Im dalej jednak Bell, Geneva i Pulaski jechali na zachód, tym bardziej zmieniało się otoczenie. Opustoszałe budynki zostały tu wyburzone lub wyremontowane; plakaty przed placami budów ukazywały idylliczne domy, jakie wkrótce miały zastąpić stare zabudowania. Okolica domu Genevy, niedaleko pagórkowatego Morningside Park i Uniwersytetu Columbia, była ładnym zakątkiem o czystych, ocienionych drzewami chodnikach. Stare budynki były w całkiem dobrym stanie. Niektóre samochody miały stalowe blokady na kierownicach, lecz były wśród nich lexusy i beemery.
Geneva wskazała czterokondygnacyjny budynek z piaskowca, o rzeźbionych fasadach i ozdobach z kutego żelaza, od których odbijało się słońce późnego ranka.
– Tu mieszkam.
Bell minął dom i zaparkował dwa budynki dalej.
– Mhm, detektywie – odezwał się Ron Pulaski. – Geneva mówiła chyba o tamtym domu.
– Wiem – odrzekł. – Ale mam taką słabość, że nie rozgłaszam, gdzie mieszkają ludzie, którymi się opiekuję.Nowy skinął głową, jak gdyby zapamiętywał tę regułę. Taki młody, pomyślał Bell. Tyle przed nim jeszcze nauki.
– Będziemy w środku kilka minut. Miej oko na wszystko.
– Tak jest. Na co szczególnie?
Detektyw nie miał czasu wygłaszać wykładu na temat praktycznych szczegółów ochrony; sama obecność policjanta była na tę krótką chwilę wystarczającym straszakiem.
– Na bandziorów – powiedział.
Towarzyszący im radiowóz zatrzymał się w miejscu wskazanym przez Bella, przed victoria. Prowadzący go funkcjonariusz miał natychmiast zawieźć Rhyme’owi listy Charlesa Singletona. Chwilę później nadjechał jeszcze jeden samochód, nieoznakowany Chevrolet. Przybyli dwaj członkowie brygady specjalnej Bella, którzy mieli pozostać w domu i jego okolicy. Dowiedziawszy się, że sprawca może atakować niewinnych świadków tylko w celu odwrócenia uwagi, Bell wezwał posiłki. Do tego zadania wybrał Luisa Martineza, milczącego i porządnego detektywa, oraz Barbe Lynch, bystrą i młodą funkcjonariuszkę w cywilu, która od niedawna należała do zespołu, ale miała naturalny dar – wewnętrzny radar wykrywający zagrożenie.
Detektyw z Karoliny wysiadł z samochodu i prostując szczupłe ciało, rozejrzał się dookoła, zapinając równocześnie marynarkę, by ukryć dwa pistolety, które nosił na biodrach. Bell był dobrym gliną w małym miasteczku i dobrym oficerem śledczym w wielkiej metropolii, ale jego prawdziwym żywiołem była ochrona świadków. Miał talent, dzięki któremu potrafił wyczuć z daleka zwierzynę, kiedy w młodości chodził na polowania. Instynkt. Jego uwagę przyciągało wszystko – odbłysk światła w celowniku optycznym, szczęk zamka pistoletu lub czyjś wzrok utkwiony w odbiciu świadka w szybie witryny sklepowej. Zwracał uwagę na człowieka idącego bardzo zdecydowanym krokiem, którego nie uzasadniała żadna logiczna przyczyna. Albo na pozornie niedbale zaparkowane auto, ustawione w taki sposób, by zabójca mógł łatwo uciec, bez konieczności mozolnego kręcenia kierownicą. Widząc usytuowanie budynku, okna i ulicy, myślał: tu mógłby się schować ktoś o złych zamiarach.
W tej chwili nie zauważył jednak żadnego zagrożenia i pozwolił wysiąść Genevie Settle z samochodu i wejść do domu, dając znak Martinezowi i Lynch, aby do nich podeszli. Przedstawił im Geneve, po czym policjanci opuścili budynek, by sprawdzić okolicę. Dziewczyna otworzyła kluczem wewnętrzne drzwi i w towarzystwie umundurowanego funkcjonariusza weszli na drugie piętro.
– Wujku Bill – zawołała Geneva, stukając do drzwi. – To ja.
