– Czysto. Można wychodzić – powiedział Bell przez radio.
W drzwiach ukazał się Pulaski, który prowadził przed sobą Geneve i kazał jej szybko wsiąść do forda. Sam zajął miejsce obok niej, a Bell usiadł za kierownicą. Obydwa samochody ruszyły przez miasto i wkrótce dotarły przed starą kamienicę na wschód od Piątej Alei, w el barrio.
W tej okolicy przeważali Portorykańczycy i Dominikańczycy, lecz mieszkały tu także inne latynoskie nacje – Haitańczycy, Boliwijczycy, Ekwadorczycy, Jamajczycy, przybysze z krajów Ameryki Środkowej – nie tylko czarni. Istniały też enklawy nowych imigrantów, legalnych i nielegalnych, z Senegalu, Liberii i państw środkowej Afryki. Przestępstw z nienawiści, do jakich tu dochodziło, nie popełniano tylko z powodu napięć między białymi a czarnymi i Latynosami; znacznie większa wrogość panowała między ludźmi urodzonymi w Ameryce a imigrantami, bez względu na ich narodowość. Tak to już jest na tym świecie, pomyślał ze smutkiem Bell.
Detektyw zaparkował w miejscu wskazanym przez Geneve, zaczekał, aż z drugiego samochodu wysiądą towarzyszący im funkcjonariusze i sprawdzą ulicę. Kiedy Martinez uniósł kciuk na znak, że wszystko w porządku, szybko wprowadzili Geneve do środka.
Budynek wyglądał dość nędznie, a w korytarzu unosiła się kwaśna woń piwa i gotowanego mięsa. Geneva wyglądała na zakłopotaną stanem domu. Podobnie jak w szkole, zaproponowała detektywowi, aby zaczekał na zewnątrz, zrobiła to jednak bez przekonania, jak gdyby spodziewała się przeczącej odpowiedzi.
– Lepiej chyba pójdę z tobą.
Kiedy dziewczyna zapukała do drzwi na pierwszym piętrze, jakaś starsza kobieta spytała:
– Kto tam?
– Geneva. Przyszłam do cioci Lilly.
Zagrzechotały łańcuchy i szczęknęły dwa zamki. Otworzyły się drzwi, zza których wyjrzała szczupła kobieta ubrana w spłowiała sukienkę, spoglądając nieufnie na Bella.
– Dzień dobry, pani Watkins – powiedziała dziewczyna.
– Witaj, skarbie. Lilly jest w salonie. – Kolejne niepewne spojrzenie na detektywa.
– To mój znajomy.- Znajomy?
– Zgadza się – odparła Geneva.
Jej mina wskazywała, że kobieta nie jest przekonana, czy dziewczyna powinna spędzać czas w towarzystwie mężczyzny trzy razy starszego od siebie, nawet jeśli był policjantem.
– Roland Bell, proszę pani. – Pokazał jej odznakę.
– Lilly coś wspominała o policji – powiedziała niepewnie. Bell cały czas się uśmiechał, nie mówiąc już nic więcej. – Jest w salonie – powtórzyła kobieta.
Cioteczna babka Genevy, krucha staruszka w różowej sukience, patrzyła w ekran telewizora przez grube okulary. Gdy ujrzała dziewczynę, jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu.
– Geneva, kochanie. Jak się masz? Kto to jest?
– Roland Bell, proszę pani. Bardzo mi miło.
– Jestem Lilly Hall. To pan interesuje się Charlesem?
– Owszem.
– Żałuję, że nie wiem nic więcej. Powiedziałam już Genevie wszystko. Że dostał farmę, a potem go aresztowali. Tylko tyle słyszałam. Nie wiem nawet, czy wyszedł z więzienia.
– Chyba wyszedł, ciociu. Ale nie wiemy, co się stało potem. I tego się chcemy dowiedzieć.
Na poplamionej tapecie w kwiatki wisiały trzy fotografie: Martina Luthera Kinga, Johna F. Kennedy’ego oraz słynne zdjęcie Jackie Kennedy w żałobie, w towarzystwie małego Johna Johna i Caroline.
– To tamte pudła. – Kobieta wskazała trzy duże kartony pełne papierów, zakurzonych książek i drewnianych i plastikowych przedmiotów. Stały obok stolika, którego złamaną nogę oklejono szeroką taśmą. Geneva pochyliła się i zaczęła przeglądać zawartość największego pudła.
Lilly przyglądała się jej przez chwilę, a potem powiedziała:
– Czasem go czuję.
– Czuje pani…? – spytał Bell.
– Naszego krewnego, Charlesa. Czuję, jak przychodzi. Haint. Tak jak inni.
