– Płatne natychmiast czy później? – indagował demon.
– Ambasadorze – upomniał go grzecznie Rudgutter. – Pańska pamięć bywa niekiedy zawodna. Mam u pana dług wartości dwóch pytań.
Ambasador przez moment mierzył go wzrokiem, a potem roześmiał się głośno.
– W rzeczy samej, burmistrzu Rudgutter. Proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny. Zechce pan mówić dalej.
– Czy w tej chwili obowiązują nas jakieś szczególne zasady, panie ambasadorze? – spytał rzeczowo burmistrz. Demon potrząsnął głową (mięsisty jęzor hieny zakołysał się na boki) i uśmiechnął się.
– Mamy meluar, burmistrzu Rudgutter – przypomniał. – Obowiązują więc meluarowe zasady: siedem słów, szyk odwrotny.
Rudgutter skinął głową. Zebrał się w sobie, koncentrując myśli na czekającym go zadaniu. „Żebym się tylko nie pomylił. Przeklęta, infantylna zabawa” – pomyślał przelotnie. A potem przemówił, spoglądając spokojnie w oczy ambasadora.
– Obawiamy się tak czego, to uciekło naprawdę czy?
– Tak – odparł bez wahania demon.
Rudgutter odwrócił się na krótką chwilę, by spojrzeć znacząco na Stem-Fulcher i Rescue. Oboje ponuro skinęli głowami.
Burmistrz popatrzył znowu na demona-ambasadora i przez moment nikt się nie odzywał.
– Piętnaście minut – syknął wreszcie Vansetty.
– Moi bardziej… staroświeccy koledzy nie kryliby zdziwienia, gdyby wiedzieli, iż policzyłem panu „obawiamy się” jako jedno słowo – zauważył ambasador. – Ale ja jestem liberałem – dodał z uśmiechem. – Chciałby pan zadać od razu ostatnie pytanie?
– Raczej nie, ambasadorze. Zostawmy to na inną okazję. Wolałbym złożyć panu propozycję.
– Proszę mówić, burmistrzu Rudgutter.
– No cóż, wie pan już, co nam uciekło, i z pewnością rozumie pan, jak bardzo nam zależy na błyskawicznym zapanowaniu nad sytuacją. – Demon skinął głową. – Pojmuje pan też, naturalnie, że jakiekolwiek posunięcia z naszej strony byłyby niezwykle trudne, a czas jest czynnikiem najwyższej wagi… Dlatego proponuję, żeby wypożyczył nam pan swoich… eee… żołnierzy. Z ich pomocą moglibyśmy schwytać uciekinierów.
– Nie – odpowiedział zwięźle ambasador. Rudgutter zatrzepotał powiekami.
– Jeszcze nie zaczęliśmy dyskutować o warunkach ugody, ambasadorze. Zapewniam, że jesteśmy gotowi złożyć bardzo hojną ofertę…
– Obawiam się, że to wykluczone. Żaden z moich podwładnych nie jest w tej chwili osiągalny. – Ambasador mierzył burmistrza beznamiętnym wzrokiem.
Rudgutter zamyślił się. Jeżeli reakcja demona była próbą targowania się, to pierwszy raz w jego karierze zaczynała się w tak zaskakujący sposób. Burmistrz przymknął oczy, coraz głębiej pogrążając się w zadumie, i otworzył je natychmiast, gdy zobaczył przed sobą potwora, będącego jedną z wielu cielesnych postaci ambasadora. Postanowił spróbować jeszcze raz.
– Mógłbym nawet posunąć się do… powiedzmy…
– Burmistrzu Rudgutter, pan mnie nie zrozumiał – przerwał mu ambasador. Mimo obojętności w głosie sprawiał wrażenie poruszonego. – Nie obchodzi mnie, ile jednostek towaru może pan zaoferować w zamian i na jakich warunkach. Moi podwładni nie są osiągalni, ponieważ to zlecenie nie jest dla nich odpowiednie. – Na długą chwilę zapadła cisza. Rudgutter spoglądał na siedzącego naprzeciwko demona z niemym niedowierzaniem. Teraz dopiero zaczynał rozumieć, o co chodzi. W promieniach krwistoczerwonego światła ambasador uchylił szufladę i zaczął wyjmować z niej pliki papierów. – Jeżeli to już wszystko, burmistrzu Rudgutter – pociągnął gładko – to chciałbym teraz zająć się pracą.
Rudgutter odczekał moment, aż jękliwe „pracą, pracą, pracą” ucichnie w jego umyśle. Echo zaczynało już przyprawiać go o ból brzucha.
– Ależ oczywiście, ambasadorze – odparł. – Przepraszam, że tak długo pana zatrzymałem. Mam nadzieję, że wkrótce znowu się spotkamy.
Ambasador ukłonił się z szacunkiem, a potem wysunął z kieszeni pióro i zaczął składać podpisy na niezliczonych arkuszach papieru. Vansetty, stojący tuż za Rudgutterem, kręcił już gałkami aparatu i wciskał klawisze. Podłoga zachybotała, jakby rozpoczynało się trzęsienie ziemi. Buczenie maszyny przybrało na sile, a pole energetyczne rozciągnięte dokoła czworga ludzi poczęło drżeć. Nawet śmierdzące powietrze zdawało się wpadać w wibracje.
Wizerunek ambasadora wybrzuszył się nagle i zniknął w mgnieniu oka, jak heliotyp strawiony ogniem. Karminowe światło także rozrzedziło się i zgasło, jak gdyby nieznana siła wyssała je przez tysiące niewidzialnych pęknięć w ścianach. Ciemność zamknęła się wokół ludzi jak pułapka. Płomień świeczki Vansetty’ego zadrżał i zgasł.
