Postawna kobieta rozejrzała się, marszcząc brwi.
– Tutaj?
– Nie wiemy na pewno. Mówię, że to możliwe. Lepiej dmuchać na zimne. Chyba był tu jakieś pięć minut temu – dodał detektyw. – Afroamerykanin, dość wysoki. W zielonej kurtce wojskowej i z czarną bandaną na głowie. Gładko ogolony. Utykał. Był po drugiej stronie boiska, obok tej dużej ciężarówki. Może pani wypytać uczniów i nauczycieli, czy go znają albo czy coś widzieli?
– Oczywiście.
Poprosił ją jeszcze, aby sprawdziła, czy nie zarejestrowała go któraś z kamer zamontowanych wokół szkoły. Wymienili numery telefonów, po czym detektyw usiadł za kierownicą i uruchomił silnik.
– Wszyscy zapiąć pasy. To nie będzie spacerek.
Ledwie Geneva zdążyła zatrzasnąć zaczep pasa, policjant wdusił pedał gazu i wystartowali slalomem przez nierówne ulice Harlemu, a szkoła imienia Langstona Hughesa – jej ostatni bastion rozsądku i pociechy – szybko zniknęła im z oczu.
Kiedy Amelia Sachs i Lon Sellitto segregowali dowody zebrane w kryjówce przy Elizabeth Street, Rhyme zastanawiał się, kim może być wspólnik NS 109 – mężczyzna, któremu udało się dostać cholernie blisko Genevy.
Możliwe, że sprawca wysłał tego człowieka tylko w charakterze zwiadowcy, chociaż biorąc pod uwagę przeszłość byłego skazańca i fakt, że był uzbrojony, należało przypuszczać, że on także był gotów zabić. Rhyme miał nadzieję, że mężczyzna zostawił jakiś dowód przy szkolnym boisku, ale niestety – zespół kryminalistyczny dokładnie przeszukał teren i nic nie znalazł. Patrol także nie odnalazł świadków, którzy zauważyli mężczyznę na ulicy lub widzieli, jak uciekał. Może…
– Cześć, Lincoln – powiedział jakiś męski głos.
Rhyme zaskoczony uniósł wzrok i zobaczył barczystego, czterdziestokilkuletniego mężczyznę. Miał krótko przycięte siwe włosy, z grzywką nad czołem, i był ubrany w kosztowny ciemnoszary garnitur.
– Witam, doktorze. Nie słyszałem dzwonka.
– Thom był przed domem. Wpuścił mnie.
Robert Sherman, lekarz nadzorujący fizykoterapię Rhyme’a, prowadził klinikę specjalizującą się w pracy z pacjentami z urazem rdzenia kręgowego. To on opracował dla Rhyme’a reżim obejmujący ćwiczenia na rowerze i bieżni do treningu lokomotorycznego, a także hydroterapię i tradycyjne bierne ćwiczenia kończyn wykonywane przez Thoma.
Doktor przywitał się z Sachs, po czym obrzucił krótkim spojrzeniem laboratorium, zauważając niezwykły ruch. Z punktu widzenia terapeuty cieszył się, że Rhyme ma zajęcie. Często mówił, że jeśli pacjent ma coś do roboty, zwiększa się jego motywacja i siła woli (choć z przekąsem radził Rhyme’owi, by raczej unikał sytuacji, w których groziłoby mu na przykład spalenie żywcem, do czego o mały włos nie doszło przy niedawnej sprawie).
Lekarz był utalentowany, sympatyczny i diablo inteligentny. Ale Rhyme nie miał dla niego czasu, odkąd się dowiedział, że na życie Genevy dybie dwóch uzbrojonych ludzi. Powitał medyka z pewnym roztargnieniem.
– Rejestratorka powiedziała, że odwołałeś dzisiejszą wizytę. Byłem ciekaw, czy nic się nie stało.Równie dobrze mógł to sprawdzić przez telefon, pomyślał kryminalistyk.
Ale wówczas nie mógłby wywrzeć na Rhyme’a takiej samej presji, by jednak poddał się badaniom, jak w rozmowie twarzą w twarz.
I Sherman istotnie zamierzał go naciskać. Chciał wiedzieć, czy plan ćwiczeń przynosi skutki. Nie tylko ze względu na pacjenta, ale także po to, by włączyć tę informację do prowadzonych przez siebie badań.
– Nie, wszystko w porządku – odrzekł Rhyme. – Po prostu trafiła się nam sprawa. – Wskazał głową na tablicę z dowodami. Sherman spojrzał na nią.
Thom wsadził głowę w drzwi.
– Doktorze, napije się pan kawy? Albo czegoś zimnego?
