Detektyw ujął ją za ramię i wypchnął za drzwi. Jonette zderzyła się ze ścianą korytarza.
– Kurwa, zaskarżę cie za przemoc albo napastowanie! – Dziewczyna rozcierała ramię. – Nie wolno ci mie dotykać. To przestępstwo, skurwielu! – Pobiegła w głąb korytarza. Po chwili detektyw Bell i Geneva weszli do stołówki.
– Dobra aktorka – szepnęła Geneva.
– Jedna z najlepszych – odrzekł policjant.
– Sama prawie pana spaliła.
Z uśmiechem oddał jej podręcznik do wiedzy o społeczeństwie.
– Chyba nie za bardzo się przydał.
Geneva usiadła przy stole w kącie, wyciągając z plecaka książkę do angielskiego.
– Nic nie jesz? – zapytał Bell.
– Nie.
– Wujek dał ci pieniądze na lunch?
– Nie jestem głodna.
– Zapomniał, co? Z całym szacunkiem, ale widać, że facet nigdy nie był ojcem. Zaraz coś ci skubnę.
– Nie, naprawdę…
– Prawdę mówiąc, sam jestem głodny jak farmer o zachodzie słońca. I od lat nie jadłem szkolnego tetrazzini z indyka. Wezmę sobie porcję. Drugą dla ciebie, nie ma sprawy. Masz ochotę na mleko?
Zastanawiała się przez chwilę.
– Zgoda. Oddam panu pieniądze.
– Miasto nam zafunduje.
Stanął w kolejce. Geneva właśnie miała pochylić się nad książką, kiedy ujrzała jakiegoś chłopaka, który patrzył w jej stronę i machał. Obejrzała się, sprawdzając, do kogo macha. Za nią nikogo nie było. Z wrażenia wstrzymała oddech, zdając sobie sprawę, że przyjazny gest jest adresowany do niej.
Kevin Cheaney wstał od stolika, przy którym siedział ze swoimi kumplami, i ruszył w jej stronę. O Boże! Naprawdę tu idzie?… Kevin, sobowtór Willa Smitha. Idealny wykrój ust, jeszcze doskonalsze ciało. Chłopak, który podczas gry w koszykówkę umiał przeczyć prawom grawitacji, który poruszał się jak tancerz na turnieju mistrzów breakdance’u. Bez Kevina nie mogła się odbyć żadna impreza.
Detektyw Bell zesztywniał i natychmiast wyszedł z kolejki, lecz Geneva pokręciła głową na znak, że wszystko w porządku.
Bo było. Nawet bardziej niż w porządku. Było totalnie super.
Kevin miał zagwarantowane stypendium w Connecticut albo Duke. Może nawet sportowe – chłopak był kapitanem drużyny, która w zeszłym roku wygrała mistrzostwa koszykówki Ligi Szkół Publicznych. Mogły też jednak wystarczyć tylko stopnie. Być może Kevin nie uwielbiał książek i szkoły w takim stopniu jak Geneva, mimo to zaliczał się do pięciu procent najlepszych uczniów w klasie. Znali się trochę – w tym semestrze chodzili razem na matematykę i od czasu do czasu spotykali się na korytarzach albo boisku – zupełnie przypadkowo, jak powtarzała sobie Geneva. No dobrze, tak naprawdę zwykle było tak, że jakaś siła przyciągała ją w pobliże Kevina.
Większość dzieciaków w szkole ignorowała ją albo jej dogryzała, natomiast Kevin mówił jej czasem „cześć”, pytał o zadanie z matematyki czy historii albo przystawał, żeby pogadać przez kilka minut.
Oczywiście, nigdzie jej nie zapraszał – to by się nigdy nie zdarzyło – ale traktował ją jak człowieka.
Raz nawet wiosną odprowadził ją ze szkoły do domu.
Był piękny, bezchmurny dzień, który wciąż miała przed oczyma jak nagrany na DVD.
Dwudziesty pierwszy kwietnia.
Na ogół Kevina otaczały zgrabne dziewczyny, marzące o karierze modelek, albo krzykliwie wystrojone blingsta. (Flirtował nawet z Lakeeshą, ku wściekłości Genevy, która znosiła piekącą zazdrość z beztroskim uśmiechem, choć kosztowało ją to wiele wysiłku).
O co mogło mu chodzić?
– Siemasz, wszystko spoko? – spytał z zaniepokojoną miną, siadając na odrapanym chromowanym krześle obok niej i wyciągając przed siebie długie nogi.
– Tak. – Ledwie mogła mówić. Miała pustkę w głowie.
– Słyszałem, co się stało – ciągnął. – Kurczę, co za cholerna akcja. Przychodzi gość i próbuje cię załatwić. Aż mnie ciary przeszły.