Upewniwszy się po raz drugi, że nie są obserwowani, Vansetty, Rudgutter, Stem-Fulcher i Rescue niepewnie wyłonili się z mrocznego pomieszczenia. Powietrze korytarza wydało im się cudownie rześkie. Przez chwilę oddychali głęboko, ocierając pot z czoła i poprawiając odzież potarganą podmuchami wiatru z innego świata.
Wreszcie posępny Rudgutter w zdumieniu potrząsnął głową.
Jego ministrowie, którzy zdążyli już doprowadzić się do porządku, spojrzeli na niego pytająco.
– W ciągu ostatnich dziesięciu lat spotykałem się z ambasadorem z tuzin razy – rzekł burmistrz. – Ale nigdy jeszcze nie widziałem, by zachowywał się w taki sposób. Cholerne powietrze! – zawołał, z irytacją przecierając oczy.
Ruszyli we czworo w powrotną drogę wąskim korytarzem, skręcili w główny i skierowali się ku najbliższej windzie.
– To znaczy, jak się zachowywał? – spytała Stem-Fulcher. – Dzisiaj widziałam go dopiero drugi raz, raczej jeszcze nie przywykłam.
Rudgutter zastanawiał się nad odpowiedzią, niespokojnie szarpiąc palcami dolną wargę i czubek bródki. Jego oczy były znacznie bardziej przekrwione niż zwykle. Milczał przez dłuższą chwilę.
– Trzeba tu powiedzieć o dwóch sprawach: jedna dotyczy demonologii, a druga spraw bieżących i praktycznych. – Mówił spokojnym, zdecydowanym tonem, przykuwającym uwagę ministrów. Tylko Vansetty, który uważał swoją misję za zakończoną, szedł obojętnie o kilka kroków przed nimi. – Rzecz pierwsza może dać nam pewien pogląd na psychikę Piekielnych, ich zachowanie, czy jak to tam nazwiemy. Oboje słyszeliście echo, jak sądzę. Przez pewien czas sądziłem, że ambasador próbuje mnie w ten sposób zastraszyć. Pamiętajcie jednak o tym, jak ogromny dystans musiały pokonać te dźwięki. Wiem – dodał szybko, unosząc dłonie – że nie jest to dźwięk w precyzyjnym tego słowa znaczeniu i że dystans oznaczać tu może coś zgoła niepojętego, ale musimy trzymać się pewnych analogii, które w każdych warunkach niosą w sobie ziarno prawdy. Tak więc miejcie na uwadze to, jak wielką odległość musiał ów sygnał pokonać z dna Otchłani do tego pokoju. Jeżeli uwzględnimy tę okoliczność, okaże się, że w rzeczywistości „echo” to słowa wypowiedziane wcześniej. Natomiast elokwencja naszego gospodarza… to ona jest w istocie echem tamtych jęków. To ona jest zniekształconą kopią.
Stem-Fulcher i Rescue milczeli. Wciąż jeszcze świeże w ich pamięci były wrzaski torturowanej istoty, maniakalne ryki, zawodzenie cierpiącego idioty, które zdawały się kpić z diabelskiego wyrafinowania ambasadora…
Teraz dopiero zaczynali sobie uświadamiać, że być może to one były głosem prawdy.
– Zastanawiam się, czy nie myliliśmy się, podejrzewając zupełnie odmienną konstrukcję psychiczną Piekielnych. Może jednak jesteśmy w stanie ich zrozumieć? Może myślą tak jak my? Po drugie, jeśli weźmiemy pod uwagę tę możliwość oraz to, co tak zwane „echo” powiedziało nam o stanie umysłu demonów, zwłaszcza wtedy, gdy próbowałem negocjować, powiedziałbym, że… ambasador się bał. To dlatego nie chciał przyjść nam z pomocą. I dlatego zostaliśmy sami. Demony boją się tego, na co zamierzamy zapolować. – Rudgutter zatrzymał się i spojrzał na współpracowników. Twarz Stem-Fulcher wykrzywił na moment nieokreślony grymas, ale szybko zapanowała nad sobą. Rescue był zimny jak posąg, lecz mimowolnie otulił się mocniej szalikiem. Burmistrz skinął głową. Cisza trwała jeszcze minutę. – Tak więc… – odezwał się w końcu Rudgutter, nerwowo zacierając ręce – pozostaje nam tylko Tkacz.
ROZDZIAŁ 25
Tej nocy, w mrocznej godzinie zaraz po przelotnym deszczu, który zbryzgał miasto potokami brudnej wody, drzwi magazynu Isaaca otworzyły się cicho. Ulica była pusta i przez kilka minut nic się nie działo, jeśli nie liczyć łopotu skrzydeł przelatujących z rzadka ptaków i nietoperzy. Płomienie dalekich latarń gazowych drżały niepewnie.
Konstrukt wytoczył się chwiejnie na ciemną ulicę. Jego zawory i tłoki spowijały kawałki szmat i starego koca, skutecznie zagłuszając charakterystyczny klekot maszyny. Automat spieszył się, buksując niepewnie na starzejących się kołach.
Wtoczył się w gąszcz bocznych uliczek, omijając łukiem śpiących, nieświadomych niczego pijaków. Palniki gazowe ukryte w metalowym ciele konstruktu rozświetlały je od środka bladożółtą poświatą.