– Och, nie będziemy zajmować cennego czasu pana doktora – powiedział szybko Rhyme. – Skoro się uspokoił, że nic się nie stało, na pewno będzie chciał…
– Sprawa? – spytał Sherman, wciąż patrząc na tablicę. Po chwili milczenia Rhyme odrzekł szorstkim tonem:
– Dość trudna. Namierzamy bardzo niebezpiecznego człowieka. Właśnie próbowaliśmy go złapać, kiedy nam pan przeszkodził. – Rhyme nie miał ochoty ustępować ani na jotę i nie przeprosił za nieuprzejmość. Ale lekarze i terapeuci mający do czynienia z pacjentami z uszkodzonym rdzeniem dobrze znają towarzyszące chorobie przypadłości: złość, drażliwość i niewyparzone języki. Shermana zupełnie nie zraziło zachowanie Rhyme’a. Lekarz uważnie patrzył na swojego pacjenta, odpowiadając Thomowi:
– Nie, dziękuję. Zaraz muszę wyjść.
– Na pewno? – Asystent wskazał brodą Rhyme’a. – Nim proszę się nie przejmować.
– Naprawdę dziękuję, Thom.
Ale mimo że nie chciał niczego się napić, mimo że zaraz musiał wyjść, jakoś nie zbierał się do wyjścia. A nawet drań wziął sobie krzesło i usiadł.
Sachs zerknęła na Rhyme’a. Ten odpowiedział jej bezradnym spojrzeniem i odwrócił się tyłem do doktora, który przysunął się z krzesłem bliżej. Potem pochylił się i szepnął:
– Lincoln, od miesięcy wykręcasz się od badań.
– Mamy urwanie głowy. Pracujemy nad czterema sprawami, a teraz już pięcioma. Może pan sobie wyobrazić, jakie to czasochłonne… A przy okazji fascynujące. To wyjątkowe przypadki. – Miał nadzieję, że lekarz zapyta o szczegóły, dzięki czemu mogliby przynajmniej zmienić temat rozmowy.
Nadzieje okazały się oczywiście płonne. Specjaliści od urazów rdzenia kręgowego nigdy nie połykają haczyka. Znają podobne wybiegi na wylot.
– Pozwól, że coś ci powiem – rzekł Sherman.
A czy mogę ci zabronić? – pomyślał kryminalistyk.
– Ćwiczysz najintensywniej ze wszystkich moich pacjentów. Wiem, że masz opory przed badaniem, bo się boisz, że praca nie przyniosła żadnych efektów. Mam rację?
– Niezupełnie, doktorze. Po prostu jestem zajęty.
Jak gdyby nie słysząc, co Rhyme powiedział, Sherman ciągnął:
– Wiem, że badanie potwierdzi znaczną poprawę stanu ogólnego i funkcjonowania organizmu.
Rhyme uznał, że lekarski język może być równie irytujący jak język gliniarzy.
– Mam nadzieję – odparł. – Ale nawet jeżeli nie, proszę mi wierzyć, że to nie ma znaczenia. Jest poprawa gęstości kości i masy mięśniowej… płuca i serce pracują lepiej. Na niczym innym mi nie zależy. Na zdolności motorycznej nie.
Sherman przyjrzał mu się od stóp do głów.
– Naprawdę tak sądzisz?
– Oczywiście. – Rozejrzał się po pokoju i ściszając głos, dodał: – Dzięki ćwiczeniom nie zacznę przecież chodzić.
– Nie, rzeczywiście nie zaczniesz.
– To po co mi poprawa czucia w małym palcu u nogi? To bez sensu. Będę dalej ćwiczył, zachowam jak najlepszą formę i kiedy wymyślicie jakiś cudowny przeszczep albo klon, będę mógł od razu zacząć chodzić.
Lekarz uśmiechnął się i klepnął Rhyme’a w nogę – czego kryminalistyk i tak nie mógł poczuć. Sherman skinął głową.
– Cieszę się, że to mówisz, Lincoln. Największy kłopot z pacjentami polega na tym, że dają za wygraną, kiedy się przekonują, że ćwiczenia i ciężka praca nie bardzo poprawiają im życie. Chcą wielkich wygranych i magicznych leków. Nie zdają sobie sprawy, że taką wojnę wygrywa się tylko małymi zwycięstwami.
– Ja chyba już wygrałem. Doktor wstał.
– Mimo to chciałbym zrobić te testy. Potrzebujemy danych.
– Kiedy tylko… hej, Lon, słuchasz? Alarm frazeologiczny! Kiedy tylko zapniemy wszystko na ostatni guzik.
Sellitto, który nie miał pojęcia albo nie słuchał, o czym mówi Rhyme, spojrzał na niego szklanym wzrokiem.