– Próbuje mnie znaleźć – zawyła Barbile. Nie wytrzymała napięcia: puściła się biegiem w stronę drzwi.
Ćma zareagowała natychmiast, kierując w jej stronę wrażliwy język. Ruchy, które następnie wykonała, były zbyt szybkie, by mogło je zarejestrować ludzkie oko. Okrutny, organiczny kolec wystrzelił nagle z jej ciała i przebił głowę pana X jak wodę. Mężczyzna szarpnął się gwałtownie i w chwili, gdy krew buchnęła z rany, znalazł się w uścisku jednego z ramion bestii, które przyciągnęło go nieco bliżej i z potworną siłą cisnęło na przeciwległy kraniec pokoju.
Pan X przeleciał nad podłogą jak kometa, gubiąc krople krwi i odłamki czaszki. Umarł, zanim wylądował.
Jego zwłoki trafiły w plecy Magesty Barbile i przygniotły ją do podłogi. Potężne ciało spoczęło na deskach z szeroko otwartymi oczami.
Lemuel, Isaac i Derkhan skoczyli w stronę drzwi, wykrzykując paniczną kakofonię dźwięków.
Lemuel przeskoczył nad Magestą Barbile, która wiła się desperacko pod ciężkim cielskiem pana X. Zdołała wreszcie przewrócić się na plecy i teraz bez wytchnienia wołała o pomoc. Isaac i Derkhan jednocześnie wyciągnęli ręce i zaczęli holować ją w stronę wyjścia. Ani na moment nie otwierała oczu.
Kiedy jednak zwłoki pana X pozostały w tyle, głównie dzięki barbarzyńskiemu kopniakowi Lemuela, twarda, skórzasta macka pomknęła nagle ze świstem w stronę Magesty Barbile i owinęła się wokół jej kostek. Czując obcy dotyk, kobieta znowu zaczęła krzyczeć.
Derkhan i Isaac ciągnęli ze wszystkich sił. Najpierw czuli jedynie opór, a potem ćma znienacka przyciągnęła mackę ku sobie, z nieprawdopodobną siłą i upokarzającą łatwością wyrywając z ich rąk wierzgającą kobietę. Barbile pomknęła po podłodze z niebywałą prędkością, wyrywając z desek małe i duże drzazgi.
Jej wołania o pomoc zmieniły się w przeraźliwy wrzask.
Lemuel z rozmachem otworzył drzwi i wybiegł na schody, nie oglądając się za siebie. Isaac i Derkhan szybko stanęli na nogi i w idealnej synchronizacji odwrócili głowy w kierunku lustra.
Oboje krzyknęli z przerażenia.
Barbile szarpała się i wrzeszczała, próbując wyrwać się ze skomplikowanego uścisku licznych kończyn ćmy. Obejmowały ją macki, wyrostki i fałdy czarnego ciała, skutecznie unieruchamiające także ręce i nogi.
Potwór przechylił głowę na bok, jakby przyglądał się swej ofierze z ciekawością i czymś w rodzaju apetytu. Wydawał z siebie ciche, lubieżne dźwięki.
Najwyżej umocowana para rąk uniosła się i czarne palce zaczęły manipulować przy oczach Barbile. Dotknęły ich delikatnie, a potem zabrały się do otwierania ich siłą.
Barbile zawyła ze strachu i bólu. Błagała o pomoc, ale Isaac i Derkhan mogli jedynie stać jak sparaliżowani, wpatrując się w lustrzane odbicie horroru.
Drżącymi rękami dziennikarka sięgnęła za pazuchę i wyszarpnęła z kieszeni gotowy do strzału pistolet. Spoglądając w skupieniu w lustro, wycelowała lufę za siebie. Desperacko machała ręką, próbując dokonać niemożliwego: namierzyć cel, widząc jedynie jego odbicie.
Isaac spostrzegł jej wysiłki i szybko sięgnął po własną broń. Strzelił jako pierwszy.
Proch eksplodował z donośnym hukiem. Kula pomknęła w stronę głowy potwora, ale minęła ją w bezpiecznej odległości i utkwiła w ścianie. Ćma nawet nie zwróciła uwagi na ten rozpaczliwy atak. Barbile krzyknęła przeraźliwie, słysząc odgłos wystrzału i natychmiast zaczęła błagać, by mierzyli w nią, błagać o śmierć.
Derkhan zacisnęła zęby, próbując zapanować nad drżeniem ręki.
Wypaliła. Bestia gwałtownie odwróciła głowę i potrząsnęła skrzydłem. Z otwartego pyska wydobył się zdławiony syk, jakby ćma próbowała krzyczeć szeptem. Isaac dostrzegł maleńki otwór w skórzastej połaci lewego skrzydła.
Istota obróciła się w stronę Derkhan. Dwie biczowate wypustki błyskawicznie pokonały dystans siedmiu stóp i z trzaskiem uderzyły w plecy kobiety. Derkhan przeleciała przez otwarte drzwi i z jękiem upadła na podłogę, nie mogąc złapać tchu.
– Nie odwracaj się! – ryknął Isaac. – Biegnij! Idę za tobą!
Bardzo się starał nie słyszeć błagań Magesty Barbile. Nie miał czasu na ponowne ładowanie broni.
Przesuwając się wolno w stronę drzwi, modlił się w duchu, by bestia nie przestała go ignorować, i mimowolnie wpatrywał się w scenę, którą wiernie pokazywało mu lustro.
