– Dobrze – rzekł Sherman i podszedł do drzwi. – Powodzenia w sprawie.
– Jesteśmy dobrej myśli – odparł wesoło Rhyme.
Kiedy człowiek od małych zwycięstw opuścił dom, Rhyme natychmiast odwrócił się do tablic z dowodami.
Sachs odebrała telefon, wysłuchała wiadomości i po chwili odłożyła słuchawkę.
– Bo Haumann. Chodzi o jego ludzi z oddziału. Tych, których poraził prąd. Pierwszy ma parę paskudnych oparzeń, ale będzie żył. Drugi właśnie wyszedł ze szpitala.- Dzięki Bogu – powiedział Sellitto z ogromną ulgą. – Kurczę, to musiało być straszne. Tyle woltów przepuścić przez człowieka. – Na moment zamknął oczy. – Oparzenia. No i zapach. Jezu. Dosłownie spaliło mu włosy… Wyślę mu coś. Nie, lepiej sam zaniosę mu jakiś prezent. Może kwiaty. Jak myślicie, chciałby dostać kwiaty?
Taka reakcja, podobnie jak wcześniejsze zachowanie, była zupełnie nie w stylu Sellitta. Gliniarze odnosili rany, gliniarze ginęli i każdy w służbie musiał się jakoś z tą prawdą pogodzić. Wielu mówiło: „Dzięki ci, Boże, że żyje”, żegnało się znakiem krzyża i biegło do najbliższego kościoła zmówić dziękczynną modlitwę. Ale Sellitto kiwał po prostu głową i wracał do roboty. Nigdy nie zachowywał się tak jak dziś.
– Nie mam pojęcia – powiedział Rhyme. Kwiaty?
Mel Cooper zawołał: – -
– Lincoln, mam na linii kapitana Neda Seely’ego.
Technik dzwonił wcześniej do Texas Rangers w sprawie morderstwa w Amarillo, które według raportu z „VTCAP wyglądało podobnie do napaści w muzeum.
– Przełącz na głośnik.
Kiedy Cooper spełnił prośbę, Rhyme powiedział:
– Halo, kapitanie?
– Tak? – odpowiedział głos z teksańskim akcentem. – Pan Rhyme?
– Zgadza się.
– Dostałem prośbę od pańskiego współpracownika w sprawie Charliego Tuckera. Wyciągnąłem papiery, ale niewiele tego jest. Myśli pan, że ten sam gość wam miesza?
– Sposób działania był podobny do zdarzenia, jakie mieliśmy dzisiaj rano. Sprawca miał buty tej samej marki i takie samo starcie protektora. I zostawił lipne dowody, żeby nas zmylić, podobnie jak zostawił świece i okultystyczne znaki po morderstwie Tuckera. Aha, i nasz ma południowy akcent. Kilka lat temu było podobne zabójstwo w Ohio. Na zlecenie.
– Czyli waszym zdaniem ktoś wynajął tego gościa, żeby zabił Tuckera?
– Być może. Kto to był?
– Tucker? Zwyczajny facet. Wtedy właśnie odszedł na emeryturę z więziennictwa. Szczęśliwie żonaty, ojciec i dziadek. Nigdy nie pakował się w żadne kłopoty. Regularnie chodził do kościoła.
Rhyme zmarszczył brwi.
– Co robił w więzieniach?
– Był strażnikiem. W naszym zakładzie o zaostrzonym rygorze w Amarillo… Hm, sądzi pan, że któryś z więźniów wynajął kogoś z powodu jakiegoś zajścia w pudle? Za jakieś znęcanie się nad więźniem czy coś z tych rzeczy?
– Możliwe – odparł Rhyme. – Czy Tucker otrzymał kiedyś naganę?
– W aktach nic takiego nie ma. Może spróbuje się pan dowiedzieć w więzieniu.
Rhyme poprosił go o nazwisko naczelnika zakładu, w którym pracował Tucker, a potem powiedział:
– Dzięki, kapitanie.
– Nie ma sprawy. Miłej pracy.
Kilka minut później Rhyme rozmawiał z naczelnikiem J. T. Beauchampem z Północnoteksańskiego Zakładu Karnego o Zaostrzonych Środkach Bezpieczeństwa w Amarillo. Przedstawił się i poinformował rozmówcę, że pracuje w Departamencie Policji Nowego Jorku.
– Proszę posłuchać, panie naczelniku…
– J.T.
– Zgoda, J. T. – Rhyme wyjaśnił mu sytuację.
– Charlie Tucker? Jasne, nasz strażnik, którego zamordowali. Lincz czy coś. Nie było mnie tu wtedy. Tucker odszedł na emeryturę, zanim się przeprowadziłem z Houston. Wyciągnę jego akta. Proszę zaczekać. – Po chwili naczelnik znów się odezwał. – Mam je przed sobą. Nie, nie ma na niego oficjalnych skarg, tylko od jednego więźnia. Powiedział, że Charlie nieźle dawał mu w kość. Kiedy Charlie nie przestał, doszło do małej awantury.
