– Nie możecie – odparł krótko.
– Nie kręć, do cholery – warknął Isaac. – Wszystko, co żyje, musi umrzeć.
– Źle mnie zrozumiałeś. Oczywiście, że na płaszczyźnie abstrakcyjnej można powiedzieć: ćmy umierają. Co za tym idzie, teoretycznie można je zabić. Tyle że nie uda ci się tego dokonać. To istoty, które żyją w kilku wymiarach jednocześnie, a kule, ogień czy inne tradycyjne środki rażą je tylko w jednym z nich. Musiałbyś zaatakować je we wszystkich wymiarach naraz albo spowodować u nich niewyobrażalnie rozległe urazy w tym jednym, naszym wymiarze. Zapewniam jednak, że nie pozwolą ci na to… Teraz rozumiesz?
– Rozważmy więc inne możliwości – zaproponował Isaac, przyciskając dłonie do skroni. – Pomówmy na przykład o kontroli biologicznej. Drapieżniki…
– One nie mają tu naturalnych wrogów. Znajdują się na szczycie łańcucha pokarmowego. Jesteśmy prawie pewni, że w ich rodzinnych stronach żyją zwierzęta, które potrafią je zabijać, ale bez wątpienia nie znajdziesz ich w promieniu kilku tysięcy mil. Zresztą nawet jeśli się nie mylimy, sprowadzenie ich do Nowego Crobuzon mogłoby oznaczać jeszcze szybszą zagładę miasta.
– Na Jabbera – jęknął Isaac. – Skoro nie mają wrogów ani konkurentów, świeżego pożywienia zaś tyle, ile tylko zapragną… Nikt ich nie powstrzyma.
– Co więcej – szepnął z wahaniem Vermishank – nie rozważaliśmy jeszcze tego, co się stanie, gdy one… Widzisz, Isaacu, to młode osobniki. Nie w pełni dojrzałe. Lecz wkrótce, gdy noce staną się gorące… Trzeba będzie zastanowić się, co robić, kiedy ćmy zaczną się rozmnażać.
Powietrze w pomieszczeniu stało się chłodne i jakby nieruchome. Vermishank kolejny raz próbował zapanować nad twarzą, jednak Isaac dostrzegł malujący się na niej ponownie prawdziwy strach. Vermishank był przerażony. Wiedział, jak wysoka jest stawka.
Pracujący w pobliżu konstrukt zaczął kręcić się w kółko, pogwizdując i klekocąc zaworami. Wydawało się, że zaczyna gubić zebrane śmieci i kurz oraz poruszać się w przypadkowy sposób, zostawiając za sobą brudny ślad. „Znowu się zepsuł” – pomyślał Isaac i odwrócił się w stronę Vermishanka.
– Kiedy zaczną to robić? Vermishank zlizał pot znad górnej wargi.
– Podobno są hermafrodytami. Nigdy nie zauważyliśmy, by kopulowały lub składały jaja. Wiemy tylko tyle, ile zasłyszeliśmy. Okres rui zaczyna się dla nich w drugiej połowie lata. Jeden wybrany osobnik zajmuje się składaniem jaj. Dzieje się to zazwyczaj w sinnie lub oktuarym.
– Daj spokój, przecież musi być na nie jakiś sposób! – wybuchnął Isaac. – Nie mów mi, że Rudgutter nie ma czegoś w zanadrzu…
– Nic mi o tym nie wiadomo. To znaczy: oczywiście, że istnieją jakieś plany działania, tylko że nie znam szczegółów. O ile wiem… – Vermishank zawahał się.
– Co?! – ryknął Isaac.
– O ile wiem, władza nawiązała kontakt z demonami. – Nikt się nie odezwał, więc uczony przełknął ślinę i mówił dalej: – Niestety, odmówiły pomocy, nawet za najwyższą stawkę.
– Dlaczego? – spytała Derkhan.
– Dlatego, że się boją. – Vermishank oblizał usta, ale strach, który tak usilnie chciał ukryć, był coraz bardziej widoczny. – Rozumiecie? Boją się. Mimo całej swojej potęgi i liczebności… myślą podobnie jak my. Piekielni są istotami świadomymi, myślącymi. W obliczu tych ciem są więc, tak jak my, jedynie zdobyczą.
Nikt się nie poruszył. Ręka Lemuela Pigeona dzierżąca pistolet opadła już dawno, lecz Vermishank nie próbował uciekać, pogrążony w ponurych rozmyślaniach.
– Co więc możemy zrobić? – spytał w końcu Isaac nieco drżącym głosem.
Chrobotanie krzątającego się konstruktu stało się irytująco głośne. Maszyna przez moment kręciła się w miejscu na środkowym kole. Wyprostowane ramiona ciągnęły się po podłodze, podskakując z klekotem na nierównościach desek. Derkhan, Isaac i David, a potem i pozostali, spojrzeli na automat ze zdziwieniem.
– Nie mogę myśleć, kiedy ten pieprzony grat tłucze się po kątach! – wrzasnął rozdrażniony Isaac i ruszył w stronę konstruktu, gotów wyładować na nim swoją frustrację i lęk. Kiedy się zbliżył, maszyna odwróciła się w jego stronę i błysnęła szklanym okiem, gwałtownie prostując wysięgniki. Na jednym z nich tkwił nadziany przypadkiem arkusik papieru. Konstrukt niepokojąco przypominał człowieka z rozpostartymi ramionami. Isaac zamrugał nerwowo, ale nie zatrzymał się.