– Tak?
– Bez kitu.
– No, było trochę strasznie.
– Ale nic ci nie jest, to luzik.
Poczuła, jak jej twarz oblewa fala gorąca. Czy Kevin naprawdę to do niej mówił?
– Czemu nie zostałaś w domu? – spytał. – Co tu robisz?- Mam sprawdzian z angielskiego. I z matmy. Roześmiał się.
– Kurde, chce ci się przychodzić do szkoły po czymś takim?
– Tak, nie mogę sobie odpuścić tych testów.
– I kumasz matmę?
Sprawdzian miał być z rachunku różniczkowego. Nic wielkiego.
– Tak, obkułam. To całkiem łatwe.
– Fakt. Słuchaj, kupa ludzi cię tu olewa, ale nikt by nie przyszedł do budy po takiej akcji. Żaden ci do pięt nie dorasta. Masz charakter.
Oszołomiona komplementem Geneva spuściła tylko oczy i wzruszyła ramionami.
– No to teraz będziemy sie chyba częściej spotykać. Ale nigdzie cie nie widać.
– Wiesz, szkoła i cały ten syf. – Uważaj, ostrzegła się w duchu. Nie musisz mówić jego językiem.
– Nie gadaj, kumam, o co chodzi – zażartował Kevin. – Nie masz czasu, bo jesteś dilerką prochów w BK.
– Nie… – O mały włos nie wypsnęło się jej „nie ściemniaj”. Uśmiechnęła się z zakłopotaniem, spoglądając na porysowaną podłogę. – Nie sprzedaję w Brooklynie, tylko w Queens. Mają więcej franklinów. – Słabe, słabe, słabe. Ależ jesteś żałosna. Dłonie miała lepkie od potu.
Ale Kevin wybuchnął gromkim śmiechem. Po chwili pokręcił głową.
– Nie, już wiem, czemu nie jarzysz. To pewnie twoja mamuśka jest dilerką w BK.
Zabrzmiało to jak obelga, ale w rzeczywistości oznaczało zaproszenie. Kevin dawał jej sygnał do gry w docinki. Tak kiedyś nazywano tę zabawę. Dziś mówiono o niej „bluzganie”, a polegała na wymianie obelg. Bluzganie, głęboko zakorzenione w czarnej poezji i narracji, było walką na słowa, w której obrzucano się wzajemnie złośliwościami. Mistrzowie tej gry występowali na scenie, lecz bluzgi słychać było przeważnie w domach, na boiskach, w pizzeriach, barach, klubach i na schodach przed szkołą, a większość była w podobnie kiepskim gatunku jak ten, którym poczęstował Geneve Kevin: „Twoja mamuśka jest taka głupia, że siedzi na telewizorze i ogląda kanapę”, „Twoja siostra jest taka brzydka, że nawet jakby była balonem, nikt by jej nie dmuchał”.
W tym momencie nie chodziło jednak o dowcipkowanie. Bitwę na bluzgi toczyli zwykle mężczyźni z mężczyznami albo kobiety z kobietami. Kiedy chłopak chciał grać z dziewczyną, oznaczało to tylko jedno: flirt.
Dziwne to wszystko, pomyślała Geneva. Ktoś cię musi napaść, żeby inni zaczęli cię szanować. Jej ojciec mawiał, że nigdy nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
No dalej, dziewczyno, odgryź się. To szczeniacka i głupia zabawa, ale Geneva wiedziała, jak trzeba bluzgać; razem z Keesh i jej siostrą potrafiły w to grać godzinami. „Twoja mamuśka jest taka gruba, że się poci majonezem”. „Twój Chevrolet jest taki stary, że ukradli z kierownicy blokadę i zostawili samochód”… Ale dziewczyna uśmiechała się tylko nerwowo i milczała, słuchając szalonego łomotu własnego serca i zastanawiając się gorączkowo, co powiedzieć.
Siedział przed nią sam Kevin Cheaney. Gdyby nawet zebrała się na odwagę i próbowała odparować mu bluzgiem o jego matce, umysł miała zupełnie sparaliżowany.
Spojrzała na zegarek, potem na książkę do angielskiego. Jezu, odpowiedz mu coś, głupia, wściekała się na siebie. Mów!
Z jej ust nie padła jednak ani jedna sylaba. Wiedziała, że za chwilę Kevin spojrzy na nią wzrokiem, który dobrze znała i który mówił „nie chce mi się gadać z taką głupią melą”, wstanie i odejdzie. Ale nie, chyba uznał, że po prostu nie jest w nastroju do żartów i ciągle przeżywa poranne zdarzenie. Najwyraźniej nie miał jej tego za złe. Powiedział tylko: