Funkcjonariusze rozeszli się, by wykonać zadanie.
Jednostka specjalna departamentu nowojorskiego – działająca w wielkim mieście – nie poruszała się wojskowymi transporterami opancerzonymi, ale zwykłymi radiowozami i furgonetkami, natomiast sprzęt woziła w busach – nieoznakowanych, niebiesko-białych pojazdach. Jeden z takich samochodów stał zaparkowany przed sklepem jako stanowisko dowodzenia akcją.
Sachs i Sellitto nałożyli kamizelki kuloodporne ze wzmocnionymi płytkami w okolicy serca i ruszyli w głąb Little Italy. W ciągu minionych piętnastu lat dzielnica przeszła rewolucyjne zmiany. Kiedyś stanowiła wielką enklawę włoskich robotników imigrantów, a dziś niemal zniknęła pod naporem rozrastającego się na południu Chinatown i terenów należących do yuppie, które atakowały ją od północy i zachodu. Na Mulberry Street detektywi minęli symbol tych zmian: budynek, gdzie kiedyś mieścił się „Ravenite SocialClub”, siedziba mafijnej rodziny Gambino, której szefował nieżyjący John Gotti. Klub został przejęty przez rząd, zyskując – jak łatwo się domyślić – nazwę „Klub Federalny”, i dziś był jednym z wielu budynków czekających na nowego najemcę.
Detektywi wybrali część ulicy i przystąpili do pracy, pokazując odznaki i portret podejrzanego handlarzom ulicznym, sprzedawcom w sklepach, wagarującym nastolatkom, którzy popijali kawę ze Starbucksa, emerytom przesiadującym na ławeczkach i schodach przed domami. Od czasu do czasu słyszeli urywki meldunków od pozostałych funkcjonariuszy: „Nic… Na Grand zero… Przyjąłem… Na Hester zero… Spróbujemy na wschodzie…”.
Sellitto i Sachs szli swoją trasą, ale nie mieli więcej szczęścia niż reszta.
Nagle za nimi rozległ się huk.
Sachs wstrzymała oddech – nié z powodu hałasu, który natychmiast rozpoznała jako strzał samochodowego gaźnika – lecz na widok reakcji Sellitta. Detektyw uskoczył na bok, kryjąc się za budką telefoniczną, z dłonią na rękojeści rewolweru.
Zamrugał oczami, przełykając ślinę, potem zaśmiał się niepewnie.
– Cholerne ciężarówki – mruknął.
– No – odrzekła Sachs.
Sellitto otarł twarz i ruszyli dalej.
Siedząc w swojej kryjówce i czując zapach czosnku dolatujący z pobliskiej restauracji w Little Italy, Thompson Boyd ślęczał nad książką, czytając instrukcje i oglądając dokładnie zakupy zrobione przed godziną w sklepie żelaznym.
Zaznaczał niektóre strony żółtymi samoprzylepnymi karteczkami, robiąc notatki na marginesie. Opisane w instrukcji czynności wydawały się skomplikowane, lecz Thompson wiedział, że sobie poradzi. Wszystko da się zrobić, jeżeli poświęci się temu dość czasu. Tego nauczył go ojciec. I trudne rzeczy, i łatwe.
To tylko kwestia, gdzie postawisz przecinek dziesiętny…
Wstał od biurka, które wraz z krzesłem, lampą i łóżkiem stanowiło skromne umeblowanie mieszkania. Poza tym miał tu mały telewizor, lodówkę i kosz na śmieci. Trzymał też trochę rzeczy potrzebnych do pracy. Thompson odciągnął z nadgarstka prawej dłoni brzeg lateksowej rękawiczki i dmuchnął do środka, chłodząc skórę. To samo zrobił z lewą ręką. (Zawsze trzeba zakładać, że każdą kryjówkę prędzej czy później trzeba będzie porzucić, należy więc wcześniej pomyśleć, by nie zostawiać obciążających dowodów i zabezpieczyć się, na przykład wkładając rękawiczki albo zastawiając pułapkę). Dziś oczy szczególnie dawały mu się we znaki. Wpuścił sobie krople i po chwili pieczenie nieco ustąpiło. Przymknął powieki.
Pogwizdywał piosenkę z filmu „Wzgórze nadziei”, która zapadła mu w pamięć.
Żołnierze strzelający do żołnierzy, eksplozje, bagnety. W myślach przesuwały mu się kadry z filmu. Ssst…
Obraz wojny zniknął, a piosenka urwała się, ustępując miejsca klasycznej melodii. „Bolero”.
