Выбрать главу

Cooper zaczął dzwonić. Teksańska policja obiecała, że zajrzy do akt i jak najszybciej da im znać. Natomiast detektyw z Ohio poinformował, że dokumenty są wśród kilkudziesięciu akt zimnych spraw, które gdzieś się zawieruszyły podczas przeprowadzki do nowej siedziby przed dwoma laty. Zapewnili, że ich poszukają. – Ale – dodał policjant – nie spodziewajcie się zbyt wiele.Rhyme skrzywił się na tę wiadomość i kazał Cooperowi nakłonić ich, żeby postarali się wygrzebać materiały.

Chwilę później zadzwoniła komórka Coopera i technik odebrał.

– Halo?… Tak, słucham. – Zapisał coś, podziękował i się rozłączył. – Drogówka. Nareszcie ustalili, gdzie ostatnio odbyły się duże imprezy plenerowe, kiedy trzeba było zamykać ulice. Dwie w Queens – festyn jakiegoś lokalnego stowarzyszenia i greckiego zakonu. Obchody Dnia Kolumba w Brooklynie i drugi festyn w Little Italy. Ten był naprawdę duży. Na Mulberry Street.

– Trzeba wysłać ludzi do wszystkich tych dzielnic – powiedział Rhyme. – Sprawdzić wszystkie sklepiki wielobranżowe i drogerie, w których mają torebki z uśmiechniętą twarzą, gdzie sprzedają prezerwatywy, taśmę izolacyjną i składane noże, a do tego korzystają z tanich kas albo maszyn sumujących. Podajcie zespołom rysopis sprawcy, niech się dowiedzą, czy jacyś sprzedawcy go sobie przypominają.

Rhyme przyglądał się Sellitcie, który patrzył na małą ciemną plamkę na rękawie swojej marynarki. Przypuszczał, że to jeszcze jeden ślad krwi po porannym zabójstwie. Detektyw nie poruszył się. Ponieważ był najstarszy stopniem, do niego należał obowiązek zawiadomienia oddziału specjalnego i dowództwa patroli, by wysłali ludzi na poszukiwania. Wyglądał jednak, jakby w ogóle nie słyszał, co się do niego mówi.

Rhyme zerknął na Sachs, która skinęła głową i zadzwoniła do centrali, aby zorganizowano zespoły do zadania. Kiedy odłożyła słuchawkę, zauważyła, że Rhyme ze zmarszczonymi brwiami wpatruje się w tablicę z dowodami.

– Coś nie tak?

Nie odpowiedział od razu, zastanawiając się, co właściwie jest nie tak. Wreszcie domyślił się, o co chodzi. Ryba bez wody…

– Chyba potrzebujemy pomocy.

Jedną z największych trudności, z jakimi muszą się zmierzyć kryminalistycy, jest nieznajomość terenu. Podstawę warsztatu analityka stanowi wiedza o obszarze, który zamieszkują podejrzani – o geologii, socjologii, historii, popkulturze, sytuacji zatrudnienia… o wszystkim.

Lincoln Rhyme myślał, jak niewiele wie o świecie, w którym mieszka Geneva Settle: o Harlemie. Och, naturalnie, czytał statystyki. Większość mieszkańców stanowili w równych częściach Afroamerykanie (mieszkający tu od dawna i nowi imigranci) i Latynosi (przede wszystkim Portorykańczycy, Dominikanie, Salwadorczycy i Meksykanie), plus biali i Azjaci. Była tam bieda, gangi, narkotyki i przemoc – głównie w okolicach nowych osiedli – ale w większości dzielnicy było na ogół bezpiecznie w porównaniu z niektórymi rejonami Brooklynu, Bronksu czy Newark. W Harlemie istniało więcej kościołów, meczetów, organizacji lokalnych i stowarzyszeń rodziców niż w jakiejkolwiek innej części miasta. W dzielnicy dbano o prawa obywatelskie czarnoskórych, a także czarną i latynoską kulturę i sztukę. Stała się również centrum nowej akcji: ruchu na rzecz równości podatkowej. Realizowano tu kilkadziesiąt przedsięwzięć gospodarczych i modernizacyjnych, dlatego inwestorzy wszystkich ras i narodowości, korzystając z ożywienia na rynku nieruchomości, na wyścigi lokowali w Harlemie ogromne pieniądze.

Ale wszystko to były fakty z „New York Timesa”, fakty ze statystyk policyjnych. W żaden sposób nie pomagały Rhyme’owi zrozumieć, dlaczego zawodowy morderca chciał zabić nastolatkę z tej dzielnicy. Była to poważna przeszkoda w poszukiwaniu NS 109. Polecił telefonowi zadzwonić, a komputer posłusznie połączył go z numerem biura FBI na Manhattanie.

– Tu Dellray.

– Fred, mówi Lincoln. Znowu potrzebuję twojej pomocy.

