– Tak.
– I Król Graffiti jest spoko?
– Tak.
– To dobrze. Jak sprawy?
– Okej, znalaz żem, co chciałeś. Mam…
– Nic nie mów. – Komórki były diabelskim wynalazkiem, kiedy szukano obciążających dowodów. Powiedział Ralphowi, że spotka się z nim na skrzyżowaniu Sto Szesnastej. – Za dziesięć minut.
Jax rozłączył się i wolnym krokiem ruszył w dół ulicy. Minęły go dwie panie w długich płaszczach i fikuśnych kapeluszach, ściskające w dłoniach sfatygowane Biblie. Nie zwrócił uwagi na ich niespokojne spojrzenia.
Paląc i utykając (pamiątka po postrzale), głęboko wdychał powietrze, które działało jak narkotyk. Nareszcie w domu. Harlem… przyglądał się sklepom, restauracjom i ulicznym handlarzom. Można tu było kupić wszystko: tkaniny z zachodniej Afryki – kente i malinkę – krzyże egipskie, kolorowe plecione koszyki, maski i flagi, oprawione obrazki przedstawiające ludzkie sylwetki na tle czarno-zielono-żółtych barw Afrykańskiego Kongresu Narodowego. No i plakaty: Malcolma X, Martina Luthera Kinga, Tiny, Tupaca, Beyonce, Chrisa Rocka, Shaqa… I kilkadziesiąt zdjęć Jam Master Jaya, świetnego rapera z Run-DMC i wirtuoza scratchu, przed kilku laty zastrzelonego przez jakiegoś gnojka we własnym studiu nagraniowym w Queens.
Zewsząd atakowały Jaksa wspomnienia. Spojrzał na następny róg ulicy. Patrzcie no tylko. Tam, gdzie dziś mieściła się knajpa fast food, Jax popełnił pierwsze przestępstwo, kiedy miał piętnaście lat – przestępstwo, które zdecydowało o jego późniejszej sławie. Nie zwinął bowiem alkoholu, papierosów, broni ani gotówki, tylko skrzynkę z farbami Krylon w sprayu. Robił użytek ze swojej zdobyczy przez następną dobę, dorzucając do kradzieży wtargnięcie na teren prywatny i zniszczenie mienia, którego dopuścił się, malując na całym Manhattanie i w Bronksie wielkie pękate litery „Jax 157”.
Przez następne kilka lat Jax wypisywał sprayem tag – swoją ksywkę – na tysiącach powierzchni: na estakadach, mostach, wiaduktach, murach, billboardach, sklepach, autobusach miejskich i prywatnych, biurowcach – podpisał się w Centrum Rockefellera tuż obok złotej statuy, ale po tym wyczynie złapały go dwa byczki z ochrony i potraktowały gazem łzawiącym i pałkami.Ilekroć młody Alonzo Jackson miał pięć minut spokoju i płaską powierzchnię, natychmiast pojawiał się „Jax 157”.
Będąc dzieckiem rozwiedzionych rodziców, brnął z trudem przez szkołę średnią, wciąż pakując się w kłopoty. Normalna praca śmiertelnie go nudziła, a przyjemność sprawiało mu tylko zajęcie pisarza (grafficiarze byli „pisarzami”, nie „malarzami”, jak z uporem nazywali ich Keith Haring, galerie na Soho i fajansiarskie agencje reklamowe). Przez jakiś czas włóczył się z miejscowymi gangami, przestał jednak pewnego dnia. Gdy kręcił się ze swoją ekipą po Sto Czterdziestej, minęli ich kolesie z Trey-Sevens i nagle trach, trach, trach – Jimmy Stone, który stał tuż obok niego, dostał dwa razy w skroń i zanim upadł na ziemię, już nie żył. Wszystko z powodu torebki cracku albo i bez żadnego powodu.
Pieprzyć to, powiedział sobie Jax, i postanowił działać na własną rękę. Mniej kasy, ale o wiele bezpieczniej (mimo że zdarzyło mu się wypisywać tagi na moście Verrazano i jadącym pociągu linii A – o tej superhistorii słyszeli nawet kumple z pudła).
Alonzo Jackson, nieoficjalnie, lecz na dobre przechrzczony na Jaksa, bez reszty poświęcił się swemu rzemiosłu. Zaczynał od zwykłych produkcji na murach w całym mieście. Szybko się jednak zorientował, że jeżeli na tym poprzestanie, nawet gdyby jego podpis znalazł się w każdej dzielnicy, będzie tylko kiepskim „toyem”, któremu królowie graffiti nie podaliby ręki.
I tak, odpuszczając sobie szkołę i pracując w dzień w fast foodach, żeby mieć kasę na spray, albo kradnąc, kiedy się dało, Jax zaczął robić wrziity – szybkie podpisy, ale o wiele większe niż przy zwykłej produkcji. Został mistrzem wrzutów góra-dół: zamalował od góry do dołu bok wagonu metra. Najbardziej lubił linię A, chyba najdłuższą w mieście. Tysiące podróżnych jechały z lotniska Kennedy’ego do miasta pociągiem, na którym nie było napisu „Witamy w Nowym Jorku”, tylko tajemniczy komunikat „Jax 157”.
