Выбрать главу

Pengefinchess minęła siedziby vodyanoich-bogaczy, trzymając się blisko dna. Im bardziej oddalała się od centrum miasta, tym większe przepełniały ją radość i spokój. Ucieczka sprawiła jej wielką przyjemność.

Rozłożyła ramiona i nawiązała psychiczny kontakt ze swoją wodnicą. Istota w jednej chwili oderwała się od jej skóry i przeniknęła przez mikroskopijne pory w cienkim, bawełnianym kombinezonie. Po wielu dniach suszy i pływania w ściekach oswojony żywioł z rozkoszą zmieszał się z czystym nurtem rzeki. Wodnica, pseudożywa istota z wody, napawała się wolnością w bezmiarze wielkiej rzeki.

Swawolny nastrój wodnicy udzielił się Pengefinchess: popłynęła za nią daremnie próbując zacisnąć palce wokół jej płynnego ciała. Istota gwałtownie zmieniła kurs, zachęcając najemniczkę do zabawy.

„Pójdę w górę wybrzeża” – postanowiła Pengefinchess. „Okrążę góry, a może przejdę między szczytami Bezhek, zahaczając o skraj sawanny Wormseye. Zajdę nad Morze Zimnego Szponu”. Zaraz potem w jej pamięci zaszła zmiana: Derkhan i pozostali nagle stali się historią, sprawą minioną i zakończoną, o której być może pewnego dnia zechce co najwyżej snuć opowieści.

Otworzyła niezwykle szerokie usta, aby nabrać wielki haust wody z zimnego nurtu Egzemy. Płynąc wytrwale, minęła przedmieścia i znalazła się poza granicami Nowego Crobuzon.

ROZDZIAŁ 49

Mężczyźni i kobiety w umorusanych kombinezonach wymykali się chyłkiem z wysypiska numer dwa w Griss Twist.

Szli pieszo i jechali wozami, pojedynczo, parami lub w cztero- i pięcioosobowych grupkach. Zachowywali umiarkowane tempo, tak by nie zwracać na siebie uwagi. Ci, którzy poruszali się na własnych nogach, uginali się pod ciężarem zwojów grubego kabla lub dzielili się ładunkiem z kolegami. Ci, którzy jechali na wozach, mogli przysiąść wygodnie na szpulach przewodu odzyskanego ze śmietniska.

Wkraczali do miasta w nieregularnych odstępach czasu, na przestrzeni ponad dwóch godzin, ściśle przestrzegając harmonogramu opracowanego przez Radę Konstruktów. Była to „przypadkowość” starannie skalkulowana.

Mały wóz konny z czterema ludźmi włączył się do ruchu na moście Cockscomb i pojechał ulicami w górę, ku centrum Spit Hearth. Posuwając się naprzód w dość wolnym tempie, skręcił w wysadzany figowcami bulwar St Dragonne. Koła z zadziwiająco cichym stukotem wjechały na deski, którymi wyłożono ulicę – było to dziedzictwo epoki ekscentrycznego burmistrza Waldemyra, który nie lubił łoskotu kół na kamiennej nawierzchni pod oknami swego domu.

Woźnica zatrzymał pojazd, zaczekał na przerwę w kolumnie wozów jadących z przeciwka, i zjechał w lewo, na małe podwórko. Bulwar był stąd niewidoczny, za to doskonale słyszalne były wszelkie odgłosy toczącego się na nim, codziennego życia mieszkańców Spit Hearth. Wóz zatrzymał się przed wysokim murem z intensywnie czerwonej cegły, zza którego rozchodził się mocny, przyjemny zapach kapryfolium. Wiatr kiwał kępkami kwiatów, które wychylały się ponad krawędzią ściany. Za murem znajdował się ogród klasztoru Vedneh Gehantock, pielęgnowany przez ludzi-kaktusy odszczepieńców i nielicznych ludzi, mnichów i wyznawców tej roślinnej bogini.

Czterej mężczyźni zeskoczyli na ziemię i zaczęli wyładowywać narzędzia oraz ciężkie szpule kabli. Przechodnie mijali ich z rzadka, przyglądając się nieuważnie i zaraz zapominając o ich obecności.

Jeden z ludzi uniósł wysoko końcówkę przewodu i przytknął ją do klasztornego muru. Jego kolega przyłożył do grubej izolacji masywną, żelazną klamrę, a w drugiej ręce ścisnął potężny młot. Trzy uderzenia wystarczyły, by kabel został na trwałe zakotwiczony w cegłach, na wysokości siedmiu stóp nad ziemią. Dwaj mężczyźni ruszyli wzdłuż czerwonej ściany, by powtórzyć zabieg osiem stóp dalej na zachód, a potem jeszcze raz, w całkiem przyzwoitym tempie mocując przewód.

Ich ruchy nie były ukradkowe. Pracowali zupełnie normalnie, wydajnie i szybko. Stukot ciężkiego młota wpasował się w chór typowych odgłosów miasta.

Wkrótce zniknęli za rogiem, sprawnie układając kabel w kierunku zachodnim i tocząc przed sobą masywną szpulę. Ich dwaj towarzysze pozostali przy rozszczepionej końcówce przewodu, z której skrawki miedzi i szlachetnych stopów sterczały jak wąskie płatki kwiatu.

Para monterów poprowadziła kable wzdłuż muru przecinającego Spit Hearth, wokół tylnych ścian restauracji, zapleczy butików i warsztatów stolarskich, ku strefie czerwonych latarń i dzielnicy Crow; w głąb tętniącego życiem jądra Nowego Crobuzon.

