Выбрать главу

Firma Mirage Technologies produkowała wygodne preparaty do wykrywania materiałów wybuchowych. Exspray 2 wykrywał materiały grupy B, do której należała bardzo niestabilna, bezbarwna nitrogliceryna – jedna kropla mogła urwać człowiekowi rękę.

Sachs zbadała próbkę. Gdyby substancja była wybuchowa, zmieniłaby barwę na różową. Zmiany nie było. Dla pewności potraktowała tę samą próbkę sprayem numer 3, który wykrywał obecności jakichkolwiek azotanów, głównego składnika większości materiałów wybuchowych, nie tylko nitrogliceryny.

– Wynik negatywny, Rhyme. – Zebrała drugą kroplę płynu i umieściła w probówce, którą szczelnie zamknęła. – To chyba tyle.

– Przywieź wszystko, Sachs. Trzeba wyprzedzić następny ruch tego faceta. Jeżeli tak łatwo udało mu się uciec oddziałowi ESU, to znaczy, że równie szybko może się zbliżyć do Genevy.

Rozdział 15

Zdała na szóstkę. Bez pudła.

Dwadzieścia cztery pytania z odpowiedziami do wyboru – Geneva wiedziała, że wszystkie trafiła bezbłędnie. No i napisała wypracowanie na siedem stron, chociaż wystarczyłoby na cztery.

Super…

Rozmawiała o sprawdzianie z detektywem Bellem, który kiwał głową – z czego wywnioskowała, że wcale jej nie słucha, tylko rozgląda się po korytarzach – ale przynajmniej się uśmiechał, więc udawała, że mu wierzy. Poza tym jak rzadko miała ochotę pogadać. Fajnie było opowiadać, jak przewrotnie nauczyciel sformułował temat wypracowania, jak Lynette Thompkins wyszeptała: „Jezu, miej mnie w opiece”, kiedy zdała sobie sprawę, że uczyła się nie tych tematów, co trzeba. Pewnie nikt poza Keesh nie słuchałby takiej paplaniny.

Teraz czekał ją test z matematyki. Nie przepadała za rachunkiem różniczkowym, ale znała materiał, uczyła się, wszystkie równania miała wykute na blachę.

– Ej! – W korytarzu dogoniła ich Lakeesha, zrównując się z koleżanką. – Kurde, ciągle tu jesteś? – Patrzyła na nią w zdumieniu. – Rano ci mało łba nie rozwalili, a ty nic, zero stresu? To jakiś wykrent totalny.

– Spokojnie. Gadasz jak karabin maszynowy.

Tak jak mogła się spodziewać, Keesh terkotała dalej.

– Przecież już masz szóstkę. Po co ci te testy?

– Jak ich nie napiszę, nie będę miała szóstki.

Dziewczyna posłała detektywowi Bellowi niezadowolone spojrzenie.

– A pan to chyba powinien teraz szukać tego gnoja, co napat na mojom koleżankę.

– Mnóstwo ludzi go szuka.

– Ilu? I dzie som?

– Keesh! – szepnęła Geneva. Ale Bell lekko się uśmiechnął.

– Naprawdę mnóstwo.

– Jak ci poszedł test z cywilizacji? – spytała koleżankę Geneva.

– Nie ma cywilizacji. Świat jest pojebany.

– Ale chyba sobie nie odpuściłaś?

– Mówiłam, że pójdę. Było gites. Wyczaiłam wszystko. Może dostane trójkę. Albo nawet czwórkę.

– Bardzo śmieszne.

Dotarły do rozwidlenia korytarzy i Lakeesha skręciła w lewo.

– To narka. Zadzwoń po południu.

– Zadzwonię.

Patrząc, jak dziewczyna pędzi korytarzem, Geneva zaśmiała się w duchu. Keesh na pozór zupełnie nie różniła się od reszty typowych lasek w szkole ubranych w jaskrawe, obcisłe ciuchy, obwieszonych tandetnymi błyskotkami, z okropnie długimi paznokciami i ciasno zaplecionymi warkoczykami. Tańczyła jak wariatka do muzyki L.L. Cool J., Twista i Beyonce. Pierwsza rwała się do bójki – nie bała się nawet dziewczyn gangsta (czasem miała przy sobie nóż składany albo sprężynowy). Od czasu do czasu bawiła się w didżejowanie, występując jako Mistress K i miksując płyty na szkolnych imprezach – a nawet w klubach, kiedy bramkarze uznali, że ma dwadzieścia jeden lat.

