Pająk.
Rudgutter potrafił narzucić sobie dyscyplinę. Był człowiekiem bez wyobraźni; rządził sobą, zachowując stechnicyzowane rygory. Nie umiał już czuć przerażenia.
A jednak, patrząc na Tkacza, był bliski paniki.
Tkacz był bowiem istotą nieskończenie bardziej przerażającą niż ambasador. Piekielni byli odrażający i zdumiewający, dysponowali potworną potęgą, dla której Rudgutter żywił głęboki szacunek. Lecz mimo to… rozumiał ich. Byli torturowani i torturowali, potrafili kalkulować na zimno i miewali swoje kaprysy. Byli bystrzy. Byli zrozumiali. Byli polityczni.
Tymczasem Tkacz był najzupełniej obcy. Z nim nie można było targować się czy uprawiać gier słownych. Próbowano już wszystkiego.
Rudgutter opanował się i zbeształ w myślach za chwilę słabości. Uważnie przyglądał się wielkiemu pająkowi, próbując wchłonąć i zanalizować pełen obraz sytuacji.
Ciało Tkacza składało się głównie z odwłoka: potężnej kropli mięsa, zwisającej nieco ku ziemi i podobnej do pękatego owocu długiego na siedem stóp i szerokiego na pięć. Okrywała go idealnie gładka warstwa czarnej, opalizującej chityny.
Głowa istoty była wielkości ludzkiego torsu. Zawieszona w przedniej części korpusu, kiwała się lekko mniej więcej w jednej trzeciej jego wysokości. Obszerny łuk krągłego ciała piętrzył się ponad nią niczym masywne barki okryte czarnym płaszczem.
Głowa obróciła się wolno, lustrując delegację ludzi.
Była gładka i łysa jak czaszka czarnego człowieka i tylko segmentowe oczy płonęły głęboką, krwistą czerwienią. Dwie główne gałki były wielkie jak głowy noworodków i spoczywały w zagłębieniach po obu stronach głowy. Między nimi znajdowała się trzecia, znacznie mniejsza, a nad nią jeszcze dwie – skomplikowana, precyzyjna konstelacja karmazynowych błysków. Komplet nigdy nie mrugających oczu.
Kunsztownie zbudowany otwór gębowy Tkacza rozchylił się, ukazując wewnętrzne szczęki, przypominające szczypce ze sczerniałej kości słoniowej. Wilgotny przełyk zacisnął się na moment i gdzieś w masywnym ciele rozległo się echo wibrującego dźwięku.
Odnóża, długie i chude jak noga człowieka w kostce, wyrastały wprost z cienkiego, segmentowanego łącznika między łbem a odwłokiem. Do chodzenia służyły cztery tylne, uniesione w górę pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Kolana znajdowały się dobrą stopę ponad pochyloną głową Tkacza, wyżej nawet niż szczyt krągłego odwłoka. Nogi skierowane pionowo w dół miały ponad dziesięć stóp długości i zakończone były ostro jak sztylety, bez choćby symbolicznie zaznaczonej stopy.
Podobnie jak tarantula, stwór poruszał tylko jedną nogą naraz – unosił ją bardzo wysoko i stawiał z delikatnością chirurga lub artysty. Był to powolny, złowrogi i głęboko nieludzki ruch.
Z tego samego zagłębienia, z którego sterczały cztery nogi Tkacza, wyrastały dwa zestawy nieco mniejszych kończyn. Pierwsza para miała sześć stóp długości i kierowała się ku górze, ugięta w łokciach. Każda z dwóch wąskich i twardych chitynowych rur zakończona była osiemnastocalowym szponem – groźnie wyglądającym, wypolerowanym odłamkiem rdzawej skorupy, ostrzejszym niż skalpel. U nasady pazurów sterczały skręcone fragmenty pajęczej kości: ostre haki, które mogły służyć do unieruchamiania i krojenia ofiary.
Organiczne szable, przypominające zjeżone bojowo rogi, były ostentacyjną demonstracją morderczego potencjału.