– Spisał się mój kumpel ze stolicy?

– Tak, doskonale. Ten z Marylandu też.

– Cieszę się. Czekaj no, muszę stąd kogoś wygonić.

Rhyme kilka razy był w biurze Dellraya. Pokój wysokiego i tykowatego agenta był pełen książek beletrystycznych i literatury poświęconej ezoterycznej filozofii, a także przeróżnych kostiumów, które Dellray wkładał na tajne akcje, choć ostatnio rzadko pracował w terenie. Ciekawe, że na tych samych wieszakach można było znaleźć obowiązkowe w FBI garnitury Brooks Brothers, białe koszule i krawaty w prążki. Na co dzień Dellray ubierał się bowiem – delikatnie mówiąc – cudacznie. Chodził w dresie, bluzach i sportowych kurtkach, a jeżeli decydował się na garnitur, gustował w zielonych, niebieskich albo żółtych. Przynajmniej nie nosił kapeluszy, w których mógłby wyglądać jak alfons z filmów „blaxploitation” z lat siedemdziesiątych.

Kiedy w słuchawce ponownie odezwał się głos agenta, Rhyme zapytał:

– Jak tam sprawy z bombami?

– Rano znowu był anonimowy telefon, dotyczący izraelskiego konsulatu. Tak samo jak w zeszłym tygodniu. Tylko że moje wtyki – nawet najlepsi z chłopaków – nie potrafią mi znaleźć nic konkretnego. A co u was?

– Sprawa zahacza o Harlem. Często tam pracujesz?

– Od czasu do czasu zaglądam. Ale encyklopedią nie jestem. Urodzony i wychowany w BK.

– BK?

– W Brooklynie, dawnej kolonii Breuckelen, uzyskanej dzięki uprzejmości holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej w latach czterdziestych siedemnastego wieku. Pierwszym oficjalnym mieście stanu Nowy Jork, nawiasem mówiąc. Dzielnicy Walta Whitmana. Ale chyba nie dzwonisz, żeby gadać o pierdołach.- Mógłbyś się tam trochę rozejrzeć po ulicach?

– Postaram się znaleźć chwilę. Ale nie obiecuję, że to coś da.

– Wiesz, Fred, masz nade mną przewagę, jeżeli chodzi o wmieszanie się w tłum na górnym Manhattanie.

– Jasne, jasne, nie wożę tyłka w luksusowym wózku.

– I coś jeszcze – odrzekł Rhyme, którego cera była jasna jak włosy posterunkowego Pułaskiego.

Od Genevy przywieziono pozostałe listy Charlesa Singletona.

Nie przechowywano ich w najlepszych warunkach – po wielu latach wyblakły i stały się bardzo kruche. Mel Cooper ostrożnie wsunął je między cienkie akrylowe płytki, potraktowawszy je wcześniej odpowiednim środkiem chemicznym, aby papier nie popękał.

Podszedł do niego Sellitto.

– No i co?

Technik umieścił pierwszy list w skanerze i wcisnął klawisz. Obraz ukazał się jednocześnie na kilku monitorach w laboratorium.

Najukochańsza Violet

Mam tylko chwilę spokoju w ten ciepły niedzielny poranek, by skreślić do Ciebie tych kilka słów. Nasz 31. Pułk Nowego Jorku przeszedł długą drogę od dnia, gdy jako niedoświadczonych rekrutów zebrano nas na Hart’s Island. W rzeczy samej, otrzymaliśmy niezwykłej wagi zadanie, by stawić czoło samemu generałowi Robertowi E. Lee, którego armia wycofuje się po klęsce, jaką poniosła 2 kwietnia pod Petersburgiem w Wirginii.

Generał wraz ze swymi trzydziestoma tysiącami żołnierzy zajął pozycje w sercu terenów Konfederacji i między innymi naszemu pułkowi przypadła misja utrzymania linii na zachodzie, gdy będzie próbował odwrotu, co z pewnością nastąpi, albowiem generał Grant i generał Sherman nacierają na niego znacznie liczniejszą siłą.

Podczas tej ciszy przed burzą zebrano nas na dużej farmie. Wokół stoją bosi niewolnicy w bawełnianych bluzach i nam się przyglądają. Niektórzy milczą i patrzą obojętnym wzrokiem. Inni gromko wiwatują.

Niedawno podjechał do nas dowódca, zsiadł z konia i omówił plan działań na dziś. Następnie przemówił do nas słowami pana Fredericka Douglassa, które powtarzam tak, jak je zapamiętałem: „Kiedy raz pozwoli się czarnemu człowiekowi przypiąć do munduru litery US, nosić guziki z orłem na piersi, muszkiet na ramieniu i kule w kieszeni, to nikt na ziemi nie będzie mógł zaprzeczyć, że zasłużył sobie na prawo do obywatelstwa Stanów Zjednoczonych”.