W samą porę zmienił wygląd. Zobaczył przejeżdżający wolno obok parku radiowóz. Jax nie ruszył się z miejsca. Nic nie przyciąga uwagi glin bardziej niż oddalający się szybkim krokiem człowiek (Jax był wielokrotnie zatrzymywany pod zarzutem „chodzenia w stanie bycia czarnym”). Po zdartym szarym asfalcie boiska uganiała się gromadka licealistów, której przyglądało się kilkunastu innych. Jax zobaczył, jak ciemnobrązowa piłka odbija się od ziemi, dopiero po chwili usłyszał odgłos uderzenia o twardą nawierzchnię. Przyglądał się chwytającym przeciwników rękom, zderzającym się ciałom, piłce szybującej w kierunku tablicy.
Kiedy radiowóz zniknął, Jax oderwał się od ogrodzenia i zbliżył do chłopców stojących na skraju boiska. Przyjrzał się im uważnie. Nie była to żadna banda, żadni chowający glocki w spodniach gangsta. Po prostu grupka chłopców – niektórzy z tatuażami, inni bez, niektórzy obwieszeni łańcuchami, inni ze skromnym krzyżykiem na szyjach, niektórzy o złych, inni o dobrych intencjach. Szpanowali przed dziewczynami, zadzierali nosa przed młodszymi. Palili, gadali. Jak to młodzi.
Obserwując ich, Jax popadł w melancholię. Zawsze chciał mieć dużą rodzinę, ale to marzenie, podobnie jak wiele innych, nigdy się nie spełniło. Jego pierwsze dziecko oddano do adopcji, a drugie stracił po fatalnej w skutkach wizycie jego dziewczyny w klinice przy Sto Dwudziestej Dziewiątej. Pewnego stycznia przed wielu laty Jax z radością dowiedział się, że zostanie ojcem. W marcu jego dziewczyna dostała jakichś bólów, więc nie mając innego wyboru, poszli do darmowej kliniki. W brudnej i zatłoczonej poczekalni spędzili kilka godzin. Zanim dziewczynę zbadał lekarz, zdążyła poronić.
Jax chwycił drania i omal nie pobił go do krwi. „To nie moja wina – mówił drobny Hindus, kuląc się za wózkiem. – Obcięli nam budżet. To znaczy miasto”. Jax szalał z wściekłości i rozpaczy. Ktoś musiał mu za to zapłacić, żeby coś takiego nigdy się więcej nie powtórzyło – ani jej, ani nikomu innemu. I nie pocieszyła go wiadomość, że lekarzowi udało się przynajmniej ocalić życie jego dziewczynie, bo prawdopodobnie stałoby się inaczej, gdyby uchwalono inne cięcia budżetowe na opiekę zdrowotną dla biednych.
Jak pieprzony rząd może ludziom robić coś takiego? Gzy jedynym celem ratusza i władz stanowych nie jest dobro obywateli? Jak mogli dopuścić do śmierci maleńkiego dziecka?
Na te pytania nie byli skłonni odpowiedzieć ani lekarz, ani policjanci, którzy tamtej nocy wyprowadzili go ze szpitala skutego kajdankami.
Smutek i zapiekła złość, jakie wywołało wspomnienie, jeszcze bardziej utwierdziły go w postanowieniu, by zrealizować swój plan.
Jax z ponurą miną popatrzył na gromadkę na boisku i skinął chłopakowi, którego uznał za jednego z przywódców. Nastolatek miał na sobie workowate szorty, trampki i sportową bluzę. Jego włosy były krótko obcięte z jednej strony, a z drugiej wysoko zaczesane. Chłopak otaksował Jaksa.
– Co jest, dziadek?
Pozostali ryknęli gromkim śmiechem. Dziadek.
W dawnym Harlemie – dawniej może wszędzie tak było – dorosłych traktowano z szacunkiem. Dziś z pogardą. Twardziel wyciągnąłby gnata ze skarpety i nastraszył gówniarza. Ale Jaksa zahartowały lata spędzone na ulicy i w więzieniu, dlatego wiedział, że to nie jest żaden sposób. Zbył pogardliwą uwagę śmiechem i szepnął:
– Duża kasa.
– Chcesz kasy?
– Proponuję ci kasę. Jeżeli cię to interesuje, gnojku. – Jax poklepał się po kieszeni, w której spoczywał gruby zwitek franklinów.
– Nic nie sprzedaje.
– Nie chcę kupować tego, o czym myślisz. Chodź, przejdziemy się kawałek.
