Выбрать главу

– Zdaje się, że sprawca wydostał się na dach magazynu i uciekł na północ albo południe – prawdopodobnie na południe. A strzał… – wskazał rewolwer Sellitta – padł, kiedy zabezpieczyliśmy sąsiednie budynki.

Co się ze mną dzieje, pomyślał znowu Sellitto. Pac, pac, pac…

– Dlaczego wyciągnął pan broń? – zapytał go kapitan.

– Nie spodziewałem się, że ktoś wyjdzie z piwnicy.

– Nie usłyszał pan przez radio, że budynek jest czysty? Chwila wahania.

– Musiałem przegapić.

Ostatni raz Sellitto skłamał przełożonemu, kiedy chciał osłonić nowego, który usiłując ocalić ofiarę porwania, naruszył przepisy. Młodemu się udało i to było dobre kłamstwo. Dziś słowa z trudem przeszły mu przez gardło, bo kłamał, żeby chronić własny tyłek.

Kapitan rozejrzał się po ulicy. W pobliżu kręciło się kilku funkcjonariuszy ESU. Żaden nie patrzył na Sellitta. Byli wyraźnie zakłopotani. Wreszcie oficer oświadczył:

– Nikt nie został ranny, nie ma poważnych uszkodzeń mienia. Napiszę raport, ale to nie jest równoznaczne z decyzją o rozpatrzeniu sprawy przez komisję kontrolną. Nie będę zalecał takiego wyjścia.

Sellitto poczuł ogromną ulgę. Komisja kontrolna na karku za przypadkowe użycie broni była zwykle pierwszym krokiem do śledztwa wydziału wewnętrznego, które mogło człowiekowi zrujnować reputację. Nawet gdyby został oczyszczony z winy, długo nie mógłby zmyć z siebie błota. Może nawet nigdy.

– Chce pan wziąć trochę wolnego? – zapytał przełożony.

– Nie, panie kapitanie – odparł zdecydowanie Sellitto.Po czymś takim najgorszą rzeczą na świecie dla niego – i dla każdego gliny – było wyłączenie z policyjnej roboty. Ciągle by to rozpamiętywał, zażerał się tłustym jedzeniem, byłby okropny dla otoczenia. I doświadczałby jeszcze większych lęków niż teraz. (Wciąż wspominał ze wstydem, jak podskoczył na dźwięk strzału z gaźnika ciężarówki).

– Sam nie wiem. – Kapitan miał prawo wysłać go na przymusowy urlop. Chciał zapytać o zdanie Sachs, lecz było to sprzeczne z zasadami. Sachs niedawno została młodszym detektywem. Mimo to, widząc wahanie kapitana, mogła wtrącić parę słów. Dowódca miał nadzieję, że powie: „Jasne, Lon, niezły pomysł” albo „Dobra. Poradzimy sobie jakoś bez ciebie”.

Ona jednak milczała. I wszyscy wiedzieli, że to głos za Sellittem.

– Podobno dzisiaj zastrzelono świadka, z którym pan rozmawiał. To miało coś wspólnego z tym incydentem?

Nie, kurwa, nie miało. Albo i miało…

– Nie wiem.

Kolejna długa chwila namysłu. Cokolwiek by jednak sądzić o dowództwie, żaden z wysokich rangą oficerów nie mógł się wspiąć na szczyty hierarchii departamentu, nie poznawszy wcześniej od podszewki życia na ulicy. I wpływu, jaki takie życie miało na gliniarzy.

– W porządku, zostaje pan w czynnej służbie. Ale proszę się skonsultować z psychologiem.

Paliła go twarz. Wysyłają go do doktora od czubków. Powiedział jednak:

– Jasne. Jeszcze dziś się umówię.

– To dobrze. I proszę mnie informować o przebiegu terapii.

– Tak jest. Dziękuję.

Kapitan oddał mu broń i w towarzystwie Bo Haumanna wrócił do furgonetki. Sellitto i Sachs poszli w kierunku samochodu zespołu z wydziału kryminalistycznego, który właśnie zjawił się na miejscu.

– Amelio…

– Daj spokój, Lon. Stało się i koniec. Własny ostrzał to normalka. Według statystyk znacznie wyższe jest prawdopodobieństwo, że policjant zginie od kul innych glin niż od kul przestępców. Krępy detektyw pokręcił głową.

– Chciałem tylko… – Zabrakło mu słów.

Przez dłuższą chwilę milczeli, idąc do samochodu. Wreszcie Sachs powiedziała:

– Powiem ci jedno, Lon. To się rozniesie. Dobrze wiesz, jak jest. Ale nie dowie się żaden cywil. W każdym razie nie ode mnie. – Oznaczało to, że Lincoln Rhyme, odłączony od drutu – sieci policyjnych plotek – mógł się dowiedzieć o incydencie tylko od niej albo Sellitta.

