Выбрать главу

Miesiąc później Thompson wprowadził się do niej.

Dla Jeanne i jej córek to był chyba dobry układ. Miała mężczyznę, który nie wrzeszczał ani nie bił nikogo pasem, płacił czynsz i przychodził do domu o zapowiedzianej porze – wydawał się im wymarzoną zdobyczą. (Więzienie skutecznie nauczyło Thompsona, że trzeba nisko zawieszać poprzeczkę).

Układ był dobry dla nich i dobry dla zawodowego mordercy: ktoś mający taką profesję wzbudza znacznie mniej podejrzeń, kiedy ma żonę albo dziewczynę i dzieci, niż gdyby był samotny.

Ale był jeszcze jeden powód, dla którego mieszkał z Jeanne, ważniejszy od względów praktycznych i logistycznych. Thompson Boyd czekał. W jego życiu od dawna czegoś brakowało i czekał, by to coś powróciło. Wierzył, że Jeanne Starke, kobieta bez wygórowanych wymagań i nadmiernych oczekiwań, może mu pomóc to odnaleźć.

Czego mu brakowało? To proste: Thompson Boyd czekał, aż ustąpi odrętwienie, a jego duszy wróci czucie, tak jak powraca do życia zdrętwiała stopa.

Thompson miał dużo wspomnień z dzieciństwa w Teksasie, pamiętał twarze rodziców i ciotki Sandry, kuzynów, kolegów szkolnych. Oglądali w telewizji mecze Texas A &M, siadywali wokół organów Sears, gdy Thompson naciskał klawisz akordów, a ciotka albo ojciec grubymi palcami (wszyscy w rodzinie takie mieli) starali się grać melodię. Śpiewał z nimi „Onward Christian Soldiers” i „Tie a Yellow Ribbon” albo temat z „Zielonych beretów”. Grał w kierki. Pod okiem ojca uczył się używać narzędzi w nienagannie wysprzątanej szopie. Chodził z nim na pustynię, zachwycał się zachodami słońca i połaciami zastygłej lawy, w zdumieniu przyglądał się kojotom i grzechotnikom, które wprawdzie poruszały się jak tancerze, ale ich ukąszenie mogło spowodować szybką śmierć.

Przypominał sobie, jak matka biegała do kościoła, pakowała kanapki, opalała się, wymiatała z przyczepy teksański kurz i siadywała z koleżankami na aluminiowych krzesełkach. Przypomniał sobie, jak ojciec chodził do kościoła, zbierał płyty, spędzał soboty z synem, a resztę tygodnia na wieżach wiertniczych. Przypominał sobie cudowne piątkowe wieczory, kiedy chodził na hamburgery i frytki do „Goldenlight Cafe” przy drodze numer 66, gdzie z głośników sączył się teksański swing.

Wtedy Thompson Boyd nie czuł odrętwienia.

Nawet w tych ciężkich czasach, gdy czerwcowe tornado zabrało ich podwójną przyczepę, matka straciła rękę, cudem ratując życie, nawet kiedy ojciec stracił pracę podczas fali zwolnień, która przetoczyła się przez północny pas stanu jak burza piaskowa z Oklahomy – Thompson nie był jeszcze odrętwiały.Na pewno nie był odrętwiały, gdy przyglądał się, jak matka rozpaczliwie powstrzymuje łzy na ulicy Amarillo, kiedy jakiś dzieciak krzyknął za nią „jednoręka bandyta”, a Thompson poszedł za nim i zadbał, żeby chłopak już nigdy więcej się z nikogo nie nabijał.

Potem jednak przyszły więzienne lata. I gdzieś w cuchnących lizolem korytarzach przyszło odrętwienie, stłumiło wszelką zdolność czucia i uśpiło ją. Uśpiło tak głęboko, że nic nie poczuł, dowiedziawszy się, że jakiś kierowca przysypiający w szoferce peterbilta zabił jego rodziców i ciotkę, a z katastrofy ocalał tylko zestaw do czyszczenia butów, który chłopak zrobił ojcu w prezencie na czterdzieste urodziny. Uśpiło tak głęboko, że kiedy wyszedł z więzienia i odnalazł strażnika Charliego Tuckera, nie czuł absolutnie nic, przyglądając się, jak ten wolno umiera, sinieje i rozpaczliwie szarpie za sznur, chcąc powstrzymać uduszenie. Co i tak by mu się nie udało, choćby był największym siłaczem.