Chłopak skinął głową i oddalili się od boiska. Jax czuł, jak jego towarzysz mu się przygląda, zwracając pewnie uwagę na utykanie. Fakt, to była pamiątka po postrzale, ale równie dobrze mogło wyglądać na krok twardziela-ganstera. Potem chłopak spojrzał w oczy Jaksa, zimne jak stal, zerknął na jego mięśnie i więzienny tatuaż. Może sobie pomyślał: W takim wieku mógł być ważniakiem u Prawdziwych Gangsterów – a z takimi lepiej się było nie zadawać. Prawdziwi mieli AK, uzi, hummery i kilkunastu bezwzględnych gnojków pod komendą. To oni kazali dwunastolatkom rozwalać świadków i dilerów konkurencji, bo sądy nie wysyłały dzieci do pudła na wieczność, tak jak siedemnasto – i osiemnastolatków.
Prawdziwy mógł cię porządnie zmasakrować za nazwanie go dziadkiem”.
Chłopak zaczynał zdradzać oznaki niepokoju.
– Ej, co właściwie chcesz? Dzie idziemy?
– Tylko kawałek. Nie chcę z tobą gadać przy wszystkich. – Jax zatrzymał się za jakimiś krzakami. Chłopak rozejrzał się dookoła. Jax parsknął śmiechem. – Nie zamierzam ci złoić dupy. Wyluzuj się.
Nastolatek też się zaśmiał. Ale nerwowo.
– Jasne, spoko.
– Muszę znaleźć czyjąś chatę. Kogoś z Langstona Hughesa. Chodzisz tam?
– No, prawie wszyscy. – Wskazał głową boisko.
– Szukam dziewczyny, o której mówili w wiadomościach.
– Tej? Genevy? Co widziała, jak rozwalili gościa? Tej, co jedzie na samych szóstkach?- Nie wiem. Ma same szóstki?
– No. Ma łeb jak sklep.
– Gdzie mieszka?
Chłopak zamilkł. Zaczął się zastanawiać. Czy dostanie po dupie, jeżeli poprosi o to, czego chce? Uznał, że nie.
– Mówiłeś o kasie, co nie? Jax dał mu parę banknotów.
– Ja tam jej nie znam. Ale spikne eie z kumplem, co ją zna. Taki czarnuch, Kevin sie nazywa. Mam zadzwonić?
– Dzwoń.
Z kieszeni szortów wyciągnął małą komórkę.
– Hej, tu Willy… Na boisku… No. Słuchaj, jest tu gość z franklinami i szuka twojej laski… Genevy. No, tej Settle… Spoko, ziomal. Taki żart, co nie?… Dobra. Ten gość…
Jax wyrwał Willy’emu telefon i rzucił krótko:
– Dwie stówy za jej adres. Chwila wahania.
– Gotówka? – zapytał Kevin.
– Nie – odburknął Jax. – Pieprzona karta. Jasne, że gotówka.
– Przyjdę na boisko. Masz kasę przy sobie?
– Mam, trzymam ją obok colta, jeżeli cię to ciekawi. Kiedy mówię „colta”, nie chodzi mi o flaszkę piwa.
– Spoko. Tylko pytam. Nie pogrywam z miastowymi.
– Będę miał swoją ekipę – rzekł Jax, uśmiechając się szeroko do zaniepokojonego Willy’ego. Rozłączył się i rzucił telefon chłopakowi. Potem wrócił do ogrodzenia, oparł się o nie i dalej obserwował grę.
Dziesięć minut później zjawił się Kevin, który – w przeciwieństwie do Willy’ego – wyglądał na prawdziwego twardziela – wysoki, przystojny, pewny siebie. Był podobny do jednego aktora, którego nazwiska Jax nie mógł sobie przypomnieć. Chcąc się popisać przed staruszkiem i pokazać, że wcale mu tak bardzo nie zależy na pieniądzach – a także zaimponować paru dziewczynom – Kevin się nie spieszył. Przystanął, przybił piątkę kilku chłopakom, paru uścisnął, witając się głośno ze wszystkimi. Potem wyszedł na boisko, kazał sobie podać piłkę i wykonał kilka imponujących wsadów.
Facet umiał grać w kosza.
Wreszcie Kevin wolnym krokiem podszedł do Jaksa i otaksował go uważnie, bo tak się robi, kiedy do ekipy dołącza ktoś z zewnątrz – wszystko jedno, czy na boisku, w barze, czy też w wiktoriańskim zakładzie fryzjerskim Alonza Hendersona. Kevin starał się odgadnąć, gdzie Jax chowa broń, ile naprawdę może mieć kasy i o co mu chodzi.
– Powiedz tylko, jak długo chcesz się tak gapić, bo to nudne – powiedział Jax.