– Nie chciałem cię o to prosić.

– Wiem – odparła. – Mówię ci tylko, co zrobię. – Zaczęła wyładowywać sprzęt z furgonetki.

– Dzięki – powiedział głucho. I zorientował się, że jego palce znów powędrowały do krwawych stygmatów na policzku.

Pac, pac, pac…

– Niewiele tu jest, Rhyme.

– Mów – powiedział jego głos w słuchawce.

Ubrana w biały kombinezon z tyveku, robiła obchód po siatce w mieszkanku, które sądząc po skąpym wyposażeniu, stanowiło tylko kryjówkę. Większość profesjonalnych morderców ma takie miejsce. Trzymają w nim broń i zapasy, wykorzystują je jako bazę wypadową i schron w razie wpadki.

– Co jest w środku? – zapytał Rhyme.

– Łóżko, puste biurko i krzesło. Lampa. Telewizor podłączony do kamery zamontowanej w korytarzu. To system Video-Tect, ale zdjął naklejki z numerami seryjnymi, żebyśmy nie wiedzieli, gdzie i kiedy go kupił. Znalazłam kable i przekaźniki obwodu, który podłączył do drzwi. Obraz elektrostatyczny pasuje do podeszwy butów Bass. Obsypałam proszkiem wszystko, ale nie mogę znaleźć ani jednego odcisku. Nosi rękawiczki we własnej melinie. Co mam o tym myśleć?

– Poza tym, że wyjątkowy z niego spryciarz? Przypuszczam, że nie pilnował za bardzo tej nory i wiedział, że prędzej czy później będzie ją musiał porzucić. Oddałbym wszystko za jeden odcisk. Facet musi być w jakiejś kartotece. Może w niejednej.

– Znalazłam resztę talii tarota, ale nie ma na niej żadnej metki sklepowej. Brakuje tylko karty numer dwanaście, tej, którą zostawił w muzeum. Dobra, szukam dalej.

Kontynuowała obchód – mimo że mieszkanie było maleńkie i żeby je obejrzeć, wystarczyło stać na środku i obracać się wokół własnej osi. Sachs znalazła ukryty dowód: mijając łóżko, zauważyła kawałeczek czegoś białego wystającego spod poduszki. Wyciągnęła złożony arkusz papieru i ostrożnie go otworzyła.

– Mam coś, Rhyme. To plan ulicy, przy której jest muzeum afroamerykańskie. Szczegółowo rozrysowane alejki, wejścia i wyjścia wszystkich budynków dookoła, strefy załadunku, parkingi, hydranty, włazy do kanałów, automaty telefoniczne. Gość jest perfekcjonistą.

Niewielu morderców zadaje sobie tyle trudu, by przygotować się do płatnej akcji.

– Są na nim plamy. I jakieś okruchy. Brązowawe. – Sachs powąchała. – Czuć czosnkiem. Wyglądają jak okruchy jedzenia. – Wsunęła plan ulicy do plastikowej koperty i kontynuowała przeszukiwanie.

– Mam włókna, chyba takie same jak tamte z bawełnianego sznura. Trochę kurzu i brudu. Nic więcej.

– Szkoda, że nie widzę tego mieszkania. – Zamilkł.

– Rhyme?

– Wyobrażam je sobie – szepnął. Znów upłynęła chwila ciszy. – Co jest na blacie biurka?- Nic, już ci mówi…

– Nie pytam, co na nim stoi. Są plamy po atramencie? Gryzmoly? Nacięcia? Ślady po kubkach z kawą? Kiedy sprawcy nie są na tyle uprzejmi, żeby zostawić nam swój rachunek za prąd – dodał zgryźliwie – trzeba brać, co się da.

Aha, dobry nastrój gdzieś odpłynął. Obejrzała drewniany blat.

– Faktycznie, są plamy. Zadrapania i nacięcia też.

– Drewno?

– Tak.

– Weź parę próbek. Zdrap nożem z powierzchni.

Sachs znalazła w zestawie narzędzi skalpel. Taki sam jak używane przez chirurgów, sterylnie opakowany w folię i papier. Ostrożnie zdrapała kawałeczki drewna i umieściła je w plastikowych woreczkach.

Spoglądając na biurko, dostrzegła błysk światła na jego krawędzi. Popatrzyła uważniej.

– Rhyme, znalazłam jakieś krople. Przezroczystego płynu.

– Zanim weźmiesz próbkę, potraktuj mirage’em. Najlepiej weź exspray dwa. Facet za bardzo lubi śmiercionośne zabawki.