Drzwi otworzył krępy, pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna z policzkiem obsypanym znamionami. Uśmiechnął się i skinął głową Bellowi.
– Miło poznać. Jestem William.
Detektyw przedstawił się i uścisnęli sobie dłonie.
– Skarbie, nic ci nie jest? To straszne, co sie stało.
– Wszystko w porządku. Tylko przez jakiś czas policja będzie tu musiała zostać. Myślą, że ten człowiek, który mnie napadł, może spróbować jeszcze raz.
Na okrągłej twarzy wuja pojawił się wyraz zatroskania.
– Cholera. – Pokazał na telewizor. – Pełno o tobie w wiadomościach.
– Wymienili jej nazwisko? – zapytał Bell, marszcząc brwi zaniepokojony.
– Nie. Za młoda. Zdjęcia też nie było.
– No, to już lepiej… – Roland Bell nie miał absolutnie nic przeciwko wolności prasy, lecz czasami wolałby, żeby istniała śladowa cenzura, kiedy chodziło o ujawnianie tożsamości i adresów świadków. – Zaczekajcie w korytarzu. Muszę sprawdzić mieszkanie.
– Tak jest.
Bell wszedł i obejrzał wnętrze. Drzwi wejściowe zabezpieczały dwa zamki i stalowa sztaba. Przez okna frontowe widać było domy po drugiej stronie ulicy. Bell opuścił rolety. Boczne okna wychodziły na alejkę i dom naprzeciwko. Był to jednak lity ceglany mur, bez żadnych okien, które stanowiłyby doskonałe stanowisko snajpera. Mimo to detektyw zamknął i zasłonił okna.
Mieszkanie było duże – w korytarzu znajdowało się dwoje drzwi, jedne od frontu, przy wejściu do salonu, a drugie w głębi, obok pralni. Bell upewnił się, czy są zamknięte.
– W porządku! – zawołał. Geneva z wujem wrócili do salonu. – Wygląda całkiem nieźle. Tylko pamiętajcie, żeby drzwi i okna były zamknięte, a rolety opuszczone.
– Tak jest – odrzekł William. – Będę pilnował.
– Wezmę listy – powiedziała Geneva i zniknęła w sypialni.
Sprawdziwszy mieszkanie pod kątem bezpieczeństwa, Bell obejrzał samo wnętrze. Wydało mu się zaskakująco zimne. Nieskazitelnie białe meble, skóra i płótno, wszystko pokryte foliowymi pokrowcami. Tony książek, afrykańskie i karaibskie rzeźby i malowidła, serwantka pełna drogich na pierwszy rzut oka naczyń i kieliszków. Afrykańskie maski. Bardzo niewiele osobistych przedmiotów. I żadnych zdjęć rodzinnych.
Mieszkanie Bella było pełne fotografii najbliższych – zwłaszcza jego synów i wszystkich kuzynów z Karoliny Północnej. Miał także kilka zdjęć zmarłej żony, ale przez wzgląd na swoją nową sympatię – Lucy Kerr, szeryfa z Karoliny – schował wszystkie, na których byli razem. Zostawił tylko te z synami. (Lucy, której podobizny licznie zdobiły ściany jego domu, widziała zdjęcia nieżyjącej pani Bell z dziećmi i oświadczyła, iż bardzo go szanuje za to, że je zostawił. A Lucy zawsze mówiła to, co myśli).
Bell zapytał wuja Genevy, czy nie zauważył, by wokół domu kręcił się ktoś nieznaiomv.- Nie, detektywie. Żywej duszy.
– Kiedy wracają jej rodzice?
– Nie mam pojęcia. To Gen z nimi gadała.
Dziewczyna przyszła po pięciu minutach. Podała Bellowi kopertę z dwiema pożółkłymi kartkami papieru.
– Proszę. – Zawahała się przez moment. – Ale proszę na nie uważać. Nie mam kopii.
– Och, nie znasz pana Rhyme’a. Traktuje wszystkie dowody jak świętego Graala.
– Wrócę po szkole – poinformowała wuja Geneva, a zwracając się do Bella, powiedziała: – Jestem gotowa.
– Słuchaj no, dziewczyno – rzekł William. – Masz być grzeczna, tak cię uczyłem. Jak rozmawiasz z policją, mów zawsze „proszę pana”.