– Nic, Rhyme – powiedziała Sachs do mikrofonu umieszczonego przy jej pełnych wargach.
Na dowód, że jego dobry nastrój prysnął jak bańska mydlana, warknął w odpowiedzi:
– Jak to nic?
– Nikt go nie widział.
– Gdzie jesteś?
– Przeczesaliśmy całe Little Italy. Lon i ja jesteśmy na południowym krańcu. Na Canal Street.
– Cholera – mruknął Rhyme.
– Moglibyśmy… – Sachs urwała. – Co to?
– Co? – spytał Rhyme.
– Zaczekaj chwilę. Chodź – powiedziała, zwracając się do Sellitta.
Pokazała odznakę i przedostała się na drugą stronę ulicy, pokonując cztery pasy zapełnione samochodami. Rozejrzała się i zaczęła iść na południe Elizabeth Street, ciemnym kanionem biegnącym wśród kamienic, sklepów i magazynów. Po chwili znów się zatrzymała. – Czujesz?
– Co niby czuję? – spytał uszczypliwym tonem Rhyme.
– Pytam Lona.
– Tak – odrzekł krępy detektyw. – Co to jest? Jakby słodkie. Sachs wskazała na hurtownię zielarską i kosmetyczną na Elizabeth Street, dwa domy od Canal. Przez otwarte drzwi dolatywała mocna kwiatowa woń. To był zapach jaśminu – ten sam, który wyczuli na przedmiotach znalezionych w muzeum i który Geneva czuła w bibliotece.
– Chyba mamy trop, Rhyme. Odezwę się później.
– Tak, tak – powiedział szczupły Chińczyk w hurtowni zielarskiej, patrząc na sporządzony przez program EFIT portret podejrzanego. – Czasem go widzę. Na górze. Nie za często. Co zrobił?
– Jest teraz na górze?
– Nie wiem. Nie wiem. Chyba dzisiaj widziałem. Co zrobił?
– Które mieszkanie? Mężczyzna wzruszył ramionami.
Firma zielarska zajmowała parter, ale na końcu mrocznego korytarza, za drzwiami, znajdowały się strome schody wiodące w ciemność. Sellitto wyciągnął radio i nadał na częstotliwości operacyjnej:
– Mamy go.
– Kto to? – warknął Haumann.
– Och, przepraszam. Sellitto. Jesteśmy dwa budynki na południe od Canal, na Elizabeth. Mamy identyfikację lokatora. Być może jest w tej chwili w budynku.
– Dowództwo ESU do wszystkich zespołów. Zrozumieliście? W eterze odezwały się głosy potwierdzenia.
Sachs przedstawiła się i nadała:
– Podejdźcie cicho i nie wchodźcie w Elizabeth. Ma widok na ulicę przez okno od frontu.
– Zrozumiałem, pięć osiem osiem pięć. Jaki adres? Dzwonię po nakaz wejścia bez pukania.
Sachs podała numer domu.
– Bez odbioru.
Niecały kwadrans później wszystkie zespoły były na miejscu, a funkcjonariusze z rozpoznania sprawdzali front i tyły budynku za pomocą lornetek oraz czujników podczerwieni i dźwięku. Dowódca rozpoznania powiedział:
– W budynku są cztery kondygnacje. Magazyn z ziołami jest na parterze. Mamy widok na pierwsze i trzecie piętro. Są zamieszkane przez rodziny Azjatów. Na pierwszym starsze małżeństwo, a na górze kobieta i czworo albo pięcioro dzieci.
– Co z drugim? – zapytał Haumann.
– Okna są zasłonięte, ale podczerwień pokazuje źródło ciepła. To może być telewizor albo grzejnik. Równie dobrze człowiek. I łapiemy jakieś dźwięki. Muzykę. I chyba skrzypienie podłogi.
Sachs spojrzała na spis lokatorów. Tabliczka nad przyciskiem domofonu mieszkania na drugim piętrze była pusta.
Zjawił się funkcjonariusz i podał Haumannowi jakąś kartkę. Był to nakaz przeszukania podpisany przez sędziego sądu stanowego, przed chwilą przysłany faksem do furgonetki ESU. Haumann przejrzał dokument, sprawdzając adres – wejście bez pukania w niewłaściwe drzwi mogło ich narazić na kłopoty i utrudnić postawienie podejrzanemu zarzutów. Ale papier był w porządku.
