Выбрать главу

Geneva, która zamiast na ubrania i kosmetyki wydawała pieniądze na książki, zawsze lądowała na samym dole tabeli.

To, co Bóg stworzył, wcale nie pomagało. Geneva musiała głęboko nabrać powietrza, żeby wypełnić stanik, bez którego zresztą zwykle się obywała. Dla dziewczyn z Delano była „tą z cyckami jak jajka sadzone” i w ciągu zeszłego roku niejedna osoba mówiła o niej lub zwracała się do niej w rodzaju męskim. (Najbardziej bolały nie docinki, ale kiedy ktoś naprawdę brał ją za chłopaka). No i jej włosy – gęste i twarde. Nie miała czasu zapuszczać loków ani pleść francuzów. Robienie warkoczyków i pasemek trwało wieczność i choć Keesh mogłaby wyświadczyć jej taką przysługę za darmo, fryzury tego rodzaju bardzo odmładzały Geneve, która wyglądała w nich jak mała dziewczynka wystrojona przez mamusię.

Tam, tam jest, chuda chłopaczyca… Łapać ją…!

Czwartoklasistka przy umywalce obok odwróciła się z powrotem do lustra. Była ładna i dobrze zbudowana. Miała długie, prostowane włosy i gładkie policzki o czerwonawym odcieniu, a jej strój seksownie ukazywał ramiączka stanika i kawałek stringów. Jej buty miały barwę kandyzowanych jabłek. Stanowiła zupełne przeciwieństwo Genevy Settle.

W tym momencie otworzyły się drzwi i Geneva struchlała.

Do toalety wkroczyła Jonette Monroe, także z ostatniej klasy. Była niewiele wyższa od Genevy, lecz znacznie potężniejsza, o szerokich ramionach i wyraźnie zarysowanych mięśniach. Jej obie ręce zdobiły tatuaże. Lodowate oczy w pociągłej, ciemnobrązowej twarzy zmrużyły się złowrogo, gdy dostrzegła Geneve, która natychmiast odwróciła wzrok.

Jonette sprawiała kłopoty. Była gangsta. Według plotek handlowała dragami – mogła zdobyć wszystko, czego chciał klient, amfę, crack, herę. A kiedy nie dostała franklinów, biła cię i nękała – albo twoją najlepszą przyjaciółkę, albo nawet mamę – dopóki dług nie został uregulowany. W tym roku już dwa razy przychodzili po nią gliniarze, a jednego kopnęła nawet w jaja.

Geneva nie podnosiła oczu, myśląc: Detektyw Bell nie mógł wiedzieć, jak niebezpieczna jest Jonette, kiedy ją wpuścił. Nie wycierając twarzy i rąk, Geneva skierowała się do drzwi.

– Ej, ty – powiedziała do niej Jonette, mierząc ją zimnym spojrzeniem. – Tak, ty, Martho Stewart. Nigdzie nie idziesz.

– Ale…

– Zamknij sie. – Zerknęła na drugą dziewczynę, tę o fioletowym różu na policzkach. – A ty stąd wypierdalaj.

Czwartoklasistka miała nad Jonette przewagę dwudziestu kilogramów wagi i paru centymetrów wzrostu, ale przestała się mizdrzyć przed lustrem i wolno pozbierała kosmetyki. Próbując zachować resztki godności, powiedziała:

– Mogłabyś grzeczniej.

Jonette nie odezwała się ani słowem. Zrobiła krok naprzód; dziewczyna chwyciła torebkę i wybiegła z toalety. Na podłodze wylądowała konturówka do ust. Jonette podniosła ją i wcisnęła do kieszeni. Geneva znów ruszyła w kierunku drzwi, ale Jonette zatrzymała ją gestem, dając jej znak, by cofnęła się w głąb pomieszczenia. Kiedy Geneva stanęła jak wryta, Jonette złapała ją za ramię i otworzyła drzwi do kabin, chcąc się upewnić, czy są same.

– Czego chcesz? – wyszeptała Geneva głosem, w którym zabrzmiało i przerażenie, i wyzywający ton.

– Zamknij pysk – warknęła Jonette.

Cholera, pomyślała z wściekłością. Pan Rhyme miał rację! Ten straszny człowiek z biblioteki faktycznie nie zrezygnował. Dowiedział się, do której szkoły chodzi i wynajął Jonette, żeby dokończyła robotę. Dlaczego, do diabła, musiała dzisiaj przyjść do szkoły? Musisz wrzasnąć, powiedziała sobie Geneva.

I wrzasnęła.

W każdym razie próbowała.