W odrętwieniu patrzył na kołyszące się jak wahadło zwłoki strażnika, które powolutku nieruchomiały. W odrętwieniu ustawiał świece u stóp Tuckera, żeby wszystko wyglądało na satanistyczny mord popełniony przez jakiegoś psychopatę, w odrętwieniu spoglądał w szklane oczy nieboszczyka.

Odrętwiały…

Ale Thompson wierzył, że potrafi się sam naprawić, tak jak reperował drzwi do łazienki i obluzowaną poręcz schodów w bungalowie. (Jedno zadanie nie różniło się niczym od drugiego, to tylko kwestia przecinka dziesiętnego). Zdolność czucia miały mu przywrócić Jeanne i dziewczynki. Musiał się tylko poddać schematowi. Robić to, co robili inni normalni ludzie: malować pokój dziecinny, oglądać z dziewczynkami „Judge Judy”, chodzić do parku na piknik. Przynosić to, o co prosiły. Winogronowe, wiśniowe, mleko. Winogronowe, wiśniowe, mleko. Od czasu do czasu zakląć: kurwa mać, pierdolę to wszystko… Takie rzeczy mówili ludzie, gdy wpadali w złość. A rozgniewany człowiek potrafi czuć.

Dlatego gwizdał – wierzył, że muzyka pozwoli mu wrócić do dawnych czasów, sprzed więzienia. Ludzie, którzy lubili muzykę, nie byli odrętwiali. Ludzie, którzy gwizdali, coś czuli, mieli rodziny, na dźwięk melodyjnego trylu odwracały się w ich stronę głowy obcych. Z takimi ludźmi można było przystanąć na rogu ulicy i pogadać, takich ludzi można było poczęstować frytką prosto z talerza, gdy z sąsiedniej sali dobiegała oszałamiająca muzyka. To ci dopiero muzycy, co synu? Co ty na to?

Wystarczy postępować ściśle według zasad i odrętwienie ustąpi. Wróci czucie.

Zastanawiał się, czy reżim, jaki sobie narzucił, przyniesie efekt i przywróci jego duszy zdolność czucia. Gwizdanie, recytowanie słów, których się od niego spodziewano, winogronowe i wiśniowe, przeklinanie, śmiech? Miał nadzieję, że choć trochę poskutkuje.

Przypomniał sobie kobietę w bieli, która rano w muzeum poruszała się tam i z powrotem, tam i z powrotem. Mógł szczerze przed sobą przyznać, że jej widok sprawił mu przyjemność. Niewielką, ale przecież to zawsze jakieś uczucie. Całkiem niezłe.

– Kurewsko niezłe – szepnął.

No i jest przekleństwo.

Może znów powinien spróbować seksu (zwykle udawało się raz na miesiąc, rano, ale tak naprawdę nie miał na to ochoty – jeżeli nie ma nastroju, nie pomoże nawet Viagra). Rozważał pomysł. Tak, tak właśnie zrobi - poczeka parę dni i znów spróbuje z Jeanne. Na myśl o tym ogarniał go lekki niepokój. Ale chyba powinien sprawdzić, czy to działa. To będzie dobry test. Tak, spróbuje i zobaczy, czy jest jakaś poprawa.

Winogronowe, wiśniowe, mleko…

Thompson zatrzymał się przy automacie telefonicznym przed greckimi delikatesami. Znów zadzwonił pod numer poczty głosowej i wstukał kod. Wysłuchał nowej wiadomości, z której się dowiedział, że była szansa zabicia Genevy Settle w szkole, ale pilnowało jej za dużo policjantów. Usłyszał też, że dziewczyna mieszka na Sto Osiemnastej, a w okolicy jej domu stoi co najmniej jeden nieoznakowany samochód policyjny i radiowóz, które od czasu do czasu zmieniają stanowiska. Pilnowało jej od jednego do trzech funkcjonariuszy.

Thompson nauczył się adresu na pamięć, skasował wiadomość i klucząc tak jak przedtem, dotarł do sześciokondygnacyjnego budynku, który był w znacznie gorszym stanie niż bungalow Jeanne. Obszedł dom i otworzył tylne drzwi. Po schodach wspiął się do mieszkania, które było jego główną kryjówką. Wszedł do środka i wyłączył system zamontowany w celu powstrzymania intruzów.

Mieszkanie wyglądało trochę ładniej niż to na Elizabeth Street. Ściany zdobiła starannie ułożona jasna boazeria, podłogę przykrywał brązowy włochaty dywan, który wydzielał zapach typowy dla włochatych dywanów. Stało tu kilka mebli. Mieszkanie przypominało Thompsonowi pokoik, który urządzili z ojcem w bungalowie w Amarillo, dokąd się przeprowadzili po zniszczeniu przyczepy przez tornado.