Miał do czynienia z najlepszymi śledczymi, jakich w życiu spotkał. Musiał o tym pamiętać.
Patrząc na sznur samochodów, wrócił myślą do swojej ucieczki. Kiedy ujrzał wchodzących po schodach gliniarzy, szybko wrzucił książkę i zakupy ze sklepu żelaznego do torby, złapał aktówkę i broń, a potem włączył napięcie w gałce u drzwi. Kopniakiem wybił tynk w murze i uciekł do sąsiadującego przez ścianę magazynu, wspiął się na dach i ruszył na koniec zespołu budynków, na południe. Zszedł schodami przeciwpożarowymi, skręcił na zachód i pobiegł sprintem trasą, którą starannie zaplanował i wielokrotnie przećwiczył.
Teraz na skrzyżowaniu Canal i Szóstej wtopił się w tłum czekający na zielone światło. Słyszał syreny radiowozów dołączających do pościgu. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, ręce nie drżały, nie czuł złości ani paniki. Musiał zachować spokój. Tyle razy już widział, jak znani mu zawodowi mordercy dali się złapać, bo ulegli panice, stracili panowanie nad sobą w rozmowie z policją i załamali się w trakcie rutynowego przesłuchania. Albo zepsuli coś podczas roboty, zostawiając dowód lub żywych świadków. Emocje – miłość, gniew, strach – powodują niechlujstwo. Trzeba być spokojnym i zachować dystans.
Zapaść w odrętwienie…
Obserwując kilka radiowozów mknących Szóstą Aleją, Thompson zacisnął dłoń na rewolwerze ukrytym w kieszeni płaszcza. Samochody z piskiem opon skręciły za róg Canal, kierując się na wschód. Gliny stawały na głowie, żeby go złapać. Nic dziwnego. Nowojorscy gliniarze nerwowo reagowali na podejrzanego, który traktuje prądem jednego z nich (choć zdaniem Thompsona policjant sam był sobie winien, nie zachowując dostatecznej ostrożności).
Nagle w jego głowie odezwał się sygnał ostrzegawczy, gdy kolejny radiowóz zahamował trzy przecznice dalej. Gliniarze wysiedli i zaczęli rozmawiać z ludźmi na ulicy. Po chwili następny samochód policyjny zatrzymał się zaledwie pięćdziesiąt metrów od miejsca, w którym stał Thompson. Ci szli w jego stronę. Jego samochód był zaparkowany pięć minut drogi stąd, nad Hudsonem. Musiał się do niego dostać jak najszybciej. Ale na przejściu wciąż paliło się czerwone światło.
Słychać było coraz więcej syren.
Szykowały się kłopoty.
Thompson spojrzał na tłum wokół siebie. Większość osób patrzyła na wschód, na radiowozy i policjantów. Musiał w jakiś sposób odwrócić ich uwagę, żeby przejść na drugą stronę ulicy. Potrzebował czegoś… niekoniecznie widowiskowego, ale skutecznego, aby na chwilę zająć ludzi. Pożar w koszu na śmieci, alarm samochodowy, brzęk tłuczonego szkła… Jakiś inny pomysł? Spoglądając w lewo, Thompson zobaczył autobus do przewozu pracowników jadący Szóstą. Pojazd zbliżał się do skrzyżowania, gdzie stał tłum przechodniów. Zapalić śmieci w koszu czy wykorzystać okazję z autobusem? Thompson Boyd podjął decyzję. Przysunął się bliżej krawężnika, stając za plecami dwudziestokilkuletniej, szczupłej Azjatki. Popchnął ją lekko i to wystarczyło, by znalazła się przed nadjeżdżającym autobusem. Wymachując rękami, dziewczyna ze stłumionym okrzykiem przerażenia straciła równowagę i spadła z krawężnika.
– Upadła! – zawołał Thompson bez śladu teksańskiego akcentu. – Łapcie ją!
Jej krzyk urwał się nagle, gdy boczne lusterko autobusu trafiło dziewczynę w ramię i w głowę, rzucając jej ciało na chodnik. Krew opryskała okno i najbliżej stojące osoby. Rozległ się pisk hamulców i wrzask kilku kobiet.
Autobus zatrzymał się pośrodku Canal, tamując ruch, i miał tam pozostać do czasu, aż policja ustali szczegóły wypadku. Pożar w koszu na śmieci, stłuczenie butelki, alarm samochodowy – wszystko mogło zadziałać. Ale Thompson uznał, że zabicie dziewczyny przyniesie o wiele lepszy efekt.
