Matka dwóch córek akurat o tym wiedziała. Skończyła szkołę średnią i miała dyplom z pielęgniarstwa. Gdyby chciała, mogła iść do pracy, ale jej chłopak dobrze zarabiał jako agent handlowy i wolał, by Jeanne zajmowała się domem, chodziła na zakupy z koleżankami i wychowywała dzieci.
Wychowywanie polegało między innymi na dopilnowaniu, żeby dzieci odrabiały lekcje, choćby miały tylko przynieść coś do szkoły.
– To wszystko? Skarbie, mówisz prawdę?
– Maaamooo.
– Mówisz prawdę?
– No.
– „Tak”. Nie „no”. Co chcesz wziąć?
– Nie wiem. Może coś z „Barriniego”. Wiedziałaś, że Kolumb się pomylił? Myślał, że przypłynął do Azji, nie do Ameryki. Trzy razy wracał i nigdy się nie dowiedział, że to nie tak.
– Naprawdę?
– No… tak. – Britney zniknęła.
Jeanne wróciła do kuchni. O tym rzeczywiście nie wiedziała. Kolumb naprawdę myślał, że trafił do Japonii albo Chin? Oprószyła kurczaka mąką, potem zanurzyła w jajku i tartej bułce, snując fantazje o rodzinnej wyprawie do Azji – w tle przewijały się obrazki z telewizji kablowej. Dziewczynki byłyby zachwycone. Może… W tym momencie przypadkiem wyjrzała na zewnątrz i przez nieprzezroczystą firankę dostrzegła sylwetkę mężczyzny, który zbliżając się do ich domu, zwolnił.
Trochę się zaniepokoiła. Obawy przed obcymi wzbudził w niej kiedyś jej chłopak pracujący w firmie, która produkowała części komputerowe dla rządowych kontrahentów. Zawsze na nich uważaj, mówił. Jeżeli zauważysz, że ktoś zwalnia, mijając dom, jak zobaczysz kogoś, kto za bardzo interesuje się dziećmi… od razu mi powiedz. Niedawno, gdy byli w parku na drugim końcu ulicy z dziewczynkami, które huśtały się na huśtawkach, nagle nadjechał jakiś samochód i zwolnił, a kierowca w ciemnych okularach spojrzał na dzieci. Jej chłopak wpadł w panikę i kazał im natychmiast wracać do domu.
– To szpiedzy – wyjaśnił.
– Co?
– Nie, nie tacy jak szpiedzy CIA. To są szpiedzy przemysłowi – z naszej konkurencji. Moja firma zarobiła w zeszłym roku sześć miliardów dolarów, dużą część dzięki mnie. Ludzie bardzo chętnie by sprawdzili, co wiem o rynku.
– Firmy naprawdę robią takie rzeczy? – zdziwiła się Jeanne.
– O ludziach nigdy nic nie wiadomo – odrzekł.
Jeanne Starkę, która miała w ramieniu kawałek drutu w miejscu, gdzie przed kilku laty rękę roztrzaskała jej butelka whisky, pomyślała wtedy: To prawda, ty na pewno nic o ludziach nie wiesz. Teraz wytarła ręce w fartuch, podeszła do firanki i wyjrzała przez okno.
Mężczyzny już nie było.
Wszystko w porządku, nie ma co się bez potrzeby denerwować. To tylko…
Zaraz, zaraz. Zauważyła jakiś ruch na schodkach przed drzwiami. I zdawało się jej, że zobaczyła róg torby na zakupy stojącej na werandzie. Ten człowiek tu był!
Co się dzieje?
Powinna zadzwonić do swojego chłopaka?Powinna wezwać policję?
Policja zjawiłaby się najwcześniej za dziesięć minut.
– Mamusiu, ktoś stoi za drzwiami – zawołała Britney. Jeanne szybko wyszła na korytarz.
– Brit, zostań w pokoju. Sama sprawdzę. Ale dziewczynka już otwierała.
– Nie! – krzyknęła Jeanne. I usłyszała:
– Dzięki, kochanie – rzekł przyjaznym tonem Thompson Boyd, wchodząc do domu i taszcząc torbę, którą przed chwilą widziała.
– Ale mnie nastraszyłeś – powiedziała Jeanne. Przytuliła się do niego, a on ją pocałował.
– Nie mogłem znaleźć kluczy.
– Wcześnie wróciłeś. Skrzywił się. -
– Rano były kłopoty z negocjacjami. Odłożyli do jutra. Pomyślałem sobie, że wrócę i popracuję w domu.
Na korytarz wybiegła druga córka Jeanne, ośmioletnia Lucy.
– Tommy! Możemy obejrzeć „Judge Judy”?
– Dzisiaj nie.
– Proooszę… Co masz w torbie?
– To właśnie moja praca. I chciałbym, żebyście mi w niej pomogły. – Postawił torbę w korytarzu, poważnie spojrzał na dziewczynki i spytał: – Jesteście gotowe?
