Fale brudnej wody niosły na wschód śmierdzącą pianę organicznych odpadów. Na drugim brzegu Egzemy widać było dziki gąszcz jeżyn i pospolitego zielska. Na północ od miejsca, w którym stała Derkhan, nad wydeptaną w trawie ścieżką chyliła się jakaś rudera. Kobieta skierowała się w stronę samotnego budynku i przyspieszyła, ujrzawszy nad wejściem spłowiały i poplamiony szyld – Konające Dziecko.
Powietrze wypełniające lokal było ciepłe, cuchnące i irytująco wilgotne. Na szczęście w dalekim kącie sali, za półleżącymi ciałami pijanych ludzi, vodyanoich i prze-tworzonych, siedział Isaac.
Z ożywieniem dyskutował szeptem z mężczyzną, którego Derkhan pamiętała jako naukowca i przyjaciela Grimnebulina. Isaac podniósł głowę akurat w chwili, gdy stanęła na progu, i posłał jej długie, ponure spojrzenie. Ruszyła ku niemu prawie biegiem.
– Isaacu, na Jabbera… Kurwa, jak się cieszę, że cię znalazłam! Mówiła dalej, nerwowo zaciskając pięść na klapie jego marynarki, i z każdą chwilą coraz lepiej rozumiejąc, że ponure spojrzenie uczonego oznacza, iż nie jest tu mile widziana. Nagle odechciało jej się opowiadać o tym, co ją spotkało.
– Derkhan… O bogowie… – stęknął po chwili Isaac. – Widzisz, mamy tu poważny kryzys… Coś się stało i ja… – Mężczyzna popatrzył na nią z zakłopotaniem.
Odpowiedziała mu spojrzeniem pełnym rozpaczy. Usiadła znienacka na ławie obok niego, jakby postanowiła się poddać. Pochyliła się nad stołem i roztarła pięściami oczy, w których nagle i nieodwołalnie pojawiły się łzy.
– Właśnie przed chwilą widziałam, jak mój dobry przyjaciel i towarzysz szykuje się na tortury i pewną śmierć, połowa mojego życia rozpadła się nagle, eksplodowała i została stratowana, a ja nawet nie wiem dlaczego, i do tego jeszcze muszę znaleźć doktor-pieprzoną-Barbile gdzieś w mieście, żeby dowiedzieć się, co jest grane i przychodzę do ciebie, bo… bo… podobno jesteś moim przyjacielem, i co? Jesteś zajęty…
Łzy popłynęły strumieniami między palcami Derkhan i dalej w dół, po policzkach. Jeszcze raz potarła oczy i pociągnęła nosem, a kiedy przelotnie rozejrzała się dokoła, spostrzegła, że obaj mężczyźni wpatrują się w nią w niesamowitym, niezrozumiałym napięciu.
Ręka Isaaca popełzła po stole i mocno chwyciła nadgarstek Derkhan.
– Kogo musisz znaleźć? – syknął.
ROZDZIAŁ 28
– No cóż – rzekł z namysłem Bentham Rudgutter. – Jak dotąd nic z niego nie wyciągnąłem.
– Nawet nazwiska informatora? – spytała Stem-Fulcher.
– Nawet. – Rudgutter zacisnął wargi i wolno pokręcił głową. – Zamyka się i tyle. Mimo to nie sądzę, żeby znalezienie winnego było skomplikowane. Lista podejrzanych nie jest obszerna. Musi to być ktoś z Działu Badań i Rozwoju, najprawdopodobniej związany z projektem ĆMA… Zapewne dowiemy się więcej, kiedy śledczy zakończą przesłuchanie.
– Chyba jesteśmy na miejscu – zauważyła Stem-Fulcher. – W rzeczy samej.
Stem-Fulcher, Rudgutter i Rescue stali otoczeni funkcjonariuszami elitarnej gwardii milicyjnej pośrodku tunelu przebiegającego głęboko pod gmachem Dworca Perdido. Światło lamp gazowych wydobywało z mroku drżące cienie. Jasne punkty latarń ciągnęły się w dal aż do granicy widzialności. Za plecami trojga urzędników znajdowała się kabina windy, którą właśnie zjechali na dół.
Na znak dany przez Rudguttera rozpoczęli marsz w głąb ciemnej sztolni. Ochroniarze szli równym krokiem, zachowując nienaganny szyk.
– Mam nadzieję, że oboje macie nożyczki? – odezwał się pytająco burmistrz. Stem-Fulcher i Rescue zgodnie kiwnęli głowami. – Cztery lata temu trzeba było mieć zestaw do gry w szachy – wyjaśnił Rudgutter. – Pamiętam, że kiedy Tkacz zmienił upodobania, mieliśmy tu trzech nieboszczyków, zanim odgadliśmy, czego właściwie potrzebuje. – Na moment zapanowało niezręczne milczenie. – Oczywiście zapoznałem się z wynikami ostatnich badań – dodał burmistrz z wisielczym humorem. – Przed spotkaniem z wami rozmawiałem z doktorem Kapnelliorem. Rzekłbym, że jest naszym nadwornym „ekspertem” w sprawach dotyczących Tkaczy… choć to określenie może być mylące. Chcę powiedzieć, że Kapnellior jest tylko wielkim ignorantem w sprawach Tkaczy, podczas gdy my jesteśmy absolutnymi ignorantami. Tak czy inaczej, zapewnił mnie, że nożyczki są obecnie najbardziej pożądanymi przedmiotami. – Burmistrz umilkł na chwilę. – Ja zajmę się rozmową. Miałem z nim już do czynienia. – Była to prawda, ale Rudgutter wcale nie miał pewności, czy fakt ten przemawia na jego korzyść.
