Выбрать главу

Oczywiście miał teraz wokół siebie ludzi, inaczej niż kilka lat wcześniej. Owszem, jego samobójstwo zdruzgotałoby Sachs, ale ich miłość zawsze była naznaczona śmiercią. Sachs, policjantka z krwi i kości, przy zatrzymaniu podejrzanego często pierwsza wpadała w drzwi, choć nie musiała tego robić. Odznaczono ją za odwagę w akcji, jeździła samochodem z prędkością błyskawicy – można by nawet pomyśleć, że sama ma skłonności samobójcze.

Natomiast Rhyme, kiedy się przed kilku laty poznali – przy piekielnie trudnej sprawie, która pochłonęła wiele ofiar – był bardzo bliski odebrania sobie życia. Sachs zdawała sobie z tego sprawę.

Thom także przyjął to do wiadomości. (Podczas pierwszej rozmowy Rhyme powiedział do asystenta: „Być może niewiele czasu mi zostało. Pamiętaj, żeby od razu realizować czek, gdy tylko go dostaniesz”).

Mimo to nie mógł znieść myśli o tym, jak przyjmą jego śmierć oni i inni ludzie, których znał. Nie wspominając o nierozwiązanych zagadkach zbrodni, ofiarach, których nie będzie mógł ocalić, gdyby przestał uprawiać swoje rzemiosło, które nadawało jego życiu sens.

To dlatego odkładał termin badań. Gdyby się okazało, że nie ma poprawy, jego los byłby przesądzony.

Tak…

Karta często zapowiada poddanie się doświadczeniu, rezygnację z walki, pogodzenie się z rzeczywistością.

…czy nie?

Gdy wylosuje się tę kartę, należy słuchać wewnętrznego głosu.

Lincoln Rhyme podjął decyzję. Da sobie spokój. Przerwie ćwiczenia, przestanie się zastanawiać nad operacją rdzenia.

W końcu jeżeli się nie ma nadziei, nic nie może jej zniszczyć. Jakoś mu się żyło. Nie było to doskonałe życie, ale znośne. Lincoln Rhyme podda się losowi i przystanie na to, na co nie zgadzał się Charles Singleton: że jest niepełnym człowiekiem, człowiekiem w dwóch trzecich.

Pogodzi się, mniej więcej.

Sterując palcem serdecznym lewej dłoni, Rhyme zawrócił wózek i pojechał z powrotem do sypialni, spotykając w drzwiach Thoma.

– No, gotowy do spania? – spytał asystent.

– Właściwie tak – odrzekł wesoło Rhyme.

Część III. Gallows Heights

środa, 10 października

Rozdział 20

O ósmej rano Thompson Boyd wyprowadził samochód z garażu Ul w alejce niedaleko bungalowu w Astorii, gdzie zostawił go wczoraj po ucieczce z kryjówki na Elizabeth Street. Wyjechał niebieskim buickiem na zatłoczoną ulicę i skierował się w stronę mostu Queensborough, a gdy już znalazł się na Manhattanie, ruszył na północ.

Przypominając sobie adres z wiadomości w poczcie głosowej, pojechał do zachodniego Harlemu i zaparkował dwie przecznice od domu Settle. Miał przy sobie dwudziestkędwójkę American Arms oraz pałkę, niósł także torbę na zakupy, w której nie było dziś książek o wystroju wnętrz; spoczywało w niej urządzenie, skonstruowane wczoraj wieczorem, z którym obchodził się niezwykle ostrożnie, krocząc wolno chodnikiem. Kilka razy rozejrzał się po ulicy, spoglądając na ludzi, w równych proporcjach czarnych i białych, ubranych w garnitury i spieszących się do pracy oraz studentów zmierzających w stronę Uniwersytetu Columbia – zobaczył rowery, plecaki, brody… Nie dostrzegł żadnego zagrożenia.

Thompson Boyd przystanął przy krawężniku, przyglądając się budynkowi, w którym mieszkała dziewczyna.

Kilka domów dalej stała crown Victoria – przezornie zaparkowana w taki sposób, by nie rzucała się w oczy. Za rogiem obok hydrantu parkował drugi nieoznakowany samochód. Thompsonowi zdawało się, że dostrzegł jakiś ruch na dachu. Snajper? Może nie, ale z pewnością ktoś się tam czaił, niewątpliwie gliniarz. Traktowali tę sprawę naprawdę poważnie.

