Выбрать главу

Detektyw Bell zaparkował samochód, upewniwszy się przedtem, czy w okolicy nie ma żadnego zagrożenia, po czym wysiedli. Policjant wskazał róg ulicy i powiedział do młodego Pułaskiego:

– Zaczekaj tam.

– Tak jest.

– Pan też mógłby tu zaczekać – zwróciła się do detektywa Geneva. Bell zachichotał.

– Trochę ci potowarzyszę, jeśli wolno. No dobrze, widzę, że nie jesteś zachwycona. Ale mimo to idę. – Zapiął marynarkę, ukrywając pistolety. – Nikt nie będzie zwracał na mnie uwagi. – Pokazał książkę do wiedzy o społeczeństwie.

Geneva skrzywiła się bez słowa i ruszyli w stronę szkoły. Przy wykrywaczu metali w wejściu dziewczyna pokazała legitymację, a Bell dyskretnie otworzył portfel i został wpuszczony obok urządzenia. O jedenastej trzydzieści siedem miała się rozpocząć piąta lekcja, więc w korytarzach kłębił się tłum dzieciaków, zmierzających na boisko, do stołówki albo na ulicę, jeśli wolały fast food. Młodzi ludzie przekomarzali się, dogadywali sobie, flirtowali, obściskiwali się. Królował chaos.

– Teraz jest przerwa na lunch! – zawołała Geneva, przekrzykując harmider. – Pójdę do stołówki się pouczyć. Tędy.

Dogoniły ją trzy koleżanki, Ramona, Challette i Janet. Były, podobnie jak ona, inteligentnymi dziewczynami. Sympatyczne, nie sprawiały żadnych kłopotów i świeciły przykładem innym. Mimo to – a może właśnie dlatego – nie były szczególnie bliskimi przyjaciółkami; właściwie nie spędzały ze sobą czasu. Zaraz po lekcjach wracały do domu, uczyły się gry na skrzypcach metodą Suzuki, zgłaszały się do pracy w zajęciach wyrównawczych, brały udział w konkursach ortograficznych albo stypendialnych konkursach nauk ścisłych Westinghouse’a oraz, oczywiście, zajmowały się nauką. Praca oznaczała samotność. (Geneva trochę zazdrościła szkolnym paczkom w rodzaju gangsta, blingsta, szpanerkom z bogatych domów i feministkom spod znaku Angeli Davis). Teraz jednak wszystkie trzy obstąpiły ją jak najlepsze kumpele, zasypując pytaniami. Dotykał cię? Widziałaś jego fiuta? Był twardy? Widziałaś tego gościa, co go rozwalił? Byłaś blisko niego?

Wszyscy już wiedzieli – od dzieciaków, które spóźniły się do szkoły, albo od wagarowiczów, którzy oglądali rano telewizję. Mimo że w wiadomościach nie podano nazwiska Genevy, wszyscy wiedzieli, że to ona była bohaterką incydentu – prawdopodobnie dzięki Keesh.

Podeszła do niej Marella – gwiazda bieżni i koleżanka z trzeciej klasy – i zagadnęła:

– No i co? Spoko?

– Tak, nic mi nie jest.

Wysoka dziewczyna zmierzyła wzrokiem detektywa Bella, pytając:

– Dlaczego gliniarz nosi twoją książkę, Gen?

– Sama go spytaj.

Policjant zaśmiał się niepewnie.

Chce pan odstawiać nauczyciela. Super…

Keesh Scott, w towarzystwie siostry i kilku kumpel blingsta, na widok Genevy zdumiała się teatralnie.

– Ty gupia – krzyknęła. – Jak cie ktoś zwalnia, to masz wolne. Mogłaś dać se luz, pooglondać tiwi. – Uśmiechnęła się, pokazując na stołówkę. – Nara.

Inni uczniowie nie byli dla niej tacy mili. W połowie drogi do stołówki Geneva usłyszała chłopięcy głos:

– Patrzcie, idzie ta sucz z Fox News z jakimś bladziakiem. Jeszcze żyje?

– Myślałem, że ktoś jom w końcu stuknoł.

– Kurwa, ta kokoska jest za chuda, żeby w niom coś mogło trafić. Chyba że szlag jasny.

Wybuchnął hałaśliwy śmiech.

Detektyw Bell odwrócił się na pięcie, ale młodzi ludzie wykrzykujący do niej te słowa już zdążyli zniknąć w morzu bluz, kurtek, workowatych spodni i gołych głów – w szkole Langstona Hughesa nie wolno było nosić czapek.

– W porządku – powiedziała Geneva, zaciskając szczęki i wbijając wzrok w podłogę. – Niektórzy nie lubią, jak traktuje się szkołę poważnie. Jak się zawyża średnią.

