Выбрать главу

Instalacja, którą zostawili za sobą, wiła się po skosach i płaszczyznach, między koloniami pordzewiałych rur, wspornikami gołębników i grzybowatymi naroślami na zwietrzałych dachówkach. Kołysała się łagodnie nad ulicami, umocowana do kładek na wysokości dwudziestu, czterdziestu i więcej stóp nad ziemią. Tam, gdzie rozpadliny między budynkami nie były szersze niż sześć stóp, monterzy przeskakiwali nad nimi i pozostawiali swobodnie zawieszony kabel.

Przewód znikał za horyzontem dachów gdzieś na południowym wschodzie, gdzie zwieszał się aż do ziemi we wnętrzu oślizgłej od mułu rynny i rury spustowej, by zniknąć w kanałach ściekowych.

Monterzy podeszli do drabiny przeciwpożarowej i zaczęli schodzić. Zaciągnęli gruby kabel na pierwsze piętro, a stamtąd spojrzeli w dół, na klasztorny ogród, skąd obserwowali ich dwaj mężczyźni.

– Gotowi? – krzyknął jeden z nowo przybyłych i zamarkował ruch zrzucania czegoś na dół. Dwaj spoglądający w górę przytaknęli zgodnym ruchem głów. Trzej na dachu wzięli potężny zamach i cisnęli przed siebie resztkę grubego kabla.

Spadający przewód wił się w powietrzu jak dziki, latający wąż. Wreszcie z trzaskiem spoczął w ramionach jednego z monterów, który w samą porę stanął pod ścianą. Mężczyzna stęknął z bólu i wysiłku, ale utrzymał ciężar. Uniósł ramiona wysoko nad głowę i ze wszystkich sił naciągnął kabel, przenosząc jego końcówkę na drugą stronę ulicy.

Przytknął ją do muru otaczającego klasztor, w takim miejscu, by rozcapierzone końcówki drutów sterczące spod izolacji stykały się z tymi, które wystawały z przewodu umocowanego już przez jego towarzyszy. Drugi monter zręcznym ciosem młota przytwierdził klamrę i kabel do ściany ogrodu Vedneh Gehantock.

Czarna lina z metalu i gumy połączyła mur z dachem pobliskiego budynku, wznosząc się pod ostrym kątem nad głowami obojętnych przechodniów.

Trzej ludzie stojący na dachu wychylili się, obserwując działania swych kolegów na dole: jeden z monterów zaczął skręcać pozbawione izolacji druty, tworząc skomplikowane połączenie dwóch grubych kabli. Pracował szybko, gołymi rękami, póki metalowe skrawki nie utworzyły paskudnego i z pozoru chaotycznego, ale w rzeczywistości dobrze przemyślanego węzła.

Wtedy otworzył torbę z narzędziami i wyjął z niej dwie małe buteleczki. Potrząsnął nimi lekko i wyjął zatyczkę z pierwszej. Wylał jej zawartość na plątaninę drutów, które zdawały się nasiąkać lepkim płynem. Identycznie postąpił z cieczą z drugiego pojemnika. Dwie substancje natychmiast weszły w burzliwą, dobrze słyszalną reakcję. Mężczyzna cofnął się nieco i wyciągniętą ręką dokończył wylewanie odczynnika. Zamknął oczy, gdy z gwałtownie rozgrzewającego się metalu buchnął dym.

Chymikalia zmieszały się i zapaliły, a temperatura reakcji była tak wysoka, że ręcznie skręcone końcówki kabli stopiły się ze sobą.

Kiedy metal ostygł, dwaj monterzy przystąpili do realizacji ostatniej fazy swej misji. Gęstą, smolistą farbą pokryli starannie wszystkie połączenia, tworząc grubą i trwałą powłokę izolacyjną.

Trzej mężczyźni na dachu uśmiechnęli się z zadowoleniem. Po chwili odwrócili się i zniknęli za grzbietami dachówek, by zaraz potem rozpłynąć się w mieście jak dym na silnym wietrze.

Na linii Griss Twist – Crow dokonywano wielu podobnych operacji.

Grupy mężczyzn i kobiet przemierzały labirynt tuneli kanalizacyjnych – wilgotnych, cuchnących i pełnych niepokojących dźwięków. Ich praca została w miarę możliwości zorganizowana, tak by każdą z większych ekip prowadził ktoś, kto miał przynajmniej ogólne pojęcie o podziemnym mieście: pracownik służb kanalizacyjnych, inżynier lub złodziej. Wszyscy zaopatrzyli się w mapy, pochodnie i pistolety, a od Rady Konstruktów dostali bardzo szczegółowe instrukcje. Ekipy liczące dziesięć i więcej osób taszczyły ze sobą po kilka ciężkich zwojów przewodu, mocując go w marszu do rur biegnących pod sklepieniem tuneli. Kiedy kończył się kabel, monterzy spajali go z następnym kawałkiem i kontynuowali wędrówkę.

Opóźnienia zdarzały się wtedy, gdy któraś z grup gubiła drogę w ciemnościach i zbaczała w niebezpieczne strony: ku gniazdom ghuli lub kryjówkom podziemców. Szczęściem, przygody te kończyły się szybkim odwrotem i cichym wołaniem o pomoc, a nie konfrontacją.

