Z dużej szafki ostrożnie wyciągnął parę słojów i zaniósł je na biurko, pogwizdując melodię z „Pocahontas”. Dziewczynki uwielbiały ten film. Otworzył skrzynkę z narzędziami, nałożył grube gumowe rękawice, maskę i okulary ochronne, i przystąpił do montażu urządzenia, które jutro miało zabić Genève Settle – i każdego, kto znajdzie się w pobliżu.
Ssst…
Melodia zmieniła się w inną: to już nie był Disney. „Forever Young” Boba Dylana.
Kiedy skończył, dokładnie sprawdził urządzenie i z zadowoleniem odłożył narzędzia. Potem poszedł do łazienki, zdjął rękawiczki i trzy razy umył ręce. Przestał gwizdać, powtarzając sobie w myślach dzisiejszą mantrę.
Winogronowe, wiśniowe i mleko… Winogronowe, wiśniowe i mleko.
Wciąż się przygotowywał na dzień, w którym odrętwienie wreszcie ustąpi.
– Jak samopoczucie?
– Wszystko w porządku, detektywie.
Bell stanął w drzwiach jej pokoju i spojrzał na łóżko, zasłane książkami i zeszytami.
– Rety, faktycznie ostro się uczysz. Geneva wzruszyła ramionami.
– Wracam do domu do chłopaków.
– Ma pan synów?
– Ano mam. Dwóch. Może kiedyś ich poznasz. Jeżeli będziesz miała ochotę.
– Pewnie – powiedziała, myśląc, że i tak to się nie stanie. – Są w domu z pana żoną?
– Są teraz u dziadków. Moja żona nie żyje.
Na te słowa Geneva poczuła drgnienie w sercu. Krył się za nimi prawdziwy ból, chociaż kiedy je wymówił, jego mina wcale się nie zmieniła. Jak gdyby wyćwiczył umiejętność informowania ludzi o śmierci żony, powstrzymując się od łez.
– Przykro mi.
– Och, to było wiele lat temu. Skinęła głową.
– Gdzie pan Pulaski?
– Pojechał do domu. Ma córkę. A żona spodziewa się drugiego dziecka.
– Chłopca czy dziewczynki? – spytała Geneva.
– Naprawdę nie wiem. Wróci jutro rano. Będziemy go mogli wtedy zapytać. W pokoju obok jest twój wuj, a na noc zostanie pani Lynch.
– Barbe?
– Tak.
– Jest miła. Opowiadała mi o swoich psach. I o nowych programach w telewizji. – Geneva pokazała na książki. – Nie bardzo mam czas na telewizję.
Detektyw Bell zaśmiał się.
– Moim chłopakom przydałby się twój wpływ. Choćby nie wiem co, muszę was ze sobą poznać. No dobrze, gdyby coś się działo, wołaj Barbe. – Zawahał się przez chwilę. – Nawet gdybyś po prostu miała złe sny. Bez rodziców w domu musi ci być ciężko.
– Dobrze sobie radzę sama – odrzekła.
– Nie wątpię. W każdym razie w razie czegoś krzycz. Po to tu jesteśmy. – Podszedł do okna, wyjrzał przez firanki, upewnił się, czy jest zamknięte, a potem zasłonił. – Dobranoc. Nie martw się. Złapiemy tego drania. To tylko kwestia czasu. Nikt nie jest lepszy od pana Rhyme’a i ludzi, którzy z nim pracują.
– Dobranoc. – Cieszyła się, że wychodzi. Może i miał dobre zamiary, ale Geneva nie cierpiała być traktowana jak dziecko, podobnie jak nie cierpiała, gdy wspominano o jej strasznej sytuacji. Zdjęła książki z łóżka i ustawiła je przy drzwiach, tak by mogła je od razu znaleźć w ciemności, gdyby trzeba było szybko wyjść. Postępowała w ten sposób co wieczór.
Sięgnęła do torby i znalazła zasuszony fiołek, który dała jej iluzjonistka, Kara. Długo oglądała kwiatek, a potem ostrożnie włożyła między stronice książki leżącej na górze przy drzwiach.