Haint… Bell znał to słowo z Karoliny Północnej. Stare murzyńskie określenie ducha.
– Czuję, że jest niespokojny – dodała staruszka.
– Ja się na tym nie znam – oświadczyła z uśmiechem jej cioteczna wnuczka.
Rzeczywiście, pomyślał Bell, Geneva nie wyglądała na osobę, która wierzyłaby w duchy i siły nadprzyrodzone. Detektyw nie miał jednak tak zdecydowanych poglądów na ten temat.
– Może to, co robimy, przyniesie mu trochę spokoju – rzekł.
– No, skoro tak was interesuje Charles – powiedziała kobieta, poprawiając okulary – to mamy jeszcze innych krewnych w całym kraju. Pamiętasz kuzyna twojego ojca z Madison? I jego żonę, Ruby? Mogłabym zadzwonić i zapytać. Albo Gennę-Louise z Memphis. Zadzwoniłabym, tylko nie mam swojego telefonu. – Zerknęła na stary model Princess stojący na stoliku niedaleko kuchni. Ponura mina pani Hall świadczyła, że musiała toczyć o niego zażarte boje z kobietą, u której mieszkała. – A karty do telefonów takie drogie.
– My możemy zadzwonić, ciociu.
– Och, sama chciałabym z nimi pogadać. Szmat czasu. Brakuje mi rodziny.
Bell sięgnął do kieszeni dżinsów.
– Jako że pracujemy nad tym razem z Geneva, pozwoli pani, że kupię kartę.
– Nie – zabrzmiał stanowczy głos Genevy. – Ja to zrobię.
– Nie trzeba…
– Stać mnie – odrzekła twardo i Bell schował pieniądze. Dziewczyna dała ciotce dwadzieścia dolarów.
Staruszka z czcią obejrzała banknot.
– Kupię kartę i jeszcze dzisiaj zadzwonię.
– Gdybyś się czegoś dowiedziała – powiedziała Geneva – zadzwoń pod ten sam numer co ostatnim razem.
– Dlaczego policja tak się interesuje Charlesem? Przecież on umarł co najmniej ze sto lat temu.
Geneva pochwyciła spojrzenie Bella i pokręciła głową; staruszka nie wiedziała, że jej ciotecznej wnuczce grozi niebezpieczeństwo i dziewczyna wolała, żeby tak zostało. Pani Hall, patrząc na nich przez szkła grube jak denka butelek, nie zauważyła tej wymiany spojrzeń.
– Pomagają mi udowodnić, że nie popełnił zbrodni, o którą go oskarżono – wyjaśniła Geneva.
– Naprawdę? Po tylu latach?
Bell nie był pewien, czy kobieta uwierzyła swojej ciotecznej wnuczce. Ciotka detektywa, która była mniej więcej w tym samym wieku, zachowała bystrość młodej dziewczyny. Nic nie mogło ujść jej uwagi.
Ale Lilly oświadczyła:
– To bardzo ładnie z waszej strony. Dla pana Bella trzeba zaparzyć kawy. A dla Genevy kakao. Pamiętam, że lubi.
Gdy Roland Bell ostrożnie wyjrzał na zewnątrz przez rozchylone firanki, Geneva wróciła do przeglądania papierów w pudle.
Na ulicy Harlemu dwaj chłopcy na wyścigi zjeżdżali na deskorolkach po wysokiej balustradzie schodów przed domem z piaskowca, zaprzeczając prawu grawitacji i prawu nakazującemu im przebywać teraz w szkole.
Na werandzie stała czarna kobieta, podlewając okazałe czerwone geranium, oszczędzone przez niedawny przymrozek.
Wiewiórka zakopywała albo odgrzebywała coś na dużym kawałku ziemi: był to porośnięty żółtą trawą prostokąt, pośrodku którego stał rdzewiejący wrak pralki.
A na Sto Dwudziestej Trzeciej Wschodniej, niedaleko kościoła Iglesia Adventista, na tle wysokiego wjazdu na most Triborough, trzej funkcjonariusze czujnie spoglądali na odrapany budynek z piaskowca i okoliczne ulice. Dwoje – mężczyzna i kobieta – byli w cywilu; policjant patrolujący alejkę miał na sobie mundur. Maszerował tam i z powrotem jak pełniący wartę rekrut.
Wszystkie te szczegóły dostrzegł Thompson Boyd, który przyjechał tu za Geneva Settle i jej strażą i stał teraz w zabitym deskami budynku po drugiej stronie ulicy, kilka domów na zachód. Wyglądał przez pęknięcia w zabazgranym billboardzie reklamującym kredyty mieszkaniowe pod zastaw majątku.