Płomienie buchały już z głowy pierwszego policjanta, z brwi, z zewnętrznych stron dłoni, z kołnierza. Drugi był nieprzytomny, lecz nadal wstrząsały nim okropne konwulsje.
– Jesus – szepnął ktoś po hiszpańsku.
Haumann rzucił stojącemu najbliżej pistolet maszynowy H &K, złapał taran i z całej siły uderzył nim w nadgarstek dłoni zaciśniętej na gałce. Cios prawdopodobnie zgruchotał kości, ale poskutkował i wyswobodził palce policjanta. Obwód został przerwany i obaj mężczyźni runęli na podłogę. Sachs zdusiła płomienie, które zdążyły wypełnić korytarz odrażającym zapachem palonych włosów i ciała.
Dwóch funkcjonariuszy ze wsparcia zaczęło reanimować kolegów, a członek zespołu A złapał uchwyty tarana i walnął nim w drzwi, które natychmiast puściły. Zespół wbiegł do środka, unosząc broń. Sachs ruszyła za nimi.
Wystarczyło pięć sekund, aby się przekonać, że mieszkanie jest puste.
Rozdział 13
Do Haumann zawołał do mikrofonu:
– Zespół B, zespół B, jesteśmy w środku. Nie ma śladu podejrzanego. Zejdźcie na dół i zabezpieczcie alejkę. Ale pamiętajcie, że ostatnim razem czekał. Może atakować niewinnych. I policjantów.
Na biurku paliła się lampa, a kiedy Sachs dotknęła krzesła, przekonała się, że jest jeszcze ciepłe. Ekran małego telewizora na biurku wyświetlał niewyraźny obraz korytarza za drzwiami mieszkania. Podejrzany miał na zewnątrz ukrytą kamerę i ich zobaczył. Musiał wyjść dosłownie przed chwilą. Ale którędy? Funkcjonariusze rozglądali się, szukając drogi ucieczki. Okno przy wyjściu ewakuacyjnym było zasłonięte sklejką. Drugie było odkryte, ale znajdowało się dziesięć metrów nad alejką.
– Przecież tu był. Jak, do cholery, udało mu się wydostać? Zaraz potem poznali odpowiedź.
– Znalazłem – zawołał jeden z anty terrorystów. Szukając sprawcy pod łóżkiem, odsunął je od ściany, odsłaniając otwór na tyle duży, że mógł się w nim zmieścić człowiek. Wyglądało na to, że podejrzany przebił się przez tynk i ceglaną ścianę oddzielającą dom od sąsiedniego budynku. Kiedy zobaczył ich na ekranie telewizora, po prostu wybił tynk po drugiej stronie muru i uciekł do budynku obok.
Haumann wysłał ludzi, żeby sprawdzili dach i okoliczne ulice, innym przydzielił zadanie zabezpieczenia wejść do sąsiedniego budynku.
– Niech ktoś wejdzie do tej dziury – polecił dowódca ESU.
– Ja pójdę – zgłosił się niski policjant.
Ale w kamizelce i ze sprzętem nawet on nie mógł się wcisnąć do otworu.
– Ja to zrobię – odezwała się Sachs, zdecydowanie najszczuplejsza w całym towarzystwie. – Ale trzeba opróżnić pokój. Muszę chronić dowody.
– Zrobione. Wsadzimy cię do środka, potem się wycofamy. – Haumann rozkazał odsunąć łóżko na bok. Sachs uklękła i oświetliła latarką otwór, za którym widać było jakiś pomost w magazynie czy fabryce. Aby się do niego dostać, musiała się przeczołgać przez wąski tunel ponadmetrowej długości.
– Cholera – mruknęła Amelia Sachs, która potrafiła prowadzić samochód z prędkością dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę i nieraz była pod obstrzałem, ale na samą myśl o ciasnych przestrzeniach paraliżował ją klaustrofobiczny lęk.
Głową naprzód czy nogami? Westchnęła.
Głową było straszniej, ale bezpieczniej; przynajmniej będzie miała kilka sekund, by zlokalizować pozycję sprawcy, zanim ten zdąży wziąć ją na cel. Spojrzała w głąb czarnej czeluści. Głęboki oddech. Ściskając w dłoni pistolet, ruszyła naprzód.
Co się ze mną dzieje, do cholery, myślał Lon Sellitto, stojąc przed magazynem obok hurtowni zielarskiej, którego miał pilnować. Spoglądał w drzwi i okna, szukając uciekającego sprawcy i modląc się, żeby drań wyszedł mu prosto pod lufę.