Prawy manipulator konstruktu skierował się ku podłodze, w miejscu, w którym porzucone śmieci, kurz i piach utworzyły grubą warstwę. Automat poruszał ramieniem raz po raz, łomocąc potężnie o deski. Lewa kończyna, zakończona miotłą, uniosła się w stronę Isaaca, blokując mu drogę. Zdumiony mężczyzna zrozumiał nagle, że maszyna próbuje zwrócić na siebie uwagę. Przystanął, a wtedy kolec do nadziewania śmieci raz jeszcze skierował się ku podłodze.
Ku warstwie pyłu. Ku wypisanej na niej wiadomości.
W wygładzonej kupce kurzu i piasku, a także w pociemniałej powierzchni desek, wyskrobany był nieforemny, niepewny, ale w pełni zrozumiały napis:
„Zostałeś zdradzony”.
Isaac wpatrywał się w konstrukt w głębokiej konsternacji. Maszyna pomachała ku niemu kolcem, na którym łopotał wygnieciony świstek.
Pozostali nie odczytali jeszcze napisu, który pojawił się na podłodze, ale widząc wyraz twarzy Isaaca i przedziwne zachowanie automatu sprzątającego, podejrzewali, że dzieje się coś niezwykłego. Wstali, z ciekawością przyglądając się scenie.
– Co się dzieje? – spytała Derkhan.
– Ja… nie mam pojęcia – wymamrotał Grimnebulin. Konstrukt okazywał nadzwyczajne podniecenie: na przemian postukiwał ramieniem o podłogę w pobliżu napisu i wyciągał je przed siebie. Wreszcie Isaac, z ustami szeroko otwartymi ze zdumienia, uniósł rękę i maszyna znieruchomiała. Mężczyzna zbliżył dłoń do metalowego kolca i zdjął z niego zgnieciony papier.
Kiedy rozprostował świstek, David podskoczył nagle jak oparzony, z wyrazem przerażenia na twarzy, i puścił się biegiem w jego stronę.
– Zaac! – zawołał. – Czekaj!… – Ale Isaac już rozwinął kartkę. Z każdym przeczytanym słowem jego oczy otwierały się coraz szerzej. Skończywszy lekturę, zacisnął zęby i już miał krzyknąć, gdy nagle Vermishank zaczął działać.
Kiedy konstrukt rozpoczął swój dziwaczny popis, Lemuel odwrócił się w jego stronę i przestał mierzyć w Vermishanka, który nie omieszkał wykorzystać sytuacji. Gdy wszyscy spoglądali na Isaaca czytającego wiadomość przekazaną mu przez maszynę, stary naukowiec ześlizgnął się z krzesła i popędził w stronę drzwi.
Zapomniał, że były zamknięte. Kiedy szarpnął za klamkę i nie ustąpiły, zawył w panice. Tymczasem David zmienił zdanie i pozostawiwszy Isaaca w spokoju, ruszył w kierunku Vermishanka i zatrzaśniętych wrót. Grimnebulin obrócił się na pięcie, ściskając w dłoni wymięty papier, i spojrzał na obu z nieprzytomną nienawiścią. Lemuel zrozumiał swój błąd i natychmiast wymierzył broń w Vermishanka, ale w tym samym momencie Isaac zaczął zbliżać się do więźnia, przecinając linię strzału.
– Zaac, odsuń się! – krzyknął Pigeon.
Vermishank zauważył, że Derkhan zrywa się na równe nogi, David kuli się na widok nadbiegającego Isaaca, a człowiek w kapturze stojący w dalekim kącie starego magazynu rozkłada ręce i nogi, przyjmując osobliwą pozycję polującego drapieżnika. Nie widział jedynie Lemuela, który zniknął za barczystą postacią Grimnebulina.
Isaac spoglądał raz na Vermishanka, raz na Davida, wymachując w powietrzu pieczołowicie rozprostowaną kartką.
– Isaac! – wrzasnął błagalnie Lemuel. – Zejdź wreszcie z linii strzału!
Ale rozjuszony olbrzym nie słyszał. Laboratorium wypełniła kakofonia dźwięków. Wszyscy krzyczeli – pytając o treść wiadomości, błagając o litość, warcząc z wściekłością lub skrzecząc jak wielki ptak.
Wydawało się, że Isaac zastanawia się nad tym, czy najpierw zająć się Davidem czy Vermishankiem. Serachin był zrezygnowany, prosił tylko, by „przyjaciel” zechciał go wysłuchać. Vermishank zaś, po raz ostatni szarpnąwszy zamknięte drzwi, postanowił się bronić.
Był doskonale wyszkolonym biotaumaturgiem. Błyskawicznie wymówił stosowną formułę i naprężył niewidzialne, niematerialne mięśnie, które nagle pojawiły się w jego ramionach. Energia, która rozdęła żyły przedramienia do rozmiarów węży, pomogła mu usztywnić dłoń z lekko zakrzywionymi palcami. Czuł, że potęga formuły rozciąga jego skórę do granic wytrzymałości.
Koszula Isaaca nie była dopięta. Vermishank wbił rękę w nieosłonięte miejsce u nasady jego szyi.
Grimnebulin zawył z wściekłości i bólu, a jego ciało poddało się uderzeniu jak miękka glina.
Vermishank mało eleganckim gestem począł wwiercać dłoń w ranę. Zawzięcie pracując palcami, próbował chwycić najbliższe żebro. Isaac zacisnął pięści na jego nadgarstku. Krzywiąc się, zdołał powstrzymać atak – teoretycznie był silniejszy od przeciwnika, ale ból odbierał mu moc.