Pierwszy raz w życiu chciał szukać Vermishanka i prosić go o cokolwiek, ale nie widział innej możliwości. Wprawdzie zamierzał prowadzić badania w obranym przez siebie kierunku, zgodnie z teorią kryzysu, ale nie mógł już na tym etapie zrezygnować z metod bardziej przyziemnych, takich jak prze-twarzanie, nie spytawszy o zdanie jednego z najlepszych biotaumaturgów w mieście. Niepoproszenie go o opinię w sprawie Yagharka byłoby rażąco nieprofesjonalnym posunięciem.
Isaac przygotował sobie bułkę z szynką i nalał do kubka zimnej czekolady. Sztywniał cały na myśl o spotkaniu z Vermishankiem, którego nie cierpiał z wielu powodów. Jednym z nich były różnice w poglądach politycznych. Biotaumaturgia była przecież nauką, której przedmiotem badawczej penetracji były między innymi metody rozszczepiania i ponownego łączenia ciała, najczęściej w sposób niezgodny z naturą, za to ograniczony jedynie wyobraźnią wykonawcy. Owszem, technika ta mogła być używana do leczenia i naprawiania, ale rzadko korzystano z niej w taki sposób. Zapewne nikt nie potrafiłby tego udowodnić, ale Isaac miał przeczucie, że przynajmniej niektóre z projektów badawczych Vermishanka prowadzone były w zakładach karnych. Rzeźbienie w żywym ciele było tym, na czym były przełożony Grimnebulina znał się najlepiej.
Ciszę przerwało nagle kołatanie do drzwi. Isaac rozejrzał się, zaskoczony. Dochodziła jedenasta. Odłożył kolację i pospieszył schodami w dół. Otworzywszy drzwi, zobaczył lekko podchmielonego Lucky’ego Gazida.
„Kurwa, co to ma znaczyć?” – pomyślał.
– Zaac, mój bracie, mój… ulubiony, utuczony… ukochany… – wrzasnął Gazid, gdy tylko zobaczył Grimnebulina, i utknął, bez powodzenia próbując dalszej aliteracji. Isaac wciągnął go do magazynu, widząc, że w oknie po przeciwnej stronie ulicy zapaliło się światło.
– Lucky, pieprzony dupku, czego chcesz?
Gazid przestępował z nogi na nogę w stanowczo zbyt szybkim tempie. Oczy miał szeroko otwarte i chorobliwie rozbiegane. Wydawał się urażony tonem głosu Isaaca.
– Spokojnie, przyjacielu. Rozluźnij się, nie ma powodu do obrazy. Nie? Szukam Lin. Jest tutaj? – spytał i zachichotał nerwowo.
„Oho” – pomyślał Isaac. „Śliska sprawa”. Lucky należał do towarzystwa z Pól Salacusa i znał prawdę na temat stosunków łączących Grimnebulina z Lin. Tyle że znajdowali się w Brock Marsh, a nie na Polach Salacusa.
– Nie, Lucky. Nie ma jej tutaj. A gdyby nawet była, z jakiegoś niepojętego powodu, to nie miałbyś absolutnie żadnego prawa przychodzić tu w środku nocy i łomotać do drzwi. Po co ci ona?
– W domu też jej nie ma. – Gazid obrócił się na pięcie i zaczął wspinać się po stopniach na platformę. Mówił przy tym do Isaaca, nie odwracając głowy. – Właśnie tam byłem, ale zdaje się, że poszła gdzieś pracować. Jest mi winna pieniądze. Moją prowizję za załatwienie roboty, która ustawi ją na całe życie. I pewnie tam właśnie poszła: do roboty. A ja potrzebuję kasy…
Zirytowany Isaac plasnął otwartą dłonią w czoło i skoczył na schody w ślad za Gazidem.
– O czym ty bredzisz, do cholery? Jaka robota? Lin robi swoje, jak zawsze.
– No tak, naturalnie. Robi swoje, bracie – zgodził się Gazid, mrucząc dziwnie nieobecnym głosem. – Ale jest mi winna forsę. A ja jestem kurewsko zdesperowany, Zaac… Mógłbyś zachować się szlachetnie…
W Grimnebulinie wzbierała złość. Chwycił Gazida za kark i unieruchomił. Wątłe ramiona ćpuna nie nadawały się do walki: Lucky mógł jedynie wymachiwać nimi żałośnie, pozostając w żelaznym uścisku uczonego.
– Słuchaj no, Lucky, ty mała rzygowino. Jak możesz być na głodzie, skoro, jak widzę, jesteś tak nawalony, że ledwie stoisz? A w ogóle, jak śmiesz przyłazić do mojego domu, pieprzony ćpunie…
– Hej! – wykrzyknął znienacka Gazid, przerywając słowotok Isaaca i patrząc mu hardo w oczy. – Lin tu nie ma, ale ja jestem na głodzie i chcę, żebyś mi pomógł, bo jeśli tego nie zrobisz, to nie wiem, co jeszcze wymknie mi się przypadkiem… Skoro Lin nie może mi zapłacić, to ją zastąp – jesteś przecież jej rycerzem w błyszczącej zbroi, jej robaczkiem, a ona twoją panią i…
Isaac machnął potężnym kułakiem i trzasnął Lucky’ego w twarz, posyłając cherlawe ciało krótkim łukiem o dobrych parę jardów dalej.
