Выбрать главу

– Co takiego?

– Wiem, że czasem nie jestem zbyt miła. Podobno głupio się upieram. Najczęściej ludzie mówią, że jestem upierdliwa. Ale dzięki za to, co pan dla mnie robi.

– To moja praca. Poza tym połowa ludzi, których ochraniam, nie jest warta betonu, po którym chodzi. Cieszę się, że mogę pilnować kogoś porządnego. A teraz idź i załatw bez pudła następne dwadzieścia cztery pytania.

Posłała mu zdumione spojrzenie.

– Słuchał pan?

– Tak, słuchałem. I miałem oczy otwarte. Chociaż przyznaję, że nie umiem robić więcej niż dwie rzeczy jednocześnie, więc nie stawiaj mi większych wymagań. Dobra, do zobaczenia – będę tu, kiedy wyjdziesz.

– Oddam panu pieniądze za lunch.

– Mówiłem, że fundował nam burmistrz.

– Ale to pan zapłacił. I nie wziął rachunku.

– Proszę, proszę. Też jesteś spostrzegawcza.

W sali zobaczyła stojącego w głębi Kevina Cheaneya, który rozmawiał z kilkoma swoimi koleżkami. Kiedy dojrzał Geneve, uniósł wzrok, uśmiechnął’się szeroko i ruszył w jej stronę. Śledziły go spojrzenia prawie wszystkich dziewczyn w klasie – ładnych i brzydkich. Gdy zobaczyły, do kogo zmierza, w ich oczach odmalowało się zaskoczenie, a potem szok.

Aha, pomyślała triumfalnie, w głowach się wam nie mieści, co?

Jestem w niebie. Geneva Settle spuściła wzrok, czując falę krwi oblewającej żarem jej twarz.

– Hej – powiedział, podchodząc bliżej. Wyczuła zapach płynu po goleniu. Ciekawe, co to za marka. Może kupi mu na urodziny.

– Cześć – odrzekła lekko drżącym głosem. Odchrząknęła. – Cześć.

No dobrze, przeżyła przed całą klasą chwilę chwały, która będzie trwać wiecznie. Ale znów musiała trzymać się z daleka od niego, żeby przez nią nie spotkała go żadna krzywda. Powinna mu powiedzieć, jakim niebezpieczeństwem może grozić przebywanie w jej towarzystwie. Daj spokój z bluzganiem, z docinkami o mamuśce. Bądź poważna. Powiedz mu, co naprawdę czujesz: że bardzo się o niego boisz.

Zanim jednak zdążyła otworzyć usta, Kevin pokazał w głąb sali.

– Chodź na chwilę. Mam coś dla ciebie.

Dla mnie? – zdziwiła się. Nabrała powietrza i poszła za nim w kąt klasy.

– Proszę. To prezent. – Wsunął jej coś do ręki. Czarny plastik. Co to? Telefon komórkowy? Pager? W szkole nie wolno było korzystać z takich urządzeń. Jej serce waliło jak młot. Zastanawiała się, po co daje jej taki prezent. Żeby mogła go wezwać, gdyby znalazła się w niebezpieczeństwie? A może żeby mógł się z nią w każdej chwili kontaktować?

– Super – powiedziała, oglądając urządzenie. To nie był telefon ani pager, tylko jakiś elektroniczny organizer. Jak palm pilot.

– Ma gry, Internet, e-mail. Zero kabli. Diabli wiedzą, jak działają takie cacka.

– Dzięki. Tylko… to chyba bardzo drogie, Kevin. Nie wiem, czy…

– Spoko. Zapracujesz sobie na to. Spojrzała na niego.

– Zapracuję?

– Słuchaj. To pryszcz. Wypróbowałem to już z chłopakami. Jest już podłączony do mojego. – Pokazał kieszonkę swojej koszuli. – Pamiętaj, że najlepiej trzymać to między nogami. Lepiej, jakbyś miała spódnicę. Nauczyciele nie mogą tam zaglądać, bo mogą beknąć w sądzie, co nie? I teraz, jak jest pierwsze pytanie w teście, naciskasz klawisz z jedynką. Ten, widzisz? Potem naciskasz spację i wpisujesz odpowiedź. Kumasz?

– Odpowiedź?

– I słuchaj, bo to ważne. Żeby wysłać odpowiedź do mnie, musisz nacisnąć ten klawisz. Ten mały z antenką. Jak go nie naciśniesz, nic się nie wyśle. Drugie pytanie, naciskasz dwójkę. Potem odpowiedź.

– Nie rozumiem.

Roześmiał się, nie wiedząc, co w tym trudnego.

– A co myślałaś? Mamy układ. Będę ci osłaniać tyłek na ulicy, a ty mój na lekcjach.

