– Jasna cholera! – Isaac zaniepokoił się nie na żarty. – Tego już za wiele, zdecydowanie za szybko nabierasz sił…
W tym momencie coś odebrało mu mowę. Znieruchomiał, zaatakowany przez trzecią, jeszcze bardziej intensywną falę emocji. Tym razem poczuł jednak coś innego – zdał sobie sprawę, że na pewno nie było to oddziaływanie psychiczne małej larwy, odległej o dziesięć stóp i pochłoniętej bez reszty konsumowaniem narkotyku. Poczuł w ustach suchość. Obornik. Kompost. Stary placek owocowy.
Spleśniałą musztardę.
– O nie… – wymamrotał drżącym głosem, kiedy wreszcie pojął, co się stało. – O nie, nie, nie… Gazid, ty kutasie, ty gnoju, ja cię, kurwa, zabiję…
Drżącymi gwałtownie rękami chwycił kurczowo brzegi łóżka. Pocił się intensywnie, a jego skóra była szara jak kamień.
„Wejdź do łóżka” – pomyślał zdesperowany. „Wejdź pod koc i przeczekaj; na Jabbera, tysiące ludzi robią to każdego dnia dla przyjemności…”
Dłoń Isaaca jak pijana tarantula popełzła w poszukiwaniu koca. Nie bardzo wiedział, jak dostać się pod złożoną na posłaniu pościel – przyciskał ją ciałem, a brzegi, zawinięte starannie pod spód, zdawały się nie istnieć. Nabrał po chwili irracjonalnego przekonania, że to, na czym leży, jest jednorodną masą i w żaden sposób nie zdoła jej rozewrzeć – postanowił zwinąć się w kłębek na powierzchni. I nagle, poruszając rękami i nogami, poczuł, że płynie pośród falującej toni bawełny i wełny. Unosił się i opadał miarowo, z zapałem wymachując kończynami tak, jak robi to dziecko płynące pieskiem. Czuł, że nabiera wody w usta i wypluwa ją dla zabawy.
„Spójrz na siebie, kretynie” – podpowiadała mu jedna część umysłu. „Gdzie twoja godność?”
Ale pozostała część jaźni nie zwracała uwagi na ten głos rozsądku. Isaac był zupełnie zadowolony z tego, że pływa w miejscu, leżąc na własnym łóżku, dysząc jak zziajane zwierzę, raz po raz naprężając kark i wybałuszając oczy.
W końcu poczuł narastający ucisk w najgłębszych pokładach świadomości. Zobaczył wielkie drzwi, wielkie drzwi do piwnicy, wbudowane w ścianę gdzieś w najbardziej zapomnianym zakątku jego móżdżku. Ich skrzydła drżały. Coś napierało na nie, próbując wydostać się na wolność.
„Prędzej” – pomyślał Isaac. „Zarygluj je…”
Czuł jednak narastającą potęgę tego, co tak bardzo chciało się uwolnić. Drzwi stały się czyrakiem, nabrzmiałym ropą i gotowym pęknąć; potężnie umięśnionym psem o tępej mordzie, w złowrogim milczeniu naprężającym łańcuch; morzem dudniącym niestrudzenie o rozpadające się nabrzeża portowe.
I wreszcie coś otworzyło się z hukiem w umyśle Isaaca Grimnebulina.
ROZDZIAŁ 16
„słońce oblewa mnie jak wodospad i pławię się w nim a kwiaty kwitną na moich ramionach i na głowie podczas gdy chlorofil buzuje gwałtownie w mojej skórze i unoszę moje wielkie kolczaste ramiona
nie dotykaj mnie w taki sposób ty świntuchu nie jestem jeszcze gotowa
spójrz na te młoty parowe lubiłbym je gdybym nie musiał tyle przy nich pracować
czy
z dumą mogę ci oznajmić że twój ojciec wyraża zgodę na nasz związek
czy to
i oto płynę przez tę brudną wodę w stronę masywnego i ciemnego kadłuba łodzi podobnego do wielkiej chmury i oddycham tą brudną wodą od której chce mi się kaszleć a moje płetwiaste stopy popychają mnie naprzód
czy to sen?
światło skóra jedzenie powietrze metal seks smutek ogień grzyby sieci statki tortury piwo żaba kolce blaknięcie skrzypce atrament szczerby sodomia pieniądze skrzydła jagody bogowie piła kości układanka dzieci beton skorupiak pal trzewia śnieg ciemność
Czy to sen?”
Lecz Isaac wiedział, że to nie sen.