Tuż przed nimi zwisała ostatnia, czwarta para nieco krótszych kończyn, zakończonych małymi i szczupłymi dłońmi w połowie wysokości między podłożem a głową Tkacza. Pięciopalczaste i smukłe, nie różniłyby się znacząco od rąk ludzkich dzieci, gdyby nie brak paznokci i niecodzienna, głęboka czerń gładkiej skóry.
Tkacz ugiął ręce w łokciach, by zacisnąć i wolno zatrzeć małe dłonie. Ten bezsensowny, niepokojąco ludzki gest upodabniał pająka do fałszywego, mizdrzącego się klechy.
Ostro zakończone odnóża poruszyły się kolejno i stwór podszedł bliżej. Czerwono-czarne szpony błysnęły złowieszczo w nie-świetle wypełniającym pokój. Dłonie ocierały się o siebie bez ustanku.
Ciało zakołysało się niespokojnie w przód i w tył.
…JAKĄ OFERTĘ JAKĄ NAGRODĘ PRZYNOSICIE MI DWUNOŻNI…
To powiedziawszy, Tkacz gwałtownym gestem wyciągnął przed siebie prawą rękę. Milicjanci naprężyli mięśnie, zaalarmowani nagłym ruchem.
Rudgutter bez wahania wystąpił naprzód i umieścił dar w małej dłoni pająka, starając się nie dotknąć jego skóry. Stem-Fulcher i Rescue zrobili to samo. Tkacz cofnął się z zaskakującą szybkością, spojrzał na trzy pary nożyc, wsunął długie palce w uchwyty i sprawdził każdą z osobna. Po chwili zbliżył się do ściany w głębi pokoju i szybkim ruchem wcisnął nowe nabytki w zimną, kamienną ścianę.
Jakimś cudem trzy kawałki martwego metalu pozostały tam, gdzie umieścił je wielki pająk. Artysta spojrzał na swoje dzieło i minimalnie skorygował położenie nożyc.
– Przyszliśmy, żeby o coś cię prosić, Tkaczu – rzekł spokojnie Rudgutter.
Pająk odwrócił się w jego stronę, w zadumie kołysząc głową.
…SMUGI NICI OTACZAJĄ DOSTATNIO WASZE DRŻĄCE CIAŁA A WY WZRUSZACIE ROZWIJACIE ROZPLATACIE WASZ TRIUMWIRAT WŁADZY OTOCZONY NIEBIESKO ODZIANYMI POŁYSKUJĄCYMI ISKRZĄCYM KRZEMIENIEM CZARNYM PROCHEM ŻELAZEM I NADAL TRZEJ SĄ ZRANIENI NA DUCHU ROZDARCI JAK OFIARY PIĘCIU SKRZYDLATYCH ROZPRUWACZY ROZCINAJĄCYCH DUSZE WYSYSAJĄCYCH WSZYSTKIE WŁÓKNA UMYSŁU…
Rudgutter spojrzał badawczo na Rescue i Stem-Fulcher. Wszyscy troje z trudem nadążali za senną poetyką recytacji Tkacza. I tak naprawdę tylko jedna rzecz wydała im się zupełnie jasna.
– Pięciu? – szepnął Rescue, wodząc wzrokiem od Rudguttera do Stem-Fulcher i z powrotem. – Motley kupił tylko cztery ćmy…
…PIĘĆ CYFR JAK PIĘĆ PALCÓW DŁONI ROZWIJAJĄ WŁÓKNA ŚWIATA ZE SZPULEK MIESZKAŃCÓW MIASTA PIĘĆ TNĄCYCH POWIETRZE INSEKTÓW CZTERY PIĘKNIE UFORMOWANE SZACOWNE OZDOBIONE BŁYSZCZĄCYM DESENIEM JEDEN MAŁY JAK KCIUK NAJSŁABSZY W MIOCIE ZRUJNOWANA MOC JEGO BRACI RAZEM PIĘĆ JAK U DŁONI…
Milicjanci mocniej ścisnęli broń, kiedy Tkacz baletowym krokiem ruszył wolno w stronę MontJohna Rescue. Istota rozcapierzyła palce i opuściła dłoń na wysokość twarzy urzędnika, przysuwając się coraz bliżej i bliżej. Kiedy dramatycznie skróciła dystans, powietrze wokół trojga ludzi zgęstniało. Rudgutter z trudem zwalczył w sobie pokusę otarcia twarzy, na której osadzały się włókna niewidzialnego jedwabiu. Milicjanci zaczęli szeptać, zdenerwowani i bezradni. Jeden gest Tkacza wystarczył, by dowieść ich bezużyteczności.