Korytarz kończył się grubymi dębowymi drzwiami okutymi żelazem. Mężczyzna prowadzący milicyjny orszak wsunął do zamka wielki klucz i przekręcił go bez wysiłku. Zaparłszy się o twarde podłoże, pociągnął masywne skrzydło i gdy tylko ustąpiło, skoczył w ukrytą za nimi ciemność. Był świetnie wyszkolony i zdyscyplinowany. Wykonał zadanie, choć prawdopodobnie był nieprzytomny ze strachu.
Pozostali milicjanci ruszyli w ślad za nim, chwilę później zaś za bramę wkroczyli Rescue, Stem-Fulcher i wreszcie Bentham Rudgutter, który starannie zamknął za sobą drzwi.
Znalazłszy się w pokoju, na moment zatracili poczucie kierunku, gdy cieniutkie nitki w quasi-fizyczny sposób dotknęły ich skóry. Długie włókna uplecione z niewidzialnego eteru i ledwie wyczuwalnych wrażeń tworzyły gęstą sieć o skomplikowanej strukturze. Marszczyły się od najmniejszych ruchów powietrza i lepiły do ciał intruzów.
Rudgutter drgnął niespokojnie. Kątem oka widział, jak włókna znikają bez śladu, gdy tylko zatrzymało się na nich czyjeś spojrzenie.
Pokój sprawiał wrażenie spowitego niezliczonymi pajęczynami. Do każdej ściany przytwierdzone były rzędy nożyczek, układających się w dziwaczne wzory. Nożyce różnych kształtów i rozmiarów ścigały się jak drapieżne ryby; sterczały ze sklepienia; zaplatały się dokoła i przeciskały przez siebie w zawiłych, niepokojących, geometrycznych układach.
Milicjanci i ich podopieczni stanęli pod ścianą. Choć nie widzieli żadnego źródła światła, w pokoju nie panowała kompletna ciemność. Otaczająca ich przestrzeń była monochromatyczna, a blask – sączący się nie wiadomo skąd – sprawiał wrażenie stłumionego i niepewnego.
Stali nieruchomo przez długi czas. Żaden dźwięk nie mącił ciszy.
Powoli i ostrożnie Bentham Rudgutter sięgnął do torby, którą niósł na ramieniu, i wyciągnął z niej wielkie, szare nożyce, które jego asystent kupił w sklepie żelaznym na najniższym poziomie handlowym Dworca Perdido.
Bezgłośnie rozsunął ich ostrza i uniósł je wysoko w gęste, przesłodzone powietrze.
Rudgutter zacisnął palce i w ciszy podziemnej sali rozległ się charakterystyczny dźwięk trących o siebie, ostrych, metalowych powierzchni.
Echo tłukło się przez chwilę między ścianami, jak mucha w butelce, a potem przepadło gdzieś w mrocznym sercu pokoju.
Zimny podmuch, który zjawił się nagle znikąd, przyprawił zebranych o gęsią skórkę.
Echo dźwięku zaciskanych nożyczek powróciło.
Lekko świszczący odgłos tarcia metalu o metal pokonał niespiesznie barierę słyszalności i zaczął się zmieniać w słowa. Głos, melodyjny i melancholijny, najpierw bliski szeptu, a potem coraz śmielszy, zaistniał niespodziewanie. Trudno było go opisać. Był jednocześnie wzruszający i przerażający, wciągał słuchających i zdawał się penetrować ich dusze, a nie tylko zmysły, sięgać do krwi i kości, do najgłębszych ośrodków nerwowych.
…CIELESNY KRAJOBRAZ W ZŁOŻENIU W CIELESNY KRAJOBRAZ BY PRZEMÓWIĆ POZDROWIENIEM W TYM NOŻYCOWYM KRÓLESTWIE A JA PRZYJMĘ I BĘDĘ PRZYJĘTY…
W ciszy paraliżującego strachu Rudgutter gestem nakazał Stem-Fulcher i Rescue, by unieśli swoje nożyce. Uczynili to, otwierając je ze świstem i zamykając. Dołączył do nich i po chwili cięli powietrze zgodnym chórem, w makabrycznej parodii aplauzu.
Pobudzony metalicznym dźwiękiem pozdrowienia nieziemski głos odezwał się ponownie. Zawodził z obsceniczną rozkoszą, a za każdym razem, gdy stawał się słyszalny i zrozumiały, wydawało się, że to jedynie fragment nieustającego monologu.
…I jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz nie wstrzymujcie pieśni ostrzy tego tnącego hymnu który akceptuję przyjmuję a wy tniecie tak pięknie i pięknie wy małe endoszkieletowe figurynki które tną i sieką i przycinają nić tkanej sieci i kształtują z taką prostacką gracją…
Spośród cieni rzucanych przez niedostrzegalne kształty, cieni rozciągniętych i naprężonych do granic wytrzymałości między kątami pokoju, wyłoniła się postać.
Zaistniała. Pojawiła się tam, gdzie chwilę wcześniej nie było nic. Wychynęła z niewidzialnej fałdy przestrzeni.
Przybysz ruszył naprzód, stąpając delikatnie na ostro zakończonych nogach, kołysząc potężnym ciałem i wysoko unosząc niezliczone kończyny. Kolosalna głowa pochyliła się i ciemne oczy spojrzały z góry na Rudguttera i jego towarzyszy.