Kiedy uświadomiła sobie, o co ją prosi, poczuła się, jakby dostała w twarz. Utkwiła wzrok w jego oczach.

– To znaczy, że chcesz ściągać. Zmarszczył brwi.

– Nie gadaj tak głośno. – Rozejrzał się po klasie.

– Żartujesz. To jakiś kawał.

– Kawał? Nigdy w życiu. Pomożesz mi. To nie było pytanie, tylko rozkaz.

Miała wrażenie, że za chwilę zrobi się jej niedobrze. Z trudem oddychała.

– Nie zrobię tego. – Wyciągnęła do niego organizer. Kevin nie zamierzał go odbierać.

– O co chodzi? Dużo dziewczyn mi pomaga.

– Alicia – wyszeptała ze złością Geneva, przypominając sobie dziewczynę, która do niedawna chodziła z nimi na matematykę. Alicia Goodwin, inteligentna dziewczyna, matematyczny geniusz. Opuściła szkołę, kiedy jej rodzina przeprowadziła się do Jersey. Byli z Kevinem nierozłączni. A więc o to chodziło. Kiedy stracił wspólniczkę, zaczął szukać nowej i wybrał Geneve, lepszą uczennicę od poprzedniczki, ale znacznie mniej atrakcyjną. Geneva zastanawiała się, jak niskie miejsce zajmowała na jego liście. Wezbrał w niej gniew i żal. To było jeszcze gorsze od dzisiejszego zdarzenia w muzeum. Przynajmniej człowiek w kominiarce nie udawał, że jest jej przyjacielem.

Judasz…

– Cała stajnia dziewczyn ci podpowiada… – rzuciła z wściekłością Geneva. – Jaką miałbyś średnią, gdyby nie one, co?

– Nie jestem głupi – szepnął ze złością. – Po prostu nie muszę uczyć się tych bzdetów. Przez resztę życia będę grał w kosza i zgarniał grubą kasę za reklamę. Lepiej będzie wszystkim, jak zamiast się uczyć, będę trenował.

– Wszystkim. – Zaśmiała się drwiąco. – To stąd masz stopnie. Po prostu je kradniesz. Tak samo jakbyś zwinął komuś złoty łańcuszek na Times Square.

– Ty, lepiej uważaj, co mówisz – szepnął groźnie.

– Nie zamierzam ci pomagać – mruknęła Geneva.

Nagle Kevin uśmiechnął się, spoglądając na nią znacząco spod przymkniętych powiek.

– Nie pożałujesz. Możesz do mnie wpaść, kiedy chcesz. Wydmucham cię pierwsza klasa. Mogę cię nawet wylizać. Na tym to akurat dobrze się znam.

– Idź do diabła! – wrzasnęła. Wszystkie głowy odwróciły się w ich stronę.

– Słuchaj no – warknął, łapiąc ją mocno za ramię. Zabolało. – Masz tyłek jak dziesięciolatka, a zadzierasz nosa jak jakaś blondyna z Long Island i myślisz, że jesteś lepsza od wszystkich. Z takimi strąkami na głowie nie możesz przebierać w facetach, kumasz, co mówię? Gdzie znajdziesz kogoś takiego jak ja?

Słysząc tę obelgę, Geneva zaniemówiła.

– Jesteś wstrętny – wykrztusiła.

– Dobra, niech ci będzie. Jesteś oziębła, nie ma sprawy. Zapłacę ci. Ile chcesz? Stówę? Dwie? Mam grubą kasę. No już, podaj cenę. Muszę zdać ten test.

– To się naucz – odparowała i rzuciła mu organizer. Złapał aparat jedną ręką, a drugą przyciągnął ją do siebie.

– Kevin! – rozległ się męski głos.

– Kurwa – szepnął chłopak z obrzydzeniem, przymykając na chwilę oczy, i puścił jej rękę.

Pan Abrams, nauczyciel matematyki, podszedł do nich i zabrał Kevinowi organizer.

– Co to jest?

– Chciał, żebym pomogła mu ściągać – powiedziała Geneva.

– Kłamie. To nie moje. Sama chciała…

– Proszę, idziemy do gabinetu – oświadczył nauczyciel. Chłopak wbił w nią lodowate spojrzenie. Odpowiedziała mu tym samym.

– Geneva, nic ci się nie stało? – spytał nauczyciel. Masowała ramię w miejscu, gdzie ścisnął je Kevin. Opuściła rękę i skinęła głową.

– Chciałabym tylko na chwilę wyjść do toalety.

– Idź. – Zwracając się do milczącej jak grób klasy, pan Abrams rzekł: – Test będzie za dziesięć minut. – Potem wyprowadził Kevina z sali, którą w jednej chwili wypełnił gwar głosów, jakby ktoś włączył fonię w telewizorze. Geneva odczekała kilka sekund i też wyszła z klasy.