Otarł dłoń o spodnie garnituru, wmawiając sobie, że poci się tylko z powodu grubej kamizelki kuloodpornej. Co się dzieje z tą cholerną pogodą? Jest za ciepło jak na październik. Kto by się nie pocił?
– Nie widzę go – szepnęła do mikrofonu Sachs.
– Powtórz – usłyszała przez zakłócenia głos Haumanna.
– Nie ma śladu.
Magazyn, do którego uciekł NS 109, stanowił jedną wielką przestrzeń pociętą pomostami ze stalowych krat. Na podłodze stały palety z butelkami oliwy z oliwek i puszkami sosu pomidorowego, opakowane w przezroczystą folię. Pomost, na którym się znajdowała, biegł wokół całego pomieszczenia i znajdował się na wysokości dziesięciu metrów – na tym samym poziomie co mieszkanie sprawcy w sąsiednim budynku. Magazyn był czynny, choć prawdopodobnie korzystano z niego sporadycznie; nic nie wskazywało, by niedawno odwiedzali go jacyś pracownicy. Lampy były wyłączone, ale przez brudne świetliki wpadało dość światła, by Sachs wyraźnie widziała wnętrze.
Podłoga była zamieciona, więc nie mogła zobaczyć śladów stóp wskazujących drogę ucieczki sprawcy. Oprócz głównego wejścia i drzwi od strony rampy załadowczej, na parterze z boku było jeszcze dwoje innych drzwi. Na jednych wisiała tabliczka „Toaleta”, na drugich nie było żadnych napisów.
Poruszając się wolno, trzymając w pogotowiu glocka i oświetlając wszystkie zakamarki latarką, Amelia Sachs szybko sprawdziła pomosty i magazyn. Zameldowała Haumannowi, że magazyn jest czysty. Funkcjonariusze ESU wyważyli drzwi prowadzące na rampę i wpadli do środka, rozbiegając się po pomieszczeniu. Witając ich przybycie z ogromną ulgą, Sachs bez słowa wskazała boczne drzwi. Antyterroryści ustawili się po obu stronach.
– Cały czas sprawdzamy – nadał przez radio Haumann – ale nikt na zewnątrz go nie widział. Możliwe, że ciągle jest w środku.
Sachs nie odpowiedziała. Zeszła po schodach na dolny poziom, dołączając do oddziału. Wskazała toaletę.
– Na trzy – szepnęła.
Przytaknęli bez słowa. Jeden z funkcjonariuszy pokazał na siebie, lecz Sachs przecząco pokręciła głową na znak, że chce wejść pierwsza. Była wściekła na sprawcę za to, że uciekł, że użył torebki z uśmiechniętą twarzą, że zastrzelił niewinną osobę tylko po to, żeby odwrócić od siebie uwagę. Chciała, żeby za to zapłacił, i była gotowa zrobić wszystko, by mieć w tym swój udział.
Oczywiście miała na sobie kamizelkę kuloodporną, lecz wciąż myślała o tym, co by się stało, gdyby nafaszerowany igłami pocisk trafił ją w twarz albo rękę.
Albo w szyję.
Uniosła palec.
Jeden…
Wejść szybko, nisko przy ziemi, z palcem na spuście. Jesteś pewna?
W myślach ujrzała twarz Lincolna Rhyme’a. Dwa…
Przypomniała sobie mądrości życiowe, jakimi się z nią dzielił z łoża śmierci ojciec policjant: „Pamiętaj, Arnie, kiedy jesteś w ruchu, nic ci nie zrobią”.
No to się rusz!
Trzy.
Skinęła głową. Jeden z antyterrorystów kopniakiem otworzył drzwi – nikt nie odważył się dotknąć metalowej gałki – i Sachs rzuciła się naprzód, przypadając do ziemi w bolesnym przysiadzie i omiatając snopem światła małą, pozbawioną okien łazienkę.
Pusto.
Wycofała się i skierowała do drugich drzwi. Powtórzyli wszystko od początku.
Na trzy drugi potężny kopniak wyłamał drzwi.
Pistolety i latarki skierowały się w górę. Sachs pomyślała: kurczę, nigdy nie jest łatwo. Miała przed sobą długie schody, których koniec ginął w nieprzeniknionym mroku. Zwróciła uwagę, że są pozbawione podstopnic, co oznaczało, że sprawca może stać pod nimi i strzelić im w kostki, łydki albo plecy, kiedy będą schodzić.
– Ciemno – szepnęła.
Policjanci wyłączyli zamontowane na lufach latarki. Sachs poszła pierwsza, czując ból w kolanach. Dwa razy omal nie wywróciła się na chybotliwych i nierównych stopniach. Ruszyło za nią czterech funkcjonariuszy ESU.