– Dwie czteroosobowe grupy, jedna od schodów, druga od wyjścia przeciwpożarowego – zarządził Haumann. – Od frontu taran.
Wybrał ośmiu funkcjonariuszy i podzielił na dwie grupy. Pierwsza – zespół A – miała wejść od frontu, zespół B obstawiał tylne wyjście.
– Na trzy wybijacie okno i częstujecie go granatem błyskowym z dwusekundowym opóźnieniem – powiedział do drugiej grupy.
– Zrobione.
– Na zero wywalacie frontowe drzwi – zwrócił się do dowódcy zespołu A. Następnie wyznaczył ludzi, którzy mieli pilnować drzwi do mieszkań niewinnych osób i w razie potrzeby udzielić wsparcia obu grupom. – Wykonać, biegiem; biegiem!
Policjanci – głównie mężczyźni, plus dwie kobiety – zgodnie z rozkazem Haumanna rozbiegli się na pozycje. Zespół B ruszył zabezpieczyć tyły budynku, a Sachs i Haumann dołączyli do zespołu A, wraz z funkcjonariuszem uzbrojonym w taran.
W normalnych okolicznościach nie zezwalano policjantowi z kryminalistyki uczestniczyć w takiej akcji. Ale Haumann widział, jak Sachs radzi sobie w ogniu, i dokonale sobie zdawał sprawę, że umie robić użytek z broni. Co ważniejsze, funkcjonariusze ESU nie mieli nic przeciwko jej obecności. Nigdy tego nie mówili, przynajmniej w rozmowach z Sachs, ale uważali ją za członka swojej grupy i chętnie przyjmowali w swoje szeregi. Poza tym nie od rzeczy był fakt, że należała do najlepszych strzelców w całym departamencie.
A Sachs po prostu lubiła brać udział w szturmach.
Sellitto wybrał straż na dole i miał oko na ulicę.
Czując artretyczny ból w kolanach, Sachs wspięła się na drugie piętro. Podeszła do drzwi, nasłuchując. Skinęła głową Haumannowi.
– Coś słyszę – szepnęła.
– Zespół B, zgłoś się – powiedział do radia Haumann.
– Jesteśmy na pozycjach – usłyszała w słuchawce Sachs. – W środku nic nie widać. Ale jesteśmy gotowi.
Dowódca obrzucił krótkim spojrzeniem swoich ludzi. Wysoki policjant z taranem – obciążoną rurą długości około metra – kiwnął głową. Jeden z funkcjonariuszy kucnął i zacisnął dłoń na gałce u drzwi, sprawdzając, czy są zamknięte.
Haumann szepnął do mikrofonu:
– Pięć… cztery… trzy…
Cisza. W tym momencie powinni usłyszeć brzęk tłuczonej szyby i wybuch granatu. Nic.
Tu też coś było nie tak. Policjant z dłonią na gałce drzwi zaczął gwałtownie dygotać i jęczeć.
Jezu, pomyślała Sachs, wpatrując się w niego. Facet ma jakiś atak. Antyterrorysta z padaczką? Do diabła, jakim cudem przeszedł badania medyczne?
– Co jest? – spytał go szeptem Haumann.
Mężczyzna nie odpowiedział. Trząsł się coraz wyraźniej. Otworzył szeroko oczy, ukazując białka.
– Zespół B, zgłoś się – nadał dowódca. – Co się tam dzieje?
– Okno jest zabite – zameldował szef zespołu B. – Sklejką. Nie da rady wrzucić granatu. Jaka sytuacja w A?
Człowiek przy drzwiach osunął się bezwładnie na ziemię z ręką wciąż zaciśniętą na gałce, nadal dygocząc. Haumann polecił ostrym szeptem:
– Tracimy czas! Zabrać go stąd i wywalamy drzwi. Już! Drugi funkcjonariusz chwycił nieszczęśnika przy drzwiach. I on także zaczął się trząść.
Pozostali cofnęli się, a jeden mruknął:
– Co się dzie…
W tym momencie zaczęły się palić włosy pierwszego policjanta.
– Drzwi są pod prądem! – Haumann pokazał metalową płytkę na podłodze. Często spotykało się takie w starych budynkach – były tanie, więc łatano nimi podłogi z twardego drewna. Tę jednak NS 109 wykorzystał do założenia pułapki: przez obu mężczyzn przepływał prąd o wysokim napięciu.