Kiedy wreszcie dochodziło do spotkania dwóch grup, które wywiązały się ze swych zadań – zwykle w przestronnym kolektorze lub pomieszczeniu technicznym przylegającym do kanału – pozostawało im już tylko jedno: połączenie końcówek grubych kabli za pomocą chymikaliów, palników lub podwórkowej taumaturgii.

Zespoły, które kończyły pracę, natychmiast wychodziły na powierzchnię i rozpraszały się.

W nie rzucających się w oczy miejscach – w głębi zapomnianych zaułków lub wąskich przejściach między budynkami – kable były wyprowadzane spod ziemi i przekazywane w ręce ludzi pracujących na ulicach. Ci ciągnęli je dalej, za magazynami, po zawilgoconych schodach, ponad dachami i wzdłuż tętniących chaosem ulic, gdzie banalność wykonywanej pracy czyniła ich absolutnie niewidzialnymi.

Tam, gdzie spotykali następnych, starannie łączyli przewody, izolowali je i znikali bez śladu.

W swej przenikliwości Rada Konstruktów wzięła pod uwagę i taką możliwość, że niektóre ekipy zaginą, nie dotrą do punktów zbornych. Dlatego też wzdłuż trasy, którą miała przebiegać magistrala danych, zostały rozstawione zapasowe zespoły monterów. Ukryci w bramach domów i nad brzegami kanałów, wyznawcy Bosmecha czekali na sygnał, trzymając w pogotowiu narzędzia i szpule kabla.

Jednak szczęście sprzyjało ich kolegom. Zdarzyło się kilka nieprzewidzianych sytuacji, spóźnień i chwilowych napadów paniki, ale żadna z ekip nie przepadła bez wieści, wszystkie wypełniły swą misję. Zmiennicy pozostali bezczynni.

Długa i kręta magistrala danych przepołowiła Nowe Crobuzon. Wiła się ulicami i kanałami na przestrzeni ponad dwóch mil. Czarna guma izolująca wiązkę przewodów nurzała się w szlamie fekaliów, ginęła w masie bujnych mchów i gnijącego papieru, w nigdy nie strzyżonych krzakach, na zapomnianych trawnikach – gdzie przecinała ścieżki znane jedynie zdziczałym kotom i bandom uliczników – a w wielu miejscach zaznaczała swą obecność wprost na dziełach architektury, okrytych kurzem i wilgotnym, ceglanym pyłem.

Kabel wił się niestrudzenie, kluczył rozpalonymi słońcem ulicami jak ryba uparcie dążąca na tarlisko, którym miał być dla niego gigantyczny monolit w sercu Nowego Crobuzon.

*

Zachodzące słońce przydawało szczytom gór na zachód od miasta szczególnego majestatu, lecz nawet one nie mogły się równać z chaotycznie pięknym, olbrzymim gmachem Dworca Perdido.

Na jego niezmierzonej, ponurej fasadzie okna płonęły odbitym blaskiem czerwonego słońca, a rozświetlone od wewnątrz pociągi wpadały do pięciu paszcz dworca niczym ofiarne zwierzęta. Niebosiężny Szpikulec przebijał chmury jak włócznia barbarzyńcy, lecz i jego ogrom nic nie znaczył przy gabarytach głównego gmachu dworca; był ledwie betonowym dodatkiem do niesławnego lewiatana, który z satysfakcją wynurzał się z głębin morza-miasta.

Kabel, który wił się w stronę owej bestii wzniesionej ludzką ręką, kołysał się na dachach Nowego Crobuzon jak na oceanicznych falach.

Zachodni fronton budynku Dworca Perdido piętrzył się ponad placem BilSantum. Był to skwer nieprzeciętnej urody; wielki i zazwyczaj zatłoczony mrowiem ludzi i wozów, krążących wokół małego parku zajmującego centralną jego część. W bujnej zieleni owej kępy drzew roiło się od żonglerów, magików i hałaśliwych straganiarzy. Obywatele odwiedzający plac byli zazwyczaj obojętni na groźny urok monumentalnej budowli, która przesłaniała im pół nieba. Niektórzy z przyjemnością spoglądali co najwyżej na dolną część frontonu, zwłaszcza wtedy gdy zachodzące słońce wydobywało z cienia wszystkie detale bogato zdobionej ściany, mieniące się jak w kalejdoskopie: sztukaterie i drewniane płaskorzeźby błyszczały różem, cegły pulsowały krwawą czerwienią, a żelazne belki połyskiwały intensywnym światłem.

Ulica BilSantum, która brała swój początek od placu, przebijała się pod wysokim łukiem łączącym główną bryłę gmachu ze Szpikulcem. W dolnych partiach sylweta Dworca Perdido nie zaznaczała się zbyt wyraźnie; jej brzegi przenikały się i zlewały z otoczeniem: niższe wieżyczki przechodziły niepostrzeżenie w dachy zwyczajnych, przeciętnych domów. Betonowe płyty, które stanowiły ich wierzchnią warstwę, spływały coraz niżej po okolicznych budowlach, by nagle stać się częścią paskudnego nabrzeża nad jednym z kanałów. W miejscach, gdzie pięć linii kolejowych wznosiło się ponad dachami domów i znikało we wnętrzu dworca, wielkie łuki z cegieł wychylały się z murów gmachu i wspierały wiadukty, jakby architektura wylała się niespodziewanie poza narzucone jej kształty.