Rudgutter przyglądał się scenie z narastającym niepokojem. Przedostatnim razem, kiedy rozmawiał z Tkaczem, pająk postanowił zilustrować swoją wypowiedź, a może tylko pojedynczą figurę retoryczną, sięgając po kapitana milicji, unosząc go wysoko w powietrze i filetując pomału. Niewiarygodnie ostry szpon rozciął pancerz na brzuchu nieszczęśnika, a wraz z nim ciało aż do podbródka, odsłaniając kolejno parujące wnętrzności. Milicjant wrzeszczał wniebogłosy i wyrywał się, Tkacz zaś patroszył go metodycznie, monotonnym głosem wwiercającym się w umysł Rudguttera tłumacząc zawiłości swych onirycznych zagadek.
Burmistrz wiedział, że pająk zrobi wszystko, co jego zdaniem ulepszy tkaninę świata. Mógłby na przykład nagle zacząć udawać martwego albo nadać kamieniowi z posadzki postać posągu lwa, lub wydłubać oczy Elizie Stem-Fulcher. Interesowało go wszystko, co mogło udoskonalić włókna eteru widzialne tylko dla jego oczu, co mogło upiększyć tworzoną przezeń Tkaninę.
Rudgutter przelotnie sięgnął pamięcią do słów Kapnelliora, a ściślej do jego rozprawy z dziedziny teksturologii. Tkacze byli niebywale rzadko spotykanymi istotami, a ich bytowanie w normalnej przestrzeni i rzeczywistości miało charakter przejściowy. Jak dotąd, od początku istnienia Nowego Crobuzon, naukowcy natknęli się tylko dwukrotnie na szczątki martwych okazów. Dziedzinę, w której specjalizował się Kapnellior, trudno było nazwać nauką ścisłą.
Nikt nie wiedział, dlaczego akurat ten Tkacz postanowił pozostać pod miastem na dłużej. Swoje zamiary oznajmił dwieście lat wcześniej – w zawoalowanej formie – burmistrzowi Dagmanowi Beynowi. Na przestrzeni dziesięcioleci tylko jedna lub dwie administracje zostawiły go w spokoju. Pozostali włodarze miasta nie potrafili oprzeć się urokowi jego potęgi. I właśnie z tych krótkotrwałych, sporadycznych kontaktów z burmistrzami i naukowcami – czasem banalnych, a czasem fatalnych w skutkach – narodził się trzon wiedzy będącej przedmiotem studiów Kapnelliora.
Kapnellior był ewolucjonistą. Utrzymywał, że Tkacze byli odmianą zwykłych pająków, poddaną gwałtownemu działaniu Momentu lub konwencjonalnej taumaturgii – zapewne trzydzieści, czterdzieści tysięcy lat wcześniej, gdzieś w Sagrimaiu – czego skutkiem był gwałtowny, wręcz eksplozywny rozwój ewolucyjny. Za życia kilku pokoleń, wyjaśniał Rudgutterowi, Tkacze zmienili się z bezmózgich drapieżców w estetów o zdumiewającej potędze intelektualnej i materio-taumaturgicznej. Ich superinteligentne, najzupełniej obce ludzkim, umysły przestały postrzegać pajęczynę jako narzędzie polowania i zaczęły traktować ją jak idealne dzieło sztuki, którego włókien nie odróżniały od tkanki realnego świata. Ich brodawki przędne stały się wyspecjalizowanymi gruczołami pozwalającymi na Tkanie wzorów w sieci łączącej się ze światem. Ze światem, który – zdaniem Tkaczy – był pajęczyną.