Zanim Jax skończył dwadzieścia jeden lat, miał już na koncie dwa wrzuty „od końca do końca” – pokrył swoim graffiti cały bok wagonu – i niewiele brakowało, by zrobił cały pociąg, o czym marzy każdy król graffiti. Tworzył też dzieła. Jax próbował kiedyś opisać, czym jest arcydzieło graffiti, ale udało mu się tylko wymyślić definicję, według której dzieło to „coś więcej”. Coś zapierającego dech w piersi. Praca, na którą mógłby spojrzeć i zamroczony ćpun z rynsztoka, i siedzący w pociągu New Jersey Transit makler z Wall Street, myśląc: cholera, ale zajebiste.
To były czasy, rozmarzył się Jax. Był królem graffiti, a wokół niego tętnił najbardziej dynamiczny ruch kulturalny czarnych od epoki Odrodzenia Harlemskiego: hip-hop.
Jasne, Odrodzenie musiało być super. Ale dla Jaksa była to era mózgowców. Wzięła się z głowy. Hip-hop płynął prosto z duszy i serca. Nie narodził się w college’ach i na poddaszach pisarzy, ale na pieprzonym bruku ulic, wybuchł wśród wściekłych, stłamszonych i zrozpaczonych dzieciaków z rozbitych domów, dla których każdy dzień życia był walką, które na chodnikach z brązowymi plamami zeschłej krwi potykały się o fiolki po prochach porozrzucane przez ćpunów. To był dziki wrzask ludzi, którzy musieli wrzasnąć, żeby ktoś ich usłyszał… Hip-hop mocno opierał się na czterech filarach: na muzyce didżejów, poezji raperów, tańcu breakdancerów i malarstwie, w którym i Jax miał swój udział – graffiti.
Zatrzymał się na Sto Szesnastej i spojrzał tam, gdzie kiedyś stał wielobranżowy sklep sieci Woolwortha, który nie przetrzymał chaosu, jaki się rozpętał podczas słynnej awarii energetycznej z 1977 roku. Ale zdarzył się prawdziwy cud i w jego miejscu wyrósł najlepszy klub hip-hopowy w całym kraju, „Harlem World”. Trzy piętra muzyki, jaką tylko sobie można wyobrazić: fantastycznej, uzależniającej, elektryzującej. Breakdancerzy wirowali jak frygi, kotłowali się jak spienione fale oceanu. Winylowe płyty wirowały pod palcami didżejów, poruszając tłumy ciasno zbite na parkietach. Raperzy pieścili mikrofony, wypełniając sale surową poezją w stylu „wszyscy się ode mnie odpierdolcie”, pulsującą w rytmie serca. To w „Harlem World” zaczęły się bitwy – pojedynki raperów. Jax miał szczęście widzieć największe z największych sław: Cold Crush Brothers i Fantastic Five…
Oczywiście „Harlem World” już dawno nie istniał. Nie istniały też tysiące tagów i dzieł Jaksa, które zostały zmyte lub zamalowane, podobnie jak graffiti innych legend ery wczesnego hip-hopu, do których należeli Julio, Kool i Taki. Królowie graffiti.
Och, niektórzy lamentowali, że hip-hop się skończył, kiedy wchłonęła go telewizja BET, że dziś raperzy multimilionerzy jeżdżą chromowanymi hummerami, że kręci się filmy w rodzaju „Bad Boys II”, że wszystko przejął wielki biznes, białe dzieciaki z przedmieść, iPOD-y, MP3 i radia satelitarne… A oto dobry przykład: Jax zobaczył piętrowy autobus turystyczny, który zatrzymał się nieopodal. Na boku pojazdu widniał napis: „Wycieczki rap/hip-hop. Zobacz prawdziwy Harlem”. Pasażerami byli czarni, biali i Azjaci. Jax usłyszał strzępki wyuczonej gadki kierowcy, który obiecywał turystom, że wkrótce pójdą na lunch do restauracji, gdzie serwuje się „prawdziwe soulowe dania”.
Ale Jax nie zgadzał się z fajansiarskim biadoleniem o końcu dawnych czasów. Serce górnego Manhattanu pozostało czyste. Nic nie mogło go naruszyć. Weźmy taki „Cotton Club”, pomyślał, opokę jazzu, swingu i „stride piano” w latach dwudziestych. Wszystkim się wydawało, że to prawdziwy Harlem, nie? A ilu wiedziało, że był tylko dla białej publiczności? Nawet słynnego mieszkańca Harlemu, WC. Handy’ego, jednego z największych amerykańskich kompozytorów wszech czasów, nie wpuszczono do środka, chociaż na scenie grano jego muzykę.