Magiczna latarnia migotała w jego głowie, bombardując go nie kończącym się ciągiem obrazów. Nie był to kalejdoskop, powtarzająca się cyklicznie, wizualna anegdota, to raczej nieustanny, zmasowany atak nie powiązanych ze sobą momentów; milionów odłamków czasu i przestrzeni. Fragmenty nachodziły na siebie i zmieniały się płynnie – Isaac podsłuchiwał i podglądał życie innych istot. Przemawiał chymicznym językiem płaczącej khepri, której ktoś czynił wyrzuty; był głównym stajennym, który parskał pogardliwie na nowego pomocnika; zamykał przezroczystą, wewnętrzną powiekę i wskakiwał w lodowatą, czystą wodę górskiego strumienia; zbliżał się do jednego z vodyanoich złączonych orgiastycznym uniesieniem i…
– Na Jabbera… – Isaac usłyszał własny głos gdzieś w głębinach emocjonalnej kakofonii. Wrażenia napływały coraz szerszym i coraz bardziej wartkim strumieniem. W locie zamazywały się i zlewały z innymi; wreszcie dwa lub trzy momenty z czyjegoś żywota rozgrywały się przed jego oczami równocześnie.
W niektórych światło było jaskrawe, w innych twarze rozmazywały się i ginęły w mroku, a w jeszcze innych prawie nie było obrazu. Każdy z ułamków czyjegoś życia miał swoje symboliczne znaczenie i każdym rządziła swoista oniryczna logika. Analityczna cząstka umysłu Isaaca pojmowała, że nie są to fakty, wydestylowane i umieszczone w lepkiej żywicy halucynacji. Szczegóły obrazów były zbyt zmazane; świadomość i rzeczywistość przeplatały się ze sobą. Isaac rozumiał, że nie trafił do życia innych istot, a jedynie do ich umysłów. Był podglądaczem badającym najskrytsze zakamarki pamięci. Widział niejasne wspomnienia. Widział sny.
Czuł się zbryzgany, zbrukany deszczem psychicznych doznań. Nie było w nich już żadnej sukcesji; nie pojawiały się już dwie, trzy lub cztery chwile z cudzych wspomnień, oświetlane blaskiem jego świadomości. Unosił się teraz w gęstej brei snów, mieszających się ze sobą, pozbawionych integralności, wymieniających między sobą logikę zdarzeń, obrazy, płcie i rasy. Wreszcie poczuł, że nie może już oddychać, że tonie w galaretowatej masie snów, nadziei, wspomnień i refleksji, których nigdy nie miał.
Miał wrażenie, że jego ciało zamieniło się w pozbawiony kości wór pełen zupy złożonej z myśli i uczuć. Z bardzo, bardzo daleka dobiegał do jego uszu cichy jęk i gulgotanie, kiedy jego ciało poruszało się na posłaniu.
Isaac przewrócił się na drugi bok. Gdzieś wśród szturmujących jego jaźń obrazów i emocji dostrzegł cienką, ale stałą strugę niesmaku i strachu, które natychmiast rozpoznał jako swoje. Rzucił się w ich stronę przez gęstą maź cudzych, wyobrażonych lub prawdziwych dramatów. Dotarł wreszcie do słabego, niepewnego jeszcze uczucia nudności, które bezdyskusyjnie było tym, co naprawdę odczuwał w tym momencie. Chwycił mocno, by go nie zgubić, z całą siłą, na jaką było go stać.
Atakowany ze wszystkich stron przez dziwne sny, śledził je, trzymając się własnej świadomości. Frunął nad miastem strzelistych wież jako sześcioletnia dziewczynka, śmiejąca się perliście i przemawiająca w języku, którego nigdy nie słyszał, a który natychmiast zidentyfikował jako własny; płonął nieśmiałym podnieceniem dorastającego chłopca śniącego erotyczny sen; płynął po jeziorze, odwiedzał nieznane groty i walczył w rytualnych pojedynkach. Włóczył się po trawiastych równinach w umyśle śniącego na jawie kaktusa. Domostwa, które widział, płynnie zmieniały postać, powodowane senną logiką, która wydawała się a wspólną dla wszystkich świadomych ras świata Bas-Lag.
Tu i ówdzie pojawiało się Nowe Crobuzon, nieco zdeformowane przez zapamiętaną lub zmyśloną geografię, pozbawione niektórych detali, podczas gdy inne były wyolbrzymione. Między niektórymi ulicami ziały potężne wyrwy świecące pustkami – przelatywał nad nimi w błyskawicznym tempie.
W snach, które odwiedzał, pojawiały się też inne miasta, kraje i kontynenty. Niektóre z nich były tworami ze snów, zrodzonymi za barierą zamkniętych powiek. Inne zdawały się mieć odniesienie do rzeczywistości; były onirycznymi ukłonami w stronę prawdziwych wiosek i miast, czasem podobnych do Nowego Crobuzon, a czasem ozdobionych tworami architektury, o których Isaac nigdy nie słyszał.
Zrozumiał, że morze snów, w którym unosił się tak swobodnie, składa się z kropel pochodzących w niektórych przypadkach z niezwykle dalekich stron.
„To nie morze” – dotarła do niego myśl z głębi odurzonego umysłu – „to raczej bulion”. Natychmiast wyobraził sobie, jak przeżuwa chrząstki i podroby z obcych ciał i umysłów, kawałki sennych rojeń pływające w chudym sosie półwspomnień. Poczuł, że zbiera mu się na torsje. „Jeżeli zwymiotuję tutaj, łeb przewróci mi się chyba na lewą stronę” – pomyślał ponuro.