Kevin nawet się nie uśmiechnął.
– Gdzie frankliny?
Jax wsunął mu w dłoń pieniądze.
– Gdzie dziewczyna?
– Chodźmy. Pokażę.
– Daj mi tylko adres.
– Boisz sie mnie?
– Tylko adres. – Nie spuszczał z niego wzroku. Kevin wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Nie znam numeru. Znam budynek. W zeszłym roku odprowadzałem ją do domu. Mogę pokazać.
Jax skinął głową.
Ruszyli na południowy zachód, co zdziwiło Jaksa; sądził, że dziewczyna będzie mieszkać w niebezpieczniejszej okolicy – bardziej na północ, w stronę rzeki Harlem, albo na wschodzie. Tutejsze ulice nie były zbyt eleganckie, ale za to czyste i wiele budynków zostało wyremontowanych. Budowano też parę nowych.
Jax zmarszczył brwi, rozglądając się po ulicach.
– Jesteś pewien, że mówimy o Genevie Settle?
– O nią pytałeś. I idziemy pod jej chatę… Słuchaj, chcesz kupić trochę zioła albo cracku?
– Nie.
– Na pewno? Mam niezły towar.
– Szkoda, że głuchniesz w takim młodym wieku. Kevin wzruszył ramionami.
Dotarli do ulicy niedaleko Morningside Park. Na szczycie wzniesienia rozciągał się kampus Uniwersytetu Columbia, gdzie wiele lat temu Jax często pozostawiał swój tag – „Jax 157”.
Już mieli skręcić za róg, gdy naraz obaj przystanęli.
– Zobacz – szepnął Kevin. Przed jakimś starym budynkiem stał zaparkowany ford crown victoria – na pewno nieoznakowany wóz gliniarzy.
– To jej chata? Tam, gdzie stoi samochód?
– Nie. Dwa budynki dalej. Tam. – Pokazał.
Dom był stary, ale w idealnym stanie. W oknach stały kwiaty, było czysto. Ładne firanki. Farba wyglądała na nową.
– Chcesz ją pierdolnąć? – zapytał Kevin, mierząc go badawczym spojrzeniem.
– Co chcę zrobić, to moja sprawa.
– Twoja sprawa, twoja sprawa… Jasne – odrzekł cicho Kevin. – Ale… pytam, bo gdybyś miał ją stuknąć – mnie tam nic do tego, spoko – ale gdyby coś się jej stało, to rozumiesz: będę wiedział, że to ty. Ktoś może przyjść i ze mną pogadać. No i tak se myślę, że jak masz nosić tyle kasy przy sobie, lepiej, żebym wziął trochę więcej. Wtedy zapomnę, że cię w ogóle widziałem. Bo inaczej mogę sobie dużo przypomnieć i będę pamiętać, że pytałeś o tą myszę.Jax widział w życiu niejedno. Był królem graffiti, był żołnierzem podczas Pustynnej Burzy, poznał gangsterów w więzieniu i za murami, dostał postrzał w… Jeżeli w tym cholernym świecie istniała jakaś zasada, to tylko taka, że ludzie, których uważasz za głupich, w rzeczywistości są jeszcze głupsi.
W ułamku sekundy Jax lewą ręką chwycił chłopaka za kołnierz, a prawą wymierzył mu cios w brzuch, potem drugi, trzeci, czwarty…
– Kurwa… – udało się wykrztusić Kevinowi.
Tak się walczyło w więzieniu. Ani chwili, żeby przeciwnik ochłonął.
Jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze…
Wreszcie Jax go puścił i chłopak upadł w alejce, jęcząc z bólu. Spokojnym ruchem baseballisty szykującego się do strzału, Jax pochylił się i wyciągnął ze skarpety broń. Przerażony Kevin przyglądał mu się bezradnie, kiedy odciągał zamek, ładując pocisk do komory, a potem kilka razy owijał lufę czarną bandaną. Jax dowiedział się od DeLisle’a Marshalla z bloku S, że to najlepszy i najtańszy sposób stłumienia huku wystrzału.
Rozdział 18
O dziewiętnastej trzydzieści Thompson Boyd skończył malować misia z kreskówki na ścianie w pokoju Lucy. Odsunął się i popatrzył na swe dzieło. Zrobił wszystko dokładnie tak, jak kazano mu w książce i rzeczywiście stworzenie bardzo przypominało niedźwiedzia. Był to pierwszy obrazek, jaki w życiu namalował od czasów szkoły – dlatego tak pilnie studiował instrukcję.
Dziewczynki wpadły w zachwyt. Thompson pomyślał, że też powinien być zadowolony z obrazka. Nie był jednak pewien. Patrzył na misia bardzo długo, czekając, aż pojawi się duma. Nic jednak nie poczuł. Cóż. Wyszedł na korytarz i zerknął w okienko telefonu.