Wbijali metalowe klamry raz wyżej, raz niżej, w cegły i w beton, omijając otwory okien i drzwi, miejscami kładąc kabel wzdłuż innych przewodów, rur z wodą lub gazem, przewodników taumaturgicznych oraz rdzewiejących, blaszanych rynien odpływowych niewiadomego przeznaczenia. Kabel niemal natychmiast stawał się niewidoczny, spojony z tkanką nerwową miasta.

Prędzej czy później monterzy musieli jednak pokonać kanion ulicy, wzdłuż której się posuwali, a która łagodnym łukiem skręcała na wschód. Obniżyli bieg kabla, zbliżając się do zagłębienia w jezdni, które łączyło przeciwległe chodniki. Był to rynsztok, pierwotnie przeznaczony do spławiania ścieków komunalnych, a obecnie stanowiący element kanalizacji burzowej. Szeroki na sześć cali, spinał wyloty betonowych rur, które pod żelaznymi pokrywami ginęły gdzieś w czeluściach podziemnej sieci kanałów.

Dwaj wyznawcy Boga-maszyny ułożyli kabel w rynsztoku i solidnie umocowali go klamrami. Pracowali szybko, od czasu do czasu wycofując się przed nadjeżdżającymi wozami. Na szczęście ta część ulicy nie należała do zbyt ruchliwych i mogli wykonać zadanie zgodnie z harmonogramem.

Nadal nikt nie zwracał na nich uwagi. Pracując w skupieniu przy kolejnej tylnej ścianie budynku – tym razem była to szkoła, z okien której dobiegały gniewne szczeknięcia zapalczywych pedagogów – monterzy minęli inną ekipę robotników, zajętych osadzaniem w ziemi nowych słupów. Kopacze podnieśli głowy i wymamrotali słowa krótkiego pozdrowienia, a potem zupełnie zignorowali nowo przybyłych.

Zbliżając się do dzielnicy czerwonych latarń, wysłannicy Rady Konstruktów skręcili w podwórze, tocząc przed sobą coraz lżejszą szpulę. Mury domów, wysokie na pięć lub więcej pięter, otoczyły ich z trzech stron. Były zbudowane z cegieł, brudne i omszałe, a długie lata zmagań z deszczami spłukującymi z nieba smog naznaczyły je siecią wyżłobień. Okna rozmieszczono nierównomiernie, jakby ktoś od niechcenia skropił mury kanciastymi plamami z drewna i szkła.

Słychać było krzyki i przekleństwa mieszkańców kamienic, a także brzęk rzucanych sztućców. Małe dziecko nieokreślonej płci przyglądało się pracującym z okna na trzecim piętrze. Dwaj mężczyźni spojrzeli po sobie i z niepokojem popatrzyli na pozostałe okna. Nie dostrzegli jednak nikogo poza zaciekawionym smarkaczem.

Rozwinąwszy na ziemi kabel aż do końca szpuli, jeden z mężczyzn zadarł głowę, uśmiechnął się i mrugnął zawadiacko w stronę małego obserwatora. Drugi przyklęknął obok i zajrzał w dół przez grube szczeble okrągłej, żelaznej kratki ściekowej, wpuszczonej w podłoże dokładnie pośrodku podwórza.

Z ciemności kanału dobiegły słowa krótkiego pozdrowienia, a w wąskiej smudze światła pojawiła się brudna dłoń.

Monter szturchnął kolegę.

– Trafiliśmy! Już tam są… – syknął mu do ucha. Zaraz potem chwycił końcówkę rozwiniętego już kabla i spróbował wetknąć ją między szczeble kratki zamykającej studzienkę, ale szczelina była zbyt wąska. Mężczyzna zaklął i wyciągnął piłę z pudła z narzędziami. Krzywiąc się niemiłosiernie na zgrzytliwy dźwięk metalu trącego o metal, zaczął ciąć.

– Pospiesz się – odezwał się głos spod ziemi. – Coś szło za nami. Monter dokończył cięcie, odgiął żelazny szczebel i wsunął pępowinę kabla w powiększony otwór. Jego towarzysz rozglądał się nerwowo, raz po raz zerkając na tę groteskową, odtworzoną od końca parodię narodzin.

Mężczyźni czekający pod ziemią pochwycili przewód i pociągnęli go za sobą w głąb mrocznych kanałów, ukrytych żył miasta. Dziecko przyglądało się z góry dwóm monterom, z zadowoleniem wycierającym ręce o nogawki kombinezonów. Jardy ciemnego kabla znikały szybko z cichego podwórka, aż wreszcie część wystająca pod ostrym kątem zza węgła kamienicy naprężyła się i znieruchomiała.

Zanim dwaj wyznawcy Rady Konstruktów znikli za rogiem, jeden z nich raz jeszcze mrugnął do dzieciaka w oknie na trzecim piętrze.

Wyszedłszy na ulicę, rozdzielili się bez słowa i oddalili w przeciwnych kierunkach, skąpani w blasku zachodzącego słońca.

*

Dwaj mężczyźni czekający przy klasztornym murze zadarli głowy.

Nad krawędzią domu stojącego po drugiej stronie ulicy – ponurego i wilgotnego obelisku z betonu – pojawiły się sylwetki trzech ludzi. Trzymali w rękach zwoje kabla; niewielki, ledwie czterdziestostopowy fragment z potężnej szpuli przewodu, który zdążyli już położyć, poruszając się po dachach od południowego krańca Spit Hearth.