Thompson na ogół nie potrafił powiedzieć, skąd pochodziły melodie. Jak gdyby miał w głowie zmieniacz płyt, który ktoś mu zaprogramował. W przypadku „Bolera” znał jednak źródło. Miał je na płycie ojciec. Wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna bez przerwy słuchał tego utworu na zielonym plastikowym gramofonie Sears, który trzymał w warsztacie.
– Posłuchaj teraz, synu. Zmienia się tonacja. Zaraz… zaraz… Już! Słyszysz?
Chłopak sądził, że słyszy.
Thompson otworzył oczy i wrócił do lektury.
Pięć minut później: Ssst… „Bolero” umilkło, a spomiędzy jego stulonych warg rozbrzmiała nowa melodia: „Time After Time”. Piosenka, którą w latach osiemdziesiątych spopularyzowała Cyndi Lauper.
Thompson Boyd zawsze lubił muzykę i od najmłodszych lat chciał grać na jakimś instrumencie. Matka przez kilka lat zabierała go na lekcje gry na gitarze i flecie. Po jej wypadku zaczął go wozić ojciec, mimo że przez to spóźniał się do pracy. Ale Thompson robił niewielkie postępy: miał za grube i za krótkie palce do progów gryfu, klawiszy fletu i pianina, poza tym w ogóle nie miał głosu. Wszystko jedno, czy miał śpiewać pieśni kościelne, czy kawałki Williego, Waylona czy Asleep at the Wheel, z jego krtani dobywał się ten sam ochrypły ton. Tak więc chyba po dwóch latach dał spokój muzyce i zajął się tym, co zwykle robili chłopcy w takich miastach jak Amarillo w Teksasie: spędzał czas z rodziną, wbijał gwoździe, heblował i szlifował drewno w szopie ojca, grał w piłkę, polował, umawiał się z nieśmiałymi dziewczynami, chodził na spacery na pustynię.
I schował chęć grania między inne niespełnione nadzieje.
Zwykle nie chowa się ich jednak zbyt głęboko i prędzej czy później wypływają na powierzchnię.
Thompsonowi zdarzyło się to w więzieniu przed kilku laty. Podszedł do niego strażnik w najbardziej strzeżonym bloku i zapytał:
– Co to, kurwa, było?
– Co takiego? – odrzekł jak zawsze spokojny Pan Przeciętniak.
– Ta piosenka. Którą gwizdałeś.
– Gwizdałem?
– Pewnie że tak. Nie wiedziałeś?
– Byłem zajęty – odpowiedział. – Nie zastanawiałem się, co robię.
– Brzmiało cholernie dobrze. – Strażnik odszedł, a Thompson roześmiał się w duchu. No i proszę. Miał instrument, z którym się urodził i który wszędzie ze sobą nosił. Thompson poszedł do biblioteki, żeby zbadać sprawę. Dowiedział się, że jest „gwizdaczem”, czyli kimś znacznie bardziej uzdolnionym od ludzi, którzy po prostu gwiżdżą. Gwizdacze byli rzadkością – większość zwykłych gwiżdżących ma bardzo małą skalę – i mogli całkiem nieźle żyć jako profesjonalni muzycy, występując na koncertach, w reklamach, w telewizji i filmie (wszyscy oczywiście znali temat z „Mostu na rzece Kwai”; na samą myśl o tym tytule każdy musiał zagwizdać kilka początkowych nutek, choćby w głowie). Dla gwizdaczy organizowano nawet specjalne konkursy, a najsłynniejszym były Wielkie Mistrzostwa Międzynarodowe, w których brały udział dziesiątki artystów – wielu z nich regularnie występowało z orkiestrami na całym świecie albo z własnymi numerami kabaretowymi. Ssst…
W głowie włączyła mu się kolejna, melodia. Thompson Boyd cicho wygwizdywał nutki, nadając im subtelny tryl. Zauważył, że położył broń daleko poza zasięgiem ręki. To było rażące naruszenie zasad… Przysunął dwudziestkędwójkę bliżej, po czym wrócił do lektury instrukcji, zaznaczając kolejne strony i zaglądając do torby z zakupami, aby się upewnić, czy ma wszystko, czego potrzeba. Doszedł do wniosku, że opanował już technikę, ale jak zawsze, gdy poznawał coś nowego, przed wykonaniem zadania zamierzał wyuczyć się wszystkiego na pamięć.