Выбрать главу

W ostatni, chłodny wieczór owe pozytywne emocje umocniły się znacznie, kiedy szli w stronę dworca, a potem jechali pociągiem ponad miastem w stronę Żmijowej Nory. A najbardziej przyjemnym skutkiem tego zbliżenia były jeszcze silniejsze doznania, które towarzyszyły później ich erotycznym igraszkom.

Isaac chwycił ją, gdy tylko zamknęli za sobą drzwi. Odwzajemniła uścisk, obejmując go ramionami za szyję. Trzymając go tak, otworzyła pancerz na głowie i pozwoliła gładzić skrzydła – robił to drżącymi palcami. Pozwoliła, by czekał, rozkoszując się jego delikatnymi pieszczotami, nim wreszcie pociągnęła go do łóżka i ułożyła na plecach, pod sobą. Zrzuciła z siebie ubranie i zdarła odzież z Isaaca, po czym dosiadła go i oddała w jego ręce wrażliwą, owadzią głowę i całe ciało – piersi i poruszające się miarowo biodra.

Kiedy skończyli, przygotował kolację, którą zjedli, rozmawiając. Lin nie wspomniała jednak o panu Motleyu. Była zakłopotana, kiedy Isaac pytał o przyczynę wczorajszej melancholii. Zaczęła więc brnąć w półprawdy, opowiadając o wielkiej i wyjątkowo trudnej rzeźbie, której nie chciała nikomu pokazać, przez którą nie mogła nawet myśleć o starcie w konkursie Shintacost i której tworzenie – w dość dalekiej okolicy, której nazwy nie chciała zdradzić – wyciska z niej wszystkie soki.

Słuchał uważnie, może nawet zbyt uważnie. Wiedział, że Lin bywa czasem obrażona, kiedy w ferworze badań nie zwraca wystarczającej uwagi na jej sprawy. Tym razem słuchał więc i błagał, by powiedziała mu, gdzie pracuje. Oczywiście nie zrobiła tego.

Zmiótłszy ze stołu okruchy i ziarna, znowu poszli do łóżka. Isaac przytulił ją mocno we śnie.

A teraz, kiedy się obudziła, przez długie minuty cieszyła oczy jego obecnością, nim wreszcie wstała niechętnie i zaczęła smażyć kromki chleba na śniadanie. Kiedy ocknął się, czując zapach jedzenia, radośnie ucałował ją w szyję i głowobrzuch. W odpowiedzi Lin pogładziła jego policzki głowoodnóżami.

Musisz dziś popracować? – zapytała ponad stołem, wgryzając się żuwaczkami w świeży grejpfrut.

Isaac niechętnie podniósł wzrok znad talerza z grzankami.

– Niestety, tak. Naprawdę, kochanie – odpowiedział, nie przestając żuć.

Nad czym?

– Wiesz, mam u siebie tyle tego drobiazgu, ptaków i cholera wie czego, a wszystko to… po prostu śmieszne. Przestudiowałem anatomię gołębi, drozdów, drzemlików, a nie widziałem jeszcze z bliska ani jednego sprawnego garudy. Dlatego wybieram się na polowanie. Odkładałem je tak długo, jak się dało, ale obawiam się, że już czas. Jadę do Spatters – oznajmił na koniec, krzywiąc się na samą myśl. Czekając, aż znaczenie tych słów dotrze do Lin, wziął do ust duży kęs chleba. Kiedy przełknął, spojrzał na kochankę spod zmarszczonych brwi. – Pewnie… nie chciałabyś pojechać ze mną?

Isaacu, odpowiedziała natychmiast, nie mów tak, jeżeli nie chcesz, żebym pojechała. Jeśli nie będziesz ostrożny, powiem „tak” i wybierzemy się razem. Nawet do Spatters.

– Ależ… ja… chcę. Mówię poważnie. Jeżeli nie pracujesz dziś rano nad swym opus magnum, to jedźmy razem – rzekł, z każdym słowem coraz pewniej. – Możesz być na przykład moją mobilną laborantką. Nie, wiem, co mogłabyś zrobić: zostać heliotypistką. Weź swój aparat. Przyda ci się dzień przerwy.

Isaac był coraz śmielszy. Opuścili dom razem, nie okazując w żaden sposób zmieszania czy wstydu. Przeszli kawałek na północny zachód ulicą Shadrach, w stronę stacji kolejowej na Polach Salacusa, ale uczony szybko stracił cierpliwość i zatrzymał przejeżdżającą dorożkę. Włochaty woźnica uniósł brew, widząc Lin, ale zachował swe obiekcje dla siebie. Kiwnął głową, wskazując pasażerom miejsce w wozie i nie przestając mruczeć do konia.

– Dokąd, łaskawco? – spytał.

– Do Spatters, proszę – odrzekł uroczyście Isaac, jakby mówił o nieuchronności przeznaczenia.

Woźnica odwrócił się, z niedowierzaniem wybałuszając oczy.

– Chyba żartujesz, mistrzu. Do Spatters nie jadę. Mogę was zawieść aż do Vaudois Hill, ale dalej martwcie się sami. Szkoda zachodu. W Spatters ukradliby mi koła, zanim jeszcze zatrzymałbym wóz.

– Dobrze już, dobrze – prychnął zirytowany Isaac. – Zawieź nas tak daleko, jak się ośmielisz.