– Ja jestem! – wykrzyknęła Lucy.
Brit, starsza z dziewczynek, nic nie powiedziała, ale tylko dlatego, że niefajnie było zgadzać się z siostrą; ona także była gotowa mu pomóc.
– Kiedy przełożono spotkanie, wyszedłem i zrobiłem zakupy. Przez całe rano czytałem to. – Thompson sięgnął do torby i wyciągnął puszki farby, gąbki, wałki i pędzle. Na końcu pokazał im książkę zaznaczoną w wielu miejscach żółtymi samoprzylepnymi karteczkami. Jej tytuł brzmiał „Wystrój wnętrz, łatwo i przyjemnie. Część 3: Malowanie pokoju dziecinnego”.
– Tommy! – zawołała Britney. – To do naszych pokoi?
– Tak – odparł z południowym akcentem. – Wasza mama i ja na pewno nie chcemy mieć na ścianach słonia Dumbo.
– Namalujesz nam Dumbo? – Lucy zmarszczyła brwi. – Ja nie chcę Dumbo.
Britney też nie chciała.
– Namaluję, kogo tylko zechcecie.
– Ja chcę pierwsza zobaczyć! – Lucy wyrwała mu książkę.
– Nie, ja!
– Zobaczymy razem – uciął Thompson. – Dajcie mi tylko powiesić płaszcz i odstawić teczkę. – Poszedł do swojego pokoju, który przylegał do frontu domu.
Wracając do kuchni, Jeanne Starkę pomyślała, że Tom, mimo nieustannych rozjazdów i paranoi na punkcie pracy, mimo że nie umiał dzielić jej radości ani smutków i nie był najwspanialszym kochankiem, nie jest taki zły i mogła trafić na kogoś znacznie gorszego.
Uciekając przed policją z alejki obok szkoły imienia Langstona Hughesa, Jax wskoczył do taksówki i kazał kierowcy jak najszybciej jechać na południe, proponując mu dziesięć dolców ekstra, jeżeli przeskoczy skrzyżowanie na czerwonym. Pięć minut później kazał zawrócić i wysadzić się niedaleko szkoły.
Miał szczęście, że udało mu się dać nogę. Nie było wątpliwości, że policja zrobiłaby wszystko, żeby nikogo nie dopuścić blisko dziewczyny. Niepokoiło go to; jak gdyby wiedzieli, że przyjdzie. Czyżby ten gnojek Ralph jednak go sypnął?
Cóż, Jax powinien być mądrzejszy. I taki zamierzył być teraz. Jak w więzieniu – zanim zrobisz jakiś ruch, musisz najpierw wszystko sprawdzić.
Dobrze wiedział, gdzie szukać pomocy.
Mężczyźni w miastach zawsze się gdzieś spotykają, starzy czy młodzi, czarni, Latynosi czy biali, ci ze wschodniej czyści Nowego Jorku i z Bay Ridge albo Astorii. W Harlemie gromadzili się w kościołach, barach, klubach jazzowych i raperskich, bistrach, w mieszkaniach, na ławkach w parku i przed domami. Latem siadywali na frontowych schodach i przy wyjściach ewakuacyjnych, a zimą wokół kubłów z palącymi się śmieciami. Spotykali się też u fryzjera – tak jak w tym filmie sprzed kilku lat (prawdziwe imię Jaksa, Alonzo, było na cześć Alonza Hendersona, byłego niewolnika z Georgii, który został milionerem dzięki stworzeniu popularnej sieci zakładów fryzjerskich – ojciec miał nadzieję, że Jax wykaże się podobną siłą woli i talentem, ale jak się okazało, były to płonne nadzieje).
Jednak najpopularniejszym miejscem męskich spotkań w Harlemie były boiska do koszykówki.
Oczywiście, chłopcy chodzili tam grać w kosza. Ale także po to, żeby gadać o bzdurach, rozwiązywać problemy tego świata, rozmawiać o dobrych i złych kobietach, kłócić się o sport, dokuczać sobie i przechwalać się; była to nowoczesna i swobodna wersja popularnej w czarnej kulturze sztuki snucia opowieści o mitycznych bohaterach takich jak bandyta Stackolee czy palacz z „Titanica”, który przeżył zderzenie z górą lodową i uratował się.
Jax znalazł park położony niedaleko szkoły Langstona Hughesa. Mimo jesiennego chłodu i nisko stojącego słońca boiska były dość zatłoczone. Jax podszedł do najbliższego, zdjął kurtkę wojskową, na którą policja zapewne zwróciła uwagę, przewrócił ją na lewą stronę i przewiesił przez ramię. Paląc papierosa, oparł się o łańcuchowe ogrodzenie i wyglądał w tej pozycji jak faraon Ralph, tyle że potężniej zbudowany. Zdjął z głowy czarną bandanę i palcami przeczesał afro.