Jednocześnie modlił się, żeby tak się nie stało.
Co się dzieje, do cholery?
W ciągu lat swojej służby Sellitto brał udział w kilkunastu strzelaninach, rozbrajał groźnych psychopatów, a raz mocował się nawet z samobójcą na dachu Flatiron Building, kiedy od raju dzieliło go dziesięć centymetrów zdobionej krawędzi. Owszem, nieraz było ciężko. Ale zawsze potrafił się otrząsnąć. Dotąd nic go tak nie poruszyło jak śmierć Barry’ego dziś rano. Nie mógł zaprzeczyć, że strach go obleciał, gdy znalazł się na linii ognia. Ale chodziło o coś innego. Znalazł się bardzo blisko człowieka w tej jedynej chwili… w chwili śmierci. W głowie wciąż rozbrzmiewał mu głos bibliotekarza, jego ostatnie wypowiedziane za życia słowa.
Naprawdę nie widziałem…
Nie potrafił zapomnieć odgłosu trzech kul, które trafiły go w pierś.
Pac… pac… pac…
Miękkie, ledwie słyszalne plaśnięcia. Nigdy w życiu nie słyszał czegoś podobnego. Lon Sellitto wzdrygnął się, czując ogarniające go mdłości.
I brązowe oczy tego człowieka… Spoglądały prosto w oczy Sellitta, gdy pociski sięgnęły celu. W ułamku sekundy odmalowało się w nich zaskoczenie, potem ból, a na koniec… pustka. To najdziwniejsza rzecz, jaką Sellitto widział. Nie było to spojrzenie senne ani nieprzytomne. Najkrócej ujmując: w jednej chwili w jego oczach było coś skomplikowanego i prawdziwego, a ułamek sekundy później, zanim jeszcze runął na chodnik, nie było tam już nic.
Detektyw stal jak wryty, patrząc na bezwładną kukłę u swoich stóp – choć wiedział, że powinien próbować łapać zabójcę. Ratownicy musieli go dosłownie odepchnąć, żeby się dostać do Barry’ego; Sellitto nie był w stanie się ruszyć.
Pac… pac… pac…
Potem, gdy należało zawiadomić najbliższych krewnych Barry’ego, Sellitto znów miał dziwne opory. W ciągu minionych lat odbył mnóstwo takich trudnych rozmów. Oczywiście żadna nie była łatwa. Ale dziś po prostu nie czuł się na siłach. Wykręcił się jakąś bzdurą o awarii telefonu i pozwolił, by ktoś inny wypełnił ten obowiązek. Bał się, że głos mu się załamie. Bał się, że się rozpłacze, co nigdy mu się nie zdarzyło w trakcie całej służby.
A teraz słyszał radiowe meldunki o bezskutecznym pościgu za sprawcą.
I słyszał: pac, pac, pac…
Kurwa, chcę do domu.
Chciał się znaleźć blisko Rachel, wypić z nią piwo na werandzie domu w Brooklynie. Fakt, za wcześnie na piwo. No to kawę. A może wcale nie było za wcześnie na piwo. Albo szkocką. Chciał siedzieć i patrzeć na trawę i drzewa. Rozmawiać. Albo milczeć. Po prostu chciał być przy niej. Nagle myśli Sellitta powędrowały do jego nastoletniego syna, który mieszkał z byłą żoną detektywa. Nie dzwonił do chłopca od trzech czy czterech dni. Powinien to zrobić.
Powinien…
Cholera. Sellitto zorientował się, że stoi pośrodku Elizabeth Street, odwrócony plecami do budynku, którego miał pilnować, pogrążony w myślach. Jezu Chryste! Co ty wyrabiasz? Sprawca na wolności, lada chwila może na ciebie wyskoczyć, a ty sobie fantazjujesz? Facet może się czaić w którejś alejce, tak samo jak dziś rano.
Sellitto przykucnął, odwracając się i patrząc w ciemne okna, zamazane albo zasłonięte. Sprawca mógł stać w jednym z nich i celować do niego z tej pieprzonej małej pukawki. Pac, pac… Igły z pocisku rozpryskują się półkolem, rozrywając ciało na strzępy. Sellitto wzdrygnął się i cofnął o krok, chroniąc się między dwoma samochodami dostawczymi, które odgrodziły go od okien. Zza ciężarówki obserwował ciemne okna i drzwi.
Ale wcale ich nie widział. Widział brązowe oczy bibliotekarza stojącego tuż przed nim.
Naprawdę nie…
Pac, pac…
Życie i nagle nie ma życia. Te oczy…