Kilka razy wybrano ją uczennicą miesiąca, a w pierwszej i drugiej klasie dostała nagrodę za najmniejszą liczbę nieobecności. Jej nazwisko regularnie pojawiało się na liście najlepszych uczniów z przeciętną dziewięćdziesiąt osiem procent, a wiosną zeszłego roku, podczas oficjalnej ceremonii przyjęto ją w poczet członków National Honor Society.

– Nieważne.

Nie wzruszały jej nawet złośliwe obelgi w rodzaju „kokoska” i „blondyna” – używane wobec czarnej dziewczyny mającej ambicje białej. Tkwiło w tym bowiem ziarno prawdy.

W drzwiach stołówki do Bella podeszła postawna, atrakcyjna kobieta w fioletowej sukience, z zawieszonym na szyi identyfikatorem, z którego wynikało, że pracuje w kuratorium. Przedstawiła się jako pani Barton, psycholog. Słyszała o zdarzeniu i chciała wiedzieć, czy Genevie nic się nie stało i czy nie chciałaby porozmawiać z fachowcem.

Kurczę, psycholog, pomyślała dziewczyna, czując, jak opuszcza ją dobry nastrój. Po co mi te głupoty?

– Nie – powiedziała. – Nic mi nie jest.

– Na pewno? Moglibyśmy się umówić na popołudnie.

– Naprawdę, spoko. Wszystko gra.

– Powinnam zadzwonić do twoich rodziców.

– Wyjechali.

– Chyba nie jesteś sama? – Kobieta zmarszczyła brwi.

– Mieszkam z wujkiem.

– No i my się nią opiekujemy – dodał detektyw. Geneva zauważyła, że kobieta nie poprosiła go „nawet o pokazanie odznaki; na pierwszy rzut oka było widać, że jest gliną.

– Kiedy wrócą twoi rodzice?

– Już są w drodze. Byli w Europie.

– Naprawdę nie musiałaś przychodzić do szkoły.

– Mam dwa sprawdziany. Nie chcę stracić okazji.

Kobieta zaśmiała się bez przekonania i powiedziała do Bella:

– Nigdy nie traktowałam szkoły aż tak poważnie. Pewnie powinnam. – Zerknęła na dziewczynę. – Jesteś pewna, że nie chcesz wracać do domu?

– Długo się uczyłam do tych sprawdzianów – mruknęła w odpowiedzi. – Naprawdę chcę je napisać.

– No dobrze. Ale potem powinnaś chyba wrócić do domu i zostać tam przez kilka dni. Dowiesz się od nas, co było zadane. – Pani Barton zostawiła ich i pobiegła rozdzielić popychających się chłopaków.

Kiedy odbiegła, detektyw spytał:

– Masz coś do niej?

– Psychologowie… rozumie pan, do wszystkiego się wtrącają. Miał minę, jakby nie rozumiał. Zresztą jak miałby rozumieć? To nie był jego świat.

Ruszyli korytarzem w stronę stołówki. Kiedy weszli do pełnej gwaru sali, Geneva wskazała wnękę prowadzącą do toalety.

– Mogę tam iść?

– Jasne. Ale zaczekaj chwilę.

Dał znak jakiejś nauczycielce i szepnął jej coś na ucho, prawdopodobnie wyjaśniając sytuację. Kobieta skinęła głową i weszła do toalety. Po chwili wróciła.

– Pusto.

Bell zajął pozycję przy drzwiach. – Będę pilnował, żeby wchodziły tu tylko uczennice. Geneva przestąpiła próg, wdzięczna za chwilę spokoju i to, że nikt się na nią nie gapi, ani że nie musi się niepokoić, że ktoś chce ją skrzywdzić. Wcześniej była zła. Wcześniej była harda. Teraz jednak rzeczywistość zaczęła do niej docierać, wzbudzając lęk i dezorientację.

Wyszła z kabiny i umyła ręce i twarz. Przed lustrem stała jakaś dziewczyna, poprawiając makijaż. Pewnie z ostatniej klasy, pomyślała Geneva. Wysoka i atrakcyjna, o artystycznie wyrównanych brwiach i idealnej grzywce. Dziewczyna zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów – choć chyba nie z powodu wiadomości telewizyjnych. Po prostu ją oceniała. Normalna rzecz: co dzień, co minutę sprawdzano konkurencję – w co dziewczyna jest ubrana, ile ma przekłutych miejsc na ciele, czy nosi prawdziwe złoto, czy blaszki; czy nie za bardzo się świeci; czy ma superwarkoczyki, czy zaplecione byle jak; czy jest obwieszona jak choinka, czy nosi tylko jeden lub dwa kolczyki; czy to prawdziwe pasemka, czy sztuczne? Czy nie próbuje ukryć ciąży?