– Mam wiadomość – powiedział z roztargnieniem. Wybrał numer. – Hej, tu Thompson. Co u ciebie? Widziałem, że dzwoniłeś.
Jeanne posłała mu przelotne spojrzenie i wróciła do wycierania naczyń.
– Co ty, żartujesz? – Thompson zachichotał. Jak na człowieka, który nigdy się nie śmiał, udawał chyba nieźle. Oczywiście to samo zrobił dziś rano w bibliotece, aby uspokoić tę Settle, lecz tamto nie poskutkowało. Powtórzył sobie w myślach, żeby nie przesadzać. – Stary, to cholerny pech – powiedział do głuchej słuchawki. – Jasne. To nie potrwa długo, co? Jutro znowu mam te negocjacje, tak, te przełożone z dzisiaj… Daj mi dziesięć minut, dobra?
Zamknął telefon i rzekł do Jeanne.
– Vern jest u Joeya. Złapał gumę.
Vernon Harber kiedyś istniał naprawdę, ale już go nie było. Thompson zabił go kilka lat temu. Ale ponieważ dobrze go zdążył poznać, uczynił z niego fikcyjnego kumpla z sąsiedztwa, z którym od czasu do czasu sobie pomagali. Podobnie jak prawdziwy nieżyjący Vern, ten żyjący i fikcyjny jeździł suprą, miał dziewczynę o imieniu Renee i opowiadał mnóstwo zabawnych historyjek o życiu w porcie, w sklepie mięsnym i swojej okolicy. Thompson wiedział o Vernie dużo więcej i pamiętał o wszystkich szczegółach. (Kiedy kłamiesz, kłam na całego, z fantazją i precyzją).- Najechał suprą na jakąś butelkę po piwie.
– Nic mu się nie stało? – zaniepokoiła się Jeanne.
– Na szczęście parkował. Głupek nie umie sam odkręcić śrub.
Żywy czy martwy, Vern Harber zawsze był niezdarą.
Thompson zaniósł pędzel i kartonowe wiaderko do pralni, wstawił do umywalki i napuścił wody, by umyć pędzel. Potem narzucił kurtkę.
– Aha, mógłbyś po drodze kupić dwuprocentowe mleko? – poprosiła Jeanne.
– Kwartę?
– Może być.
– I roladki owocowe! – zawołała Lucy.
– O jakim smaku?
– Winogronowe.
– W porządku. Brit?
– Wiśniowe! – odpowiedziała dziewczynka. Nagle, jak gdyby coś sobie przypominając, dorzuciła: – Proszę.
– Winogronowe, wiśniowe i mleko – powtórzył zamówienie, wskazując po kolei na każdą z nich.
Thompson wyszedł z domu i okrężną trasą ruszył ulicami Queens, od czasu do czasu sprawdzając, czy nikt go nie śledzi. Wciągał do płuc zimne powietrze i wydychał ciepłe, pogwizdując piosenkę Celine Dion z „Titanica”.
Morderca uważnie obserwował Jeanne, gdy mówił, że wychodzi. Jej niepokój o Verna wydawał się autentyczny i niczego nie podejrzewała, mimo że wychodził spotkać się z człowiekiem, którego w życiu nie widziała. Ale to było typowe. Dzisiaj pomagał koledze. Innym razem mówił, że idzie obstawić w zakładach. Albo na szybkiego drinka z chłopakami do Joeya. Zmieniał kłamstwa rotacyjnie.
Szczupła brunetka o kręconych włosach nigdy nie zadawała wielu pytań o jego wyjścia z domu ani o lipną pracę agenta handlowego w firmie komputerowej, ani o częste wyjazdy służbowe. Nigdy nie pytała, dlaczego jego branża jest tak tajna, że Thompson zamyka swój pokój na klucz. Była mądra i inteligentna, a to dwie różne cechy. Większość mądrych i inteligentnych kobiet domagałaby się większego udziału w jego życiu. Ale nie Jeanne Starke.
Poznali się w barze w Astorii kilka lat temu, kiedy Thompson musiał się przyczaić po zleconym mu zamordowaniu dilera narkotyków z Newark. Siedząc obok Jeanne w greckiej knajpce, poprosił ją o keczup i zaraz przeprosił, zauważywszy, że ma złamaną rękę i nie może dosięgnąć butelki. Spytał ją, czy dobrze się czuje i co się stało. Zbyła pytanie, lecz miała łzy w oczach. Zaczęli rozmawiać.
Wkrótce zaczęli się spotykać. Prawda o złamanej ręce w końcu wyszła na jaw i pewnego weekendu Thompson złożył wizytę jej byłemu mężowi. Później Jeanne oznajmiła mu, że stał się cud: jej eks wyjechał z miasta i przestał nawet dzwonić do dziewczynek, co kiedyś robił raz na tydzień, przy okazji po pijaku wyzywając ich matkę.