Pobiegła do łazienki, a kiedy się umyła i wyszorowała zęby, porządnie wyczyściła perłową umywalkę. Zaśmiała się cicho, myśląc o niemiłosiernym bałaganie panującym w łazience Keesh. W korytarzu Barbe Lynch życzyła jej dobrej nocy. Wróciwszy do sypialni, Geneva zamknęła drzwi na klucz, zawahała się przez chwilę, a potem, czując się trochę głupio, podparła klamkę krzesłem. Rozebrała się, narzuciła szorty i wypłowiałą koszulkę i wskoczyła z powrotem do łóżka. Wyłączyła światło i przez dwadzieścia minut leżała na wznak i drżała z lęku, myśląc o matce i ojcu, a potem o Keesh.
W myślach pojawił się obraz Kevina Cheaneya; ze złością go odpędziła.
Skupiła się na swoim przodku, Charlesie Singletonie. Uciekał, uciekał, uciekał… Skoczył do Hudsonu.
Myślała o jego sekrecie. Co mogło być aż tak ważne, że gotów był zaryzykować wszystko, żeby tylko nie wyszło to na jaw? Rozmyślała o jego miłości do żony i syna.
Cały czas jednak prześladował ją obraz tego strasznego człowieka z biblioteki. Och, przed policją trzymała fason. Ale rzecz jasna się bała. Ta kominiarka, to okropne „łup”, kiedy trzasnął pałką w manekin, tupot jego nóg, kiedy ją gonił. A teraz zjawił się drugi, ten czarny mężczyzna z bronią obok boiska szkolnego.
Wspomnienia szybko odebrały jej sen.
Otworzyła oczy i leżała bez ruchu, myśląc o innej bezsennej nocy sprzed wielu lat. Siedmioletnia Geneva wymknęła się z łóżka i powędrowała do salonu. Włączyła telewizor i zaczęła oglądać jakiś głupi sitcom, gdy po dziesięciu minutach zjawił się ojciec.
– Co ty tu robisz? Czemu to oglądasz? – Zamrugał oczami w ostrym świetle.
– Nie mogę zasnąć.
– Lepiej poczytaj. To lepsze.
– Nie mam ochoty czytać.
– Dobrze. Sam ci poczytam. – Podszedł do regału. – Spodoba ci się. To jedna z najlepszych książek na świecie.
Usiadł na fotelu, który skrzypnął pod jego ciężarem, a Geneva zerknęła na okładkę, lecz nie mogła przeczytać tytułu.
– Wygodnie ci? – zapytał.
– Tak. – Leżała na kanapie.
– Zamknij oczy.
– Nie chce mi się spać.
– Jak zamkniesz oczy, będziesz sobie wyobrażała to, co czytam.
– Dobrze. Co to…
– Cicho.
– Dobrze.
Zaczął czytać. „Zabić drozda”. Przez następny tydzień czytanie córce przed snem stało się jego rytuałem.
Geneva Settle przyznała, że to rzeczywiście jedna z najlepszych książek; już w tym wieku zdążyła przeczytać albo wysłuchać wielu innych. Bardzo spodobali się jej bohaterowie – spokojny i silny owdowiały ojciec; brat i siostra (Geneva zawsze chciała mieć rodzeństwo). Oczarowała ją też sama opowieść o odwadze w obliczu nienawiści i głupoty.
Książka Harper Lee głęboko zapadła jej w pamięć. Zabawne, ale kiedy przeczytała ją jeszcze raz w wieku jedenastu lat, zrozumiała z niej o wiele więcej. Potem, gdy miała czternaście lat, zrozumiała jeszcze więcej. W zeszłym roku przeczytała ją znowu i napisała wypracowanie na angielski. Dostała celujący.
Wśród książek ustawionych przy drzwiach sypialni, tych, które koniecznie trzeba było ocalić w razie pożaru, był też egzemplarz „Zabić drozda”. Nosiła tę książkę przy sobie, nawet gdy jej nie czytała. I do niej wsunęła talizman od Kary, zasuszony fiołek.
Dziś jednak wybrała coś innego. „01ivera Twista” Charlesa Dickensa. Wyciągnęła się na łóżku, oparła książkę na piersi i otworzyła w miejscu zaznaczonym słomkową zakładką (nigdy nie odwracała książek grzbietem do góry, nawet tych najtańszych wydań). Zaczęła czytać. Z początku skrzypienie starego domu przejmowało ją lękiem, ale wkrótce pochłonęła ją opowieść. Mniej więcej godzinę później powieki zaczęły jej ciążyć i Geneva wreszcie zasnęła, ukołysana do snu nie pocałunkiem matki ani głębokim głosem ojca zmawiającego modlitwę, ale litanią pięknych słów obcego człowieka.
Rozdział 19
Pora spać.