Trzęsąc się na nierównych kocich łbach, dorożka potoczyła się przez Pola Salacusa. Lin dotknęła ręki Isaaca.

Czy to naprawdę takie niebezpieczne? spytała niespokojnie.

Isaac rozejrzał się i odpowiedział w mowie znaków. Posługiwał się nią znacznie wolniej, mniej płynnie, ale tylko tym sposobem mógł okazać dorożkarzowi maksymalne lekceważenie.

No cóż… To po prostu kurewsko biedna okolica. Kradną tam wszystko, co się nawinie, ale nie są zbyt brutalni. A ten dupek to zwyczajny tchórz. Czyta za dużo… Isaac zamarł i zmarszczył czoło w głębokiej koncentracji.

– Nie znam tego znaku – szepnął. – Brukowców. Czyta za dużo brukowców. – Wyprostował się na siedzeniu i wyjrzał przez lewe okno kabiny na zarys dachów Howl Barrow, który pojawił się w oddali.

Lin nigdy nie była w Spatters. Znała tę dzielnicę tylko z jej fatalnej reputacji. Czterdzieści lat wcześniej linia kolejowa Sink została przedłużona na południowy zachód od Lichford, za Vaudois Hill i dalej, na skraj zielonych połaci Rudewood, a potem ku południowym krańcom miasta. Planiści i spece od finansów postanowili, że w Spatters staną wysokie bloki mieszkalne – nie tak wielkie jak monolity w pobliskim Ketch Heath, ale i tak dość imponujące. Otwarto stację Feli i rozpoczęto budowę kolejnej, właściwie już na terenie Rudewood, zanim jeszcze wycięto las dalej niż na kilka metrów od wąziutkiego pasa torowiska. Istniały projekty wzniesienia jeszcze jednego dworca i nawet przedłużono w tym celu tor. Co więcej, snuto absurdalnie butne plany pociągnięcia szyn o kilkaset mil dalej na południe lub zachód, by połączyć Nowe Crobuzon z Myshock lub Cobsea.

I wtedy skończyły się pieniądze. Nastał kryzys finansowy, pękła cenowa bańka napędzana spekulacją, gigantyczna sieć handlowa zbankrutowała pod naporem konkurencji i ciężarem gigantycznych zapasów zbyt tanich produktów, których nikt nie chciał kupić, toteż i projekty budowlane zginęły nagłą śmiercią we wczesnym stadium rozwoju. Pociągi wciąż jeszcze docierały do stacji Feli, bezsensownie czekając kilka minut przed powrotem do centrum miasta. Rudewood szybko upomniał się o tereny na południe od opustoszałych budowli: wchłonął prawie bez śladu pustą, bezimienną stację i rdzewiejące szyny ułożone na ziemi. Przez kilka lat nikt nie jeździł pociągiem do stacji Feli. I wreszcie zaczęli się pojawiać pierwsi, bardzo nieliczni pasażerowie.

Puste skorupy strzelistych gmachów zapełniały się stopniowo. Wiejska biedota z Grain Spiral i Mendican Foothills zaczęła ściągać pomału do dzielnicy-widma. Szybko rozniosła się wieść, iż jest to sektor duchów – ziemia niczyja, leżąca poza zasięgiem Parlamentu, gdzie podatki i prawa są rzeczą równie egzotyczną jak kanalizacja. Przestronne piętra zapełniały się stopniowo ścianami i drzwiami z kradzionego drewna. Wzdłuż kanionów martwo urodzonych ulic pojawiały się z wolna chaty sklecone z brył betonu i skrawków metalu. Osadnictwo rozprzestrzeniało się jak pleśń. Nie było latarni gazowych, które odebrałyby nocy jej grozę, nie było lekarzy ani pracy, a jednak w ciągu dziesięciu lat dzielnica zapełniła się tymczasowymi domostwami. Ni stąd, ni zowąd pojawiła się też nazwa Spatters – „Rozbryzgi” – dobrze oddająca przypadkowość zabudowy: okolica istotnie wyglądała tak, jakby ktoś spuścił z nieba gówno w sprayu.

Była to osada podmiejska, oficjalnie nienależąca już do Nowego Crobuzon. Życie wymusiło powstanie alternatywnej infrastruktury: osobnej służby pocztowej i sanitarnej, a nawet czegoś w rodzaju prawa. Były to jednak rozwiązania szkieletowe i kalekie w swej nieskuteczności. W zasadzie nikt, nawet funkcjonariusze milicji, nie odwiedzał Spatters. Jedynymi gośćmi z zewnątrz bywały pociągi pojawiające się regularnie na zadziwiająco dobrze utrzymanym Dworcu Feli, a także gangi zamaskowanych bandytów, którzy siali nocami terror i śmierć. Mali ulicznicy ze Spatters byli najbardziej narażeni na barbarzyństwo owych grup.

Mieszkańcy slumsów takich jak Dog Fenn czy nawet Badside uważali Spatters za okolicę, której odwiedzanie było poniżej ich godności. Po prostu był to teren nienależący do Nowego Crobuzon, dziwaczna, mała osada, która przywarła do metropolii, nie pytając o pozwolenie. Nie było w niej pieniędzy, które mogłyby przyciągnąć jakichkolwiek przedsiębiorców, nawet tych stojących poza prawem. Zbrodnie popełniane w Spatters nie były niczym więcej, niż tylko kameralnymi aktami desperackiej walki o przetrwanie.