Jego świadomość broniła się przed analizą tego, co widział, przyjmując dramat rozgrywający się za jego plecami jako ciąg luźnych obrazów. Pomyślał tylko, że później znajdzie czas na refleksję, o ile uda mu się przeżyć, uciec, odnaleźć drogę do domu i przyjaciół, o ile przetrwa i zacznie planować.
Tymczasem zaś starał się nie myśleć o niczym, kiedy obserwował, jak ćma w wielkim skupieniu przygląda się kobiecie uwięzionej w jej objęciach. Nie myślał o niczym, kiedy patrzył, jak istota siłą otwiera oczy ofiary, wprawnie posługując się smukłymi palcami, kiedy słyszał nieludzkie krzyki wymiotującej ze strachu Magesty Barbile i kiedy nagle zapadła cisza, bo oczy nieszczęśnicy spostrzegły migotliwy wzór na skrzydłach ćmy. Spoglądał na rozpostarte, wielobarwne mozaiki skrzydeł, poruszające się nieznacznie, a także na twarz pogrążonej w transie kobiety, której ciało rozluźniło się nagle i zaprzestało oporu. Widział pysk bestii, śliniący się łakomie; widział niewiarygodnie wielki jęzor prześlizgujący się lubieżnie po splamionej śluzem koszuli ofiary i wyżej, ku jej ustom, rozchylonym w ekstazie na widok piekielnej feerii barw. Pierzasta końcówka języka musnęła nos i uszy Barbile, a potem, niespodziewanie, wdarła się między zęby i dalej (w tym momencie Isaac zwymiotował, choć usiłował nie myśleć o niczym), z nieprzyzwoitą prędkością penetrując usta. Im głębiej zapuszczał się w ciało mięsisty jęzor, tym szerzej otwierały się oczy kobiety.
Wreszcie Isaac spostrzegł dziwne migotanie pod skórą jej głowy; coś wybrzuszyło się pod włosami i ciałem, wijąc się jak węgorz w mule. Gałki oczne omal nie wyskoczyły z oczodołów, wypychane obcą siłą, i nagle łzy zmieszane ze śluzem trysnęły ze wszystkich otworów głowy. Język bestii wniknął w umysł Magesty Barbile, a Isaac, nim rzucił się do ucieczki, dostrzegł jeszcze gasnący wzrok kobiety i puchnący szybko brzuch ćmy, która wypijała do dna jej życiową esencję.
ROZDZIAŁ 32
Lin była sama.
Siedziała na poddaszu, oparta plecami o ścianę i z szeroko, jak u lalki, rozłożonymi nogami. Obserwowała wirujący w powietrzu kurz. Gdzieś między drugą a czwartą nad ranem było już ciepło, ale wciąż jeszcze dość ciemno.
Fatalna noc ciągnęła się w nieskończoność. Lin wyczuwała wibracje powietrza, dalekie krzyki i jęki śniących koszmary. Atmosfera panująca w mieście sprawiła, że i jej głowa stawała się pomału coraz cięższa, coraz bardziej pełna ponurych myśli.
Kołysząc się wolno, rozcierała dłońmi pancerz głowoskarabeusza. Bała się. Nie była aż tak głupia, aby nie wiedzieć, że dzieje się coś niedobrego.
Przybyła do domu pana Motleya kilka godzin wcześniej i jak zwykle polecono jej wejść na poddasze. Kiedy jednak weszła do długiego, pustego pokoju, przekonała się, że jest sama.
W oddali, pod ścianą, zobaczyła jedynie ciemną postać niedokończonej rzeźby. Rozejrzawszy się bezsensownie, jakby pan Motley mógł się ukryć w pustej przestrzeni, podeszła bliżej, aby przyjrzeć się swojej pracy. Spodziewała się, że jej zleceniodawca niestety wkrótce się pojawi.
Pogładziła na poły wykończoną postać z zastygłej khepri-śliny. Niejednakowe nogi pana Motleya prezentowały się okazale w swych łukowatych kształtach i nadrealistycznych barwach. Rzeźba kończyła się mniej więcej trzy stopy nad ziemią, stercząc ku górze wyrostkami o miękkich, organicznych kształtach. Wyglądało to tak, jakby ktoś zostawił na ciemnym poddaszu na wpół wypaloną świeczkę w kształcie pana Motleya.
Lin czekała. Minęła godzina. Wreszcie spróbowała unieść klapę w podłodze i otworzyć drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, ale były zamknięte. Tupała nogą i tłukła pięścią mocno i wielokrotnie, lecz nikt jej nie odpowiedział.
„Zaszła jakaś pomyłka” – wmawiała sobie Lin. „Motley jest pewnie zajęty, ale niedługo przyjdzie”. Czuła jednak, że wszelkie tłumaczenia brzmią nieprzekonująco. Motley był doskonały: jako biznesmen, jako bandyta, jako filozof i jako artysta.
Opóźnienie nie mogło być przypadkowe. Było celowe.
Lin nie znała jednak przyczyny, dla której Motley chciał, żeby siedziała na poddaszu i pociła się w samotności.
Czekała przez długie godziny, aż jej nerwowość stała się kolejno strachem, znudzeniem i cierpliwością. W końcu zaczęła rysować coś na zakurzonej podłodze i otwierać pudło z przyborami, by wielokrotnie liczyć kolorowe jagody. Kiedy jednak nadeszła noc i nic się nie zmieniło, cierpliwość znowu zamieniła się w strach.