– To może być on – zauważył Rhyme.
– Tylko że tydzień później wykonano na nim egzekucję. A Charliego zabili dopiero po roku.
– Ale może Tucker pokłócił się z innym więźniem, który wynajął kogoś, żeby wyrównać rachunki.
– Możliwe. Ale wynajmować zawodowca? Za bardzo wymyślne jak na nasze towarzystwo.
Rhyme był skłonny przyznać mu rację.
– Wobec tego w grę może wchodzić sam więzień. Wyszedł, załatwił Tuckera, a potem upozorował rytualny mord. Mógłby pan wypytać innych strażników i personel? Chodziłoby o białego mężczyznę, czterdzieści kilka lat, średniej budowy ciała, jasnobrązowe włosy. Prawdopodobnie wyrok za jakieś brutalne przestępstwo. I prawdopodobnie został zwolniony albo uciekł…
– Stąd się nie ucieka – wtrącił naczelnik.
– Dobrze, więc zwolniony niedługo przed śmiercią Tuckera. Tylko tyle wiemy. Aha, jeszcze zna się na broni i nieźle strzela.
– To nic nie pomoże. Tu jest Teksas. – J. T. zachichotał.
– Mamy jego komputerowy portret pamięciowy – ciągnął Rhyme. – Wyślemy panu e-mailem. Mógłby pan poprosić kogoś, żeby porównał go ze zdjęciami zwolnionych więźniów?
– Jasne, zajmie się tym dziewczyna od nas. Ma niezłe oko. Ale to może potrwać. Mamy tu duży ruch. – Podał adres elektroniczny i zakończyli rozmowę.W tej samej chwili przyjechali Geneva, Bell i Pulaski.
Bell opowiedział o ucieczce wspólnika sprawcy spod szkoły. Dodał kilka szczegółów rysopisu i poinformował, że poprosił kogoś o wypytanie uczniów i nauczycieli i sprawdzenie, czy na taśmie rejestrującej obraz z kamer wokół szkoły zachował się jakiś ślad.
– Nie napisałam ostatniego testu – oświadczyła naburmuszona Geneva, jak gdyby była to wina Rhyme’a. Dziewczyna mogła wytrącić człowieka z równowagi, mimo to kryminalistyk odrzekł łagodnie:
– Mam dla ciebie wiadomość, która powinna cię zainteresować. Twój przodek przeżył skok do Hudsonu.
– Naprawdę? – Rozpogodziła się i z przejęciem przeczytała wydruk artykułu z 1868 roku. Po chwili zmarszczyła brwi. – Piszą o nim, jakby wszystko od początku zaplanował. Na pewno tak nie było. Wiem, że nie. – Uniosła głowę. – Ale ciągle nie mamy pojęcia, co się z nim działo potem, jeżeli w ogóle zwolnili go z więzienia.
– Wciąż szukamy informacji. Mam nadzieję, że dowiemy się czegoś więcej.
Odezwał się komputer i Cooper zerknął na ekran.
– Może właśnie coś dostaliśmy. Przyszedł e-mail od profesor z Amherst, która prowadzi stronę internetową o historii afroamerykańskiej. Wysłałem do niej pytanie o Charlesa Singletona.
– Czytaj.
– To fragmenty z dziennika Fredericka Douglassa.
– Kto to był? – odezwał się Pulaski. – Przepraszam, pewnie powinienem wiedzieć. Mamy jego ulicę i tak dalej.
– Były niewolnik – objaśniła Geneva. – Abolicjonista i przywódca ruchu na rzecz praw obywatelskich w dziewiętnastym wieku. Pisarz i wykładowca.
Nowy spłonął rumieńcem.
– No właśnie, powinienem wiedzieć.
Cooper pochylił się nad monitorem i zaczął czytać.
– „Trzeci maja, tysiąc osiemset sześćdziesiątego szóstego roku. Kolejny wieczór w Gallows Heights…”.
– Aha – przerwał mu Rhyme. – W naszej tajemniczej dzielnicy. – Na dźwięk nazwy znów przypomniał sobie Wisielca – spokojną twarz postaci wiszącej głową w dół na szafocie. Przelotnie zerknął na kartę, po czym odwrócił się z powrotem do Coopera.
– „…poświęcony dyskusjom nad naszym arcyważnym przedsięwzięciem, Czternastą Poprawką. Kilku członków nowojorskiej społeczności kolorowych i ja spotkaliśmy się, inter alia, z czcigodnym gubernatorem Fentonem i przedstawicielami Komisji Wspólnej do spraw Rekonstrukcji, wśród których byli senatorowie Harris, Grimes i Fessenden oraz kongresmani Stevens i Washburne, a także demokrata Andrew T. Rogers, który okazał się daleko mniej stronniczy, niż się obawialiśmy.