po tych przeklętych kanałach ściekowych, ciągle słyszeliśmy te głosy… – Kobieta urwała i z odrazą potrząsnęła głową na samo wspomnienie. – Wreszcie znaleźliśmy właz i wyszliśmy na powierzchnię niedaleko stąd. A na ulicy chaos, totalny chaos! Żołnierze biegli w stronę świątyni… Widzieliśmy też tę… tę świecącą maszynę. Łatwo było tu dotrzeć, nikt się nami nie interesował… – Derkhan zawiesiła głos. – Ale właściwie nie wiemy, co się tu stało – podsumowała cicho.

Yagharek wziął głęboki wdech.

– Ćmy tu mieszkają – oznajmił. – Widziałem ich gniazdo. Zaprowadzę was.

Wiadomość zelektryzowała pozostałych.

– A te cholerne kaktusy nie wiedzą, że mają potwory pod nosem? – spytał Isaac. Yagharek pokręcił głową (był to pierwszy ludzki gest, którego się nauczył).

– Nie wiedzą, że ćmy sypiają w ich domach – odparł garuda. – Słyszałem, jak krzyczeli; myśleli, że przyleciały z zewnątrz, że to tylko atak. Nie mają pojęcia… – Yagharek urwał, myśląc o scenie paniki na najwyższym tarasie świątyni słońca; o starszych bez hełmów z lusterkami i o głupio odważnych żołnierzach, którzy na szczęście nie zdążyli zaatakować bestii, a tym samym uniknęli niechybnej i bezsensownej śmierci. – Nie mają pojęcia, jak sobie radzić z tymi potworami – dokończył szeptem. Na jego oczach wodnica Pengefinchess przesunęła się pod jej koszulą, mocząc wrażliwą skórę, a przy okazji zmywając brud z ciała i odzieży. Strój kobiety był teraz niedorzecznie czysty. – Powinniśmy pójść do gniazda – odezwał się po chwili Yagharek. – Chodźmy, ja poprowadzę.

Awanturnicy zgodnie skinęli głowami i odruchowo zaczęli sprawdzać broń oraz resztę rynsztunku. Isaac i Derkhan wyglądali na zdenerwowanych, ale panowali nad sobą, zaciskając szczęki. Lemuel uśmiechnął się sardonicznie i zaczął czyścić paznokcie czubkiem noża.

– Jest coś jeszcze, o czym powinniście wiedzieć – dodał garuda. Zwracał się do wszystkich, a w jego głosie była nuta niepokoju, której nie można było zignorować. Tansell i Shadrach przestali gmerać w plecakach i z uwagą popatrzyli na człowieka-ptaka. Pengefinchess odłożyła łuk, którego cięciwę testowała, a Isaac posłał Yagharkowi spojrzenie pełne bolesnej rezygnacji. – Trzy ćmy wyleciały przez wyrwę w sklepieniu, unosząc zahipnotyzowanych kaktusów. Ale my wiemy, że powinny być cztery. Tak twierdził Vermishank. Może się mylił, może kłamał, a może jedna z nich zginęła. Możliwe jest jednak i to – dodał garuda – że jedna z nich pozostała w gnieździe i czeka na nasze przybycie.

ROZDZIAŁ 44

Patrole uzbrojonych kaktusów zgromadziły się u podnóża świątyni, a ich dowódcy zapamiętale kłócili się ze starszymi plemienia.

Shadrach przykucnął w zaułku, poza zasięgiem ich wzroku, i wyjął z ukrytej kieszeni miniaturową lunetę. Rozciągnął ją i skierował w stronę grupy rozmawiających i gestykulujących z ożywieniem żołnierzy.

– Oni rzeczywiście nie mają pojęcia, co robić – mruknął do siebie. Pozostali członkowie wyprawy kryli się za jego plecami, przytuleni do wilgotnej ściany budynku. Jak dotąd udawało im się przemykać niezauważenie w migotliwym blasku ulicznych pochodni. – Pewnie dlatego nie odwołują zakazu opuszczania domów… Ćmy dobrały im się do skóry… choć z drugiej strony może zawsze mają tu godzinę milicyjną? Wszystko jedno – szepnął, odwracając się w stronę towarzyszy. – W ten sposób mogą nam tylko pomóc.

Nie było trudno skradać się chyłkiem po słabo oświetlonych uliczkach kolonii zwanej Szklarnią. Nikt nie próbował zakłócić pochodu małego oddziału intruzów. Szli więc rzędem za Pengefinchess, która poruszała się w dziwny sposób – ni to żabimi skokami, ni to ostrożnym, złodziejskim krokiem. W jednym ręku trzymała łuk, a w drugim strzałę o dużym, spłaszczonym grocie, przeznaczoną specjalnie do polowania na ludzi-kaktusy, ale nie musiała używać broni. Yagharek szedł o kilka stóp za nią, szeptem przekazując jej wskazówki co do kierunku marszu. Od czasu do czasu kobieta-vodyanoi zatrzymywała się i przypadała do najbliższej ściany, gestem nakazując pozostałym, by szukali kryjówki, gdy któryś z odważniejszych – lub po prostu głupich – mieszkańców kolonii decydował się rozsunąć zasłony i wyjrzeć na ulicę.

Pięć konstruktów-małp kuśtykało na swych mechanicznych nogach u boku organicznych towarzyszy. Ich ciężkie, metalowe ciała pracowały wyjątkowo cicho, emitując jedynie kilka osobliwych, stłumionych dźwięków. Isaac nie wątpił, że tej nocy ludzie-kaktusy śpiący pod kopułą Szklarni będą śnić koszmary, w których pojawi się cichy brzęk kroków żelaznych stóp, przemierzających wąskie, brukowane ulice.