Ruch uliczny zamarł w jednej chwili, unieruchamiając dwa radiowozy nadjeżdżające Szóstą.
Thompson wolno przeciął ulicę, opuszczając tłum struchlałych przechodniów, którzy płakali, krzyczeli lub po prostu wpatrywali się wstrząśnięci w bezwładne, zakrwawione ciało leżące przy łańcuchu odgradzającym jezdnię od chodnika. Niewidzące oczy dziewczyny wpatrywały się w niebo. Nic nie wskazywało, by ktoś podejrzewał, że tragedia nie była wypadkiem.
Ludzie biegli w stronę ofiary, dzwonili z komórek pod numer 911… zapanował chaos. Thompson spokojnie przeszedł ulicę, obrzucając spojrzeniem stojące samochody. Zdążył już zapomnieć o młodej Azjatce i myślał o znacznie ważniejszych sprawach: stracił jedną ze swoich kryjówek. Ale przynajmniej udało mu się uciec i zabrać broń, zakupy ze sklepu żelaznego i instrukcję. W mieszkaniu nie było nic, co mogłoby doprowadzić policję do niego lub człowieka, który go wynajął. Nawet kobieta w bieli nie będzie umiała znaleźć żadnego tropu. Nie, tym nie musiał się przejmować.
Przystanął przy automacie telefonicznym, zadzwonił pod numer poczty głosowej i znalazł tam dobrą wiadomość. Dowiedział się, że Geneva Settle chodzi do szkoły średniej imienia Langstona Hughesa w Harlemie. Okazało się też, że pilnuje jej policja, ale nie było w tym nic dziwnego. Thompson miał wkrótce poznać więcej szczegółów – dowie się, gdzie dziewczyna mieszka, a może przy odrobinie szczęścia usłyszy, że jego wspólnikowi trafiła się okazja i Geneva już nie żyje.
Thompson Boyd szedł dalej, zmierzając do samochodu – trzyletniego buicka w mało oryginalnym niebieskim kolorze, zwykłego samochodu, przeciętnego samochodu Pana Przeciętniaka. Gdy do niego wsiadł, wyjechał na ulicę, okrążając z daleka korek, jaki powstał wokół skrzyżowania, gdzie zdarzył się wypadek z autobusem. Skierował się w stronę mostu Pięćdziesiątej Dziewiątej, rozmyślając nad tym, czego dowiedział się z książki, którą czytał przez ostatnią godzinę, zaznaczając wiele stron samoprzylepnymi karteczkami, i jaki zrobi użytek ze swoich nowych umiejętności.
– Nie wiem… nie wiem, co powiedzieć.
Lon Sellitto ze smętną miną spoglądał na kapitana, który przyjechał tu prosto z siedziby policji, gdy tylko dowództwo dowiedziało się o incydencie. Sellitto siedział na krawężniku, miał rozwichrzone włosy, a jego brzuch wylewał się zza paska, prześwitując różowo spomiędzy guzików koszuli. Rozstawił szeroko czubki swoich zdartych butów i przedstawiał żałosny widok.
– Co się stało? – Wysoki, łysiejący Afroamerykanin w randze kapitana odebrał Sellitele rewolwer, rozładował i trzymał przy boku z otwartym bębenkiem, zgodnie z policyjnymi przepisami o postępowaniu po oddaniu strzału przez funkcjonariusza.
Sellitto spojrzał w oczy oficera i rzekł:
– Nie opanowałem broni.
Kapitan wolno skinął głową i odwrócił się do Amelii Sachs.
– Wszystko w porządku?
Wzruszyła ramionami.
– Nic się nie stało. Kula trafiła bardzo daleko ode mnie.
Sellitto nie miał wątpliwości, że kapitan się domyśla, iż Sachs celowo lekceważy całą sprawę, żeby nie pogrążyć kolegi. Poczuł się przez to jeszcze podlej.
– Ale była pani na linii ognia – zauważył kapitan.
– To nie był żaden…
– Była pani, tak czy nie?
– Tak jest – odrzekła Sachs.
Pocisk kalibru.38 trafił w ścianę metr od niej. Oboje o tym wiedzieli, Sellitto i ona.
Bardzo daleko ode mnie… Kapitan rzucił okiem na magazyn.
– Gdyby to się nie stało, podejrzany i tak by uciekł?
– Tak – potwierdził Bo Haumann.
– Jest pan pewien, że to nie miało nic wspólnego z ucieczką? Sprawa i tak wyjdzie na wierzch.
Dowódca ESU pokręcił głową.