Jonette przejrzała jej zamiar i błyskawicznie znalazła się za jej plecami, ręką zakrywając Genevie usta.

– Cicho!

Drugą ręką chwyciła dziewczynę w pasie i zaciągnęła do rogu toalety. Geneva szarpnęła jej ramię, usiłując się wyswobodzić, lecz Jonette miała nad nią znaczną przewagę fizyczną. Zobaczyła wytatuowany na jej przedramieniu krwawiący krzyż i wykrztusiła:

– Proszę…

Jonette zaczęła szperać w torbie czy kieszeni. Czego szuka? – pomyślała w panice Geneva. Błysnął metal. Nóż czy pistolet? Po co są te cholerne wykrywacze metalu, skoro tak łatwo przemycić broń do szkoły?

Geneva pisnęła, szamocząc się bezradnie. Ręka dziewczyny wystrzeliła do przodu.

Nie, nie…

I Geneva ujrzała srebrną odznakę policyjną.

– Będziesz w końcu cicho? – spytała zirytowana Jonette.

– Ja tylko…

– Cicho. Skinęła głową.

– Nie chcę, żeby ktoś na korytarzu coś usłyszał – powiedziała Jonette. – No jak, spoko?

Geneva znów kiwnęła głową i Jonette wreszcie ją puściła.

– Jesteś…

– Tak, gliną.

Geneva odsunęła się i oparła o ścianę, z trudem łapiąc oddech, a Jonette podeszła do drzwi i odrobinę je uchyliła. Szepnęła coś i po chwili do toalety wszedł detektyw Bell, zamykając za sobą drzwi.

– A więc już się poznałyście – rzekł.

– Tak jakby – odparła Geneva. – Naprawdę jest gliną?

– We wszystkich szkołach pracują zakonspirowani policjanci – wyjaśnił detektyw. – Zwykle kobiety, które udają trzecio – albo czwartoklasistki. Czy, jak wy to mówicie? Odstawiają uczennice.

– Dlaczego mi po prostu nie powiedziałaś? – burknęła Geneva. Jonette zerknęła na kabiny.

– Nie wiedziałam, czy jesteśmy same. Przepraszam, że byłam wredna. Ale nie mogłam się spalić. – Policjantka spojrzała na Geneve i pokręciła głową. – Szkoda, że to się musiało przytrafić akurat tobie. Zawsze byłaś grzeczna. Nie miałam z tobą żadnych kłopotów.

– Glina – wyszeptała z niedowierzaniem Geneva. Jonette wybuchnęła perlistym, dziewczęcym śmiechem.

– Zgadza się, we własnej osobie.

– Nigdy bym się nie domyśliła – powiedziała Geneva. – Super-przykrywka.

– Pamiętasz, jak kilka tygodni temu przymknęli tych czwartoklasistów, którzy przemycili broń do szkoły? – spytał Bell.

Geneva skinęła głową.

– I jeszcze jakąś bombę rurową czy coś w tym rodzaju.

– Mogła tu być druga Szkoła Columbine – rzekł detektyw, przeciągając po swojemu samogłoski. – Jonette się o wszystkim dowiedziała i powstrzymała jatkę.

– Nie mogłam ich sama zgarnąć, żeby się nie spalić – wyjaśniła takim tonem, jak gdyby żałowała, że nie mogła osobiście przymknąć tych chłopaków. – Dobra, dopóki jesteś w szkole, co moim zdaniem jest kretyńskim pomysłem, ale to inna sprawa, w każdym razie dopóki tu jesteś, będę cię miała na oku. Gdybyś zauważyła coś niepokojącego, daj mi znak.

– Znak gangu? Jonette się zaśmiała.- Nie obraź się, Gen, ale w każdym gangu byłabyś ostatnią lamą. Jak zaczniesz mi dawać tajemnicze sygnały, wszyscy zauważą, że coś nie tak. Może lepiej podrap się w ucho, co ty na to?

– Zgoda.

– Wtedy podejdę i spuszczę ci małe lanie. Zrobię trochę bydła i odciągnę cię na bok. Może być? Nie zrobię ci krzywdy. Najwyżej trochę poszturcham.

– Jasne, zgoda… Dzięki za to. Nikomu o tobie nie powiem.

– Wiedziałam, zanim się jeszcze dowiedziałaś. – Jonette zerknęła na detektywa. – Jesteś gotowy?

– Jasna sprawa.

I nagle spokojna i sympatyczna policjantka nasrożyła się i wrzasnęła:

– Co tu robisz, do cholery? Zabierz ode mnie swoje pieprzone łapy! – skrzeczała, wracając do roli.