Pan Przeciętniak zawrócił i ruszył z powrotem do swego przeciętnego samochodu, wsiadł i uruchomił silnik. Musiał być cierpliwy. Próba przeprowadzenia akcji tutaj wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem; trzeba było zaczekać na lepszą okazję. W radiu rozległa się piosenka Harry’ego Chapina „Cat’s in the Cradle”. Thompson wyłączył radio, ale dalej gwizdał melodię, nie zapominając o żadnej nutce, nie wydając ani jednego fałszywego tonu.Jej cioteczna babka coś znalazła.

Lincoln Rhyme zadzwonił do Rolanda Bella, który był w mieszkaniu Genevy, i poinformował go, że ciotka ojca Genevy, Lilly Hall, znalazła w starym schowku domu jakieś pudła ze starymi listami, pamiątkami i innymi przedmiotami. Nie wiedziała, czy przyda im się coś z tego – oczy miała do niczego – ale kartony były po brzegi wypchane papierami. Pytała, czy Geneva i policja chcą je przejrzeć.

Rhyme chciał wysłać kogoś po wszystko, lecz ciotka się nie zgodziła, oświadczając, że odda pamiątki tylko swojej ciotecznej wnuczce. Nikomu innemu nie ufała.

– Policji też nie? – spytał Bell, a Rhyme odrzekł:

– Zwłaszcza policji.

Do rozmowy wtrąciła się Amelia Sachs, podsuwając im prawdziwy powód nieufności staruszki,- o którym Bell w pierwszej chwili nie pomyślał.

– Chyba po prostu chce się z nią zobaczyć.

– Ach tak. Rozumiem.

Nic dziwnego, że Geneva z radością zgodziła się do niej pojechać. Roland Bell o wiele bardziej wolał się opiekować nerwowymi ludźmi, którzy bali się postawić stopę na chodniku Nowego Jorku i najchętniej spędzali czas przy grach komputerowych albo grubych książkach. Wystarczyło ich wsadzić do ustronnego pokoju bez okien i wyjścia na dach, nie wpuszczać do nich żadnych gości i co dzień zamawiać pizzę albo chińszczyznę.

Ale Geneva Settle była zupełnie inna od wszystkich, których dotąd pilnował.

Proszę z panem Goadesem… Jestem świadkiem przestępstwa i zatrzymała mnie policja. Trzymają mnie tu wbrew mojej woli i…

Detektyw postanowił, że dla bezpieczeństwa wezmą dwa samochody. Fordem mieli pojechać Bell, Geneva i Pulaski; chevroletem Luis Martinez i Barbe Lynch. W radiowozie zaparkowanym pod domem państwa Settle miał zostać jeden umundurowany funkcjonariusz.

Czekając na drugi samochód, Bell zapytał, czy były jakieś nowe wiadomości od rodziców. Geneva odrzekła, że są na Heathrow i czekają na następny lot.

Bell, ojciec dwóch synów, miał swoje zdanie na temat rodziców, którzy zostawiają córkę pod opieką wuja i włóczą się po Europie. (Zwłaszcza takiego wuja. Żeby nie dać dziewczynie ani grosza na lunch? To dopiero zagadka). Mimo że Bell był samotnym ojcem i miał ciężką pracę, co dzień robił chłopcom śniadanie, pakował im lunch do szkoły, a wieczorami prawie zawsze przygotowywał kolację, choć kucharzem był raczej kiepskim i przesadzał z węglowodanami (w jego encyklopedii sztuki gotowania próżno by szukać hasła „Atkins”).

Jego zadanie polegało jednak na ochronie życia Genevy Settle, nie na wygłaszaniu komentarzy o zdolnościach wychowawczych jej rodziców. Zapomniał więc o własnych opiniach i wyszedł z domu, trzymając dłoń blisko beretty, oglądając fasady, okna i dachy budynków oraz zaparkowane w pobliżu samochody i szukając jakiegoś odbiegającego od normy szczegółu.

Kiedy przed domem zjawił się dodatkowy radiowóz, Martinez i Lynch wsiedli do zaparkowanego za rogiem samochodu.