Ale Keesh wcale nie była kumpelą z getta, na jaką się zgrywała. To był kostium, podobnie jak paznokcie i sztuczne pasemka za trzy dolary. Geneva dostrzegła bardzo czytelne oznaki: jeżeli uważnie się jej słuchało, można było dojść do wniosku, że jej pierwszym językiem była literacka angielszczyzna. Mówiąc „hebańskim” dialektem – według zasad politycznej poprawności nazywanym dziś „rodzimym dialektem afroamerykańskim” – przypominała komików, którzy udawali chłopaków z czarnych gangów, nieudolnie naśladując język Murzynów. Dla postronnego słuchacza brzmiało to jednak autentycznie.

Były i inne rzeczy: wiele dziewczyn z osiedli przechwalało się kradzieżami w sklepie. Ale Keesh nigdy nie buchnęła niczego więcej poza buteleczką lakieru do paznokci albo opakowaniem warkoczyków. Nie kupowała nawet biżuterii od nikogo, kogo podejrzewała o to, że mógł ją zwinąć jakiemuś turyście, a kiedy zobaczyła podejrzane towarzystwo kręcące się wokół domów w czasie „sezonu łowieckiego” – gdy do skrzynek pocztowych trafiały czeki z zasiłkami i rentami – szybko wyciągała komórkę i dzwoniła pod 911.

Keesh była niezależna finansowo. Na własny rachunek robiła pasemka i warkoczyki, a cztery dni w tygodniu stała za ladą w restauracji (wybrała lokal na Manhattanie, ale oddalony o wiele kilometrów od Harlemu, żeby nie natknąć się na ludzi z dzielnicy, którzy mogliby odkryć prawdę o gwieździe didżejów ze Sto Dwudziestej Czwartej). Wydawała pieniądze z rozwagą i odkładała, żeby pomagać rodzinie.

Jeszcze jedna cecha odróżniała Keesh od wielu innych dziewczyn z Harlemu. Razem z Geneva należały do tak zwanego Zakonu Zero – czyli zero seksu. (Jasne, można się było powygłupiać, ale, jak ujęła to jedna z koleżanek Genevy: „Żaden chłopak nie wsadzi mi swojego wacka, nie ma bata”). Keesh i Geneva dotrzymały paktu dziewictwa, jaki zawarły jeszcze w gimnazjum. Należały do wyjątków. Duża część dziewczyn z Langston Hughes od paru lat sypiała z chłopakami.

Nastolatki z Harlemu dzieliły się na dwie kategorie, których wyznacznikiem był jeden element: wózek dziecinny. Niektóre pchały przed sobą wózek, inne nie. Nie miało znaczenia, czy dziewczyna czytała Ntozake Shange lub Sylvie Plath, albo czy była analfabetką; nie miało znaczenia, czy nosiła pomarańczowe topy bez rękawów i dopinane warkoczyki, czy białe bluzki i plisowane spódniczki… jeżeli trafiła do sfery wózkowej, czekał ją zupełnie inny los niż dziewczyny z drugiej kategorii. Dziecko nie oznaczało automatycznego końca edukacji i kariery zawodowej, lecz taki był często skutek. Jeśli nawet nie, dziewczyna z wózkiem i tak miała przed sobą smutne i trudne życie.

Geneva Settle wyznaczyła sobie cel, przy którym nieugięcie trwała: uciec z Harlemu przy pierwszej nadarzającej się okazji, skończyć jeden czy dwa kierunki studiów w Bostonie czy New Haven, a potem wyjechać do Anglii, Francji albo Włoch. Nie mogła sobie pozwolić na najmniejsze ryzyko, że jej plany mogłoby pokrzyżować dziecko. Lakeesha podchodziła do dalszej nauki z większą rezerwą, ale także miała swoje ambicje. Zamierzała skończyć jakiś college i jako przebojowa bizneswoman podbić Harlem. Dziewczyna chciała zostać Frederickiem Douglassem albo Malcolmem X biznesu na górnym Manhattanie.

I właśnie wspólne poglądy zbliżyły do siebie dwie zupełnie różne dziewczyny, które wkrótce połączyła przyjaźń. Jak większość przyjaźni, ich związek wymykał się ścisłym definicjom. Jego charakter najlepiej ujęła kiedyś Keesh, machając ręką ozdobioną bransoletkami i zakończoną paznokciami w kropki: „Wszystko jedno, co to jest. Ważne, że działa, co nie?”.

I rzeczywiście działało.

Geneva i detektyw Bell dotarli do sali matematycznej. Policjant zajął stanowisko przy drzwiach.

– Zostanę tu. Po sprawdzianie zaczekaj w klasie. Każę podstawić samochód przed wejście.

Dziewczyna skinęła głową i odwróciła się, by pójść do sali. Zawahała się jednak i obejrzała za siebie.

– Chciałabym panu coś powiedzieć.