– Szyk rombu – szepnęła, zdając sobie sprawę, że formalnie nie dowodzi oddziałem, ale wydała rozkaz, zanim zdążyła pomyśleć. Policjanci nie protestowali. Dotykając się ramionami, by zorientować się w ciemnościach, uformowali czworokąt, w którym każdy był zwrócony twarzą na zewnątrz i pilnował swojej ćwiartki piwnicy.
– Światła!
Mrok przeszyły promienie mocnych żarówek halogenowych, szukających celu.
Sachs nie dostrzegła żadnego zagrożenia, nie usłyszała żadnego dźwięku. Z wyjątkiem cholernie głośnego łomotu serca. Ale to ja.
Zobaczyli piec, zbiorniki olejowe, jakieś rury, z tysiąc pustych butelek po piwie. Sterty śmieci. I kilka zdenerwowanych szczurów.
Dwaj policjanci obejrzeli cuchnące worki z odpadkami, ale podejrzany nie ukrywał się w żadnym z nich.
Sachs przez radio poinformowała Haumanna o sytuacji. Nikt inny nie zauważył ani śladu podejrzanego. Wszyscy funkcjonariusze mieli się zebrać przy furgonetce dowodzenia i kontynuować sprawdzanie okolicy, a Sachs pozostało zadanie zebrania dowodów – należało mieć też na uwadze, że podobnie jak przed muzeum morderca wciąż może być w pobliżu.
…pilnujcie tyłów.
Z westchnieniem schowała broń i odwróciła się w stronę schodów. Ale zatrzymała się w pół obrotu. Gdyby wróciła tą samą drogą na górę – co byłoby torturą dla jej kolan – musiałaby zejść po kolejnych schodach, aby się dostać na ulicę. Łatwiej było wybrać skrót prowadzący bezpośrednio na chodnik.
Czasem człowiek musi sobie dogadzać, pomyślała, ruszając w tym kierunku.
Lon Sellitto obsesyjnie wpatrywał się w jedno okno.
Z rozmów prowadzonych przez radio wiedział, że magazyn jest pusty, ale nie był pewien, czy ludzie z ESU przetrząsnęli wszystkie szpary i zakamarki. W końcu rano przed muzeum nikt nie widział sprawcy, który znalazł sobie dobre stanowisko strzeleckie.
Pac, pac, pac.
To okno, na samym końcu z prawej, na pierwszym piętrze… Sellitele zdawało się, że się poruszyło.
Może wiatr. Ale może ktoś próbował je otworzyć.
Albo przez nie celował.
Pac.
Wzdrygnął się i cofnął o krok.
– Hej! – zawołał do jednego z funkcjonariuszy ESU, który wychodził z hurtowni zielarskiej. – Popatrz, widzisz coś w tym oknie?
– Gdzie?
– Tam. – Sellitto wychylił się zza osłony i pokazał ciemny kwadrat szkła.
– Nie. Ale jest czysto. Nie słyszałeś?
Sellitto wychylił się trochę dalej, słysząc pac, pac, pac, widząc gasnące brązowe oczy. Dygocząc, zmrużył powieki i utkwił spojrzenie w oknie. Nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch z lewej i usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi. Promień słońca odbił się od czegoś metalicznego.
To on!
– Boże – wyszeptał Sellitto. Sięgnął po broń, przypadając do ziemi i odwracając się w kierunku błysku. Ale zamiast zgodnie z procedurą trzymać palec wskazujący za osłoną spustu, wyszarpnął colta w pośpiechu i panice.
Dlatego broń wypaliła ułamek sekundy później, posyłając pocisk prosto w stronę wyjścia z piwnicy, z którego wyłoniła się Amelia Sachs.
Rozdział 14
Stojąc na rogu Canal i Szóstej, dwanaście przecznic od swojej kryjówki, Thompson Boyd czekał na zmianę świateł. Łapał oddech, ocierając spoconą twarz.
Nie był wstrząśnięty ani przerażony – zadyszka i zmęczenie były tylko skutkiem sprintu – był jednak ciekaw, jak go znaleźli. Zawsze zachowywał ostrożność podczas kontaktów z łącznikami i rozmów telefonicznych, zawsze też sprawdzał, czy nikt go nie śledzi, przypuszczał więc, że w grę wchodził jakiś dowód fizyczny. To miało sens – był prawie pewien, że z korytarzu domu przy Elizabeth Street była kobieta w bieli, która poruszała się po sali w muzeum jak grzechotnik. Co takiego zostawił w bibliotece? Coś w torebce? Może skrawek jakiegoś materiału z butów albo ubrania?