Gazid pisnął ze strachu i bólu. Skrobiąc piętami o nagie deski podłogi, usiłował wycofać się w stronę schodów. Pod jego nosem pojawiła się gwiaździsta plama jasnej krwi. Isaac strząsnął jej krople z zaciśniętej pięści i z zimną furią ruszył w stronę Gazida.
„Myślisz, że pozwolę ci wygadywać takie rzecz? Wydaje ci się, że możesz mnie szantażować, gówniarzu?” – pytał w duchu.
– Lucky, powinieneś wyjść w tej chwili, jeżeli nie chcesz, żebym urwał ci łeb z płucami.
Gazid z trudem stanął na nogach i wybuchnął płaczem.
– Jesteś, kurwa, stuknięty, Isaac… Zdawało mi się, że byliśmy przyjaciółmi…
Smarki, łzy i krew kapały na podłogę laboratorium.
– No to się pomyliłeś, nieprawdaż, chłopcze? Jesteś tylko zasranym śmieciem, a ja zamierzam… – Isaac urwał i zamarł w bezbrzeżnym zdumieniu.
Gazid opierał się o stos pustych klatek, na których spoczywało pudełko z tłustą gąsienicą. Na oczach Isaaca apatyczne dotąd zwierzę zaczęło wić się i składać wpół z podniecenia, raz po raz uderzając głową o druciany front pojemnika i ze wszystkich sił wyrywając się w stronę Lucky’ego Gazida.
Lucky zachwiał się, z przerażeniem czekając na dalsze pogróżki Isaaca. – No, co? – zawył. – Co zamierzasz mi zrobić? – Zamknij się – warknął Grimnebulin. Gąsienica była znacznie chudsza niż pierwszego dnia, a jej pawie kolory przyblakły nieco, ale teraz bez wątpienia ożyła. Krążyła po swym małym więzieniu, badając ciałem przestrzeń niczym palec ślepca i co chwilę kierując się w stronę Gazida.
– Nie ruszaj się – syknął Isaac i przesunął się o krok bliżej.
Zmartwiały ze strachu Gazid usłuchał. Podążył wzrokiem za spojrzeniem Grimnebulina i szeroko otworzył oczy, gdy zobaczył dużą gąsienicę miotającą się po klatce i próbującą dosięgnąć go za wszelką cenę. Natychmiast cofnął rękę opartą o jedno z pudeł i z cichym okrzykiem uchylił się gwałtownie. Gąsienica w okamgnieniu zmieniła kierunek natarcia, podążając za nim. – Fascynujące – szepnął Isaac. Ze zdziwieniem spostrzegł, że Gazid chwyta się obiema rękami za głowę i potrząsa nią gwałtownie, jakby miał w środku rój owadów.
– Co… co się dzieje z moją głową? – wyjąkał Lucky.
Zbliżywszy się o krok, Isaac także poczuł coś dziwnego: przez jego móżdżek zaczęły przebiegać jak błyskawice strzępy obcych emocji. Zamrugał gwałtownie i zakaszlał, zniewolony na moment przez uczucia, które z całą pewnością nie należały do niego. Pokręcił głową, z całej siły zaciskając powieki.
– Gazid – rzucił rozkazującym tonem. – Obejdź ją wolno dookoła. Lucky wykonał polecenie. Gąsienica przewracała się i podrywała, ani na moment nie rezygnując ze śledzenia upatrzonego celu.
– Czego ona ode mnie chce? – jęknął rozpaczliwie Gazid.
– Nie wiem, Lucky – odparł szczerze Isaac. – Biedaczka, bardzo cierpi. Zdaje się, że zależy jej na czymś, co masz, chłopie. Powoli wypróżnij kieszenie. Nie martw się, niczego ci nie zabiorę.
Gazid zaczął wyciągać strzępy papieru i chusteczki z kieszeni brudnej marynarki i wygniecionych spodni. Zawahał się lekko, zanim sięgnął do wewnętrznych kieszeni, z których wydobył dwa pokaźne pakiety.
Larwa dostała szału. Dezorientujące okruchy jej uczuć znowu pojawiły się w głowach Isaaca i Gazida.
– Co tam masz, do cholery? – warknął Isaac przez zaciśnięte zęby.
– Tutaj jest shazbah – odparł niechętnie Gazid, machając pakietem w stronę klatki. Gąsienica nie zareagowała. – A tutaj dreamshit. – Gazid uniósł dragą pękatą kopertę nad głowę gąsienicy, która nieomalże stanęła na ogonie, by po nią sięgnąć. Żałosne pojękiwania wygłodzonego stworzenia były raczej odczuwalne niż słyszalne.
– To jest to! – zawołał Isaac. – Moja pupilka ma ochotę na dreamshit! Daj mi to – polecił, wyciągając rękę w stronę Lucky’ego i strzelając palcami.
Gazid zawahał się, ale nie starczyło mu odwagi na sprzeciw.
– To spora ilość towaru, bracie… i sporo pieniędzy – zaszlochał. – Wiesz chyba, że nie możesz tak po prostu zabrać sobie tej paczki i…
Isaac zważył w dłoni wypchaną kopertę – zawierała dwa lub trzy funty narkotyku. Kiedy rozchylił brzegi, ponownie poczuł napór emocji wysyłanych przez gąsienicę. Skrzywił się pod presją intensywnych, a jednocześnie bardzo nieludzkich wrażeń.