Выбрать главу

Ciekawiło go, dlaczego wyprowadzili dziewczynę z domu. Postąpili wbrew zasadom, ale to był ich problem.

Thompson przeanalizował logistykę: zakładał, że miał to być krótki wypad – z zaskoczenia, by tak rzec – ponieważ zaparkowali forda crown victorie i drugi samochód na widoku, nie próbując ukryć swojej obecności. Postanowił więc wykorzystać sytuację i działać szybko. Przez tylne wyjście wybiegł ze zrujnowanego budynku i okrążył cały kwartał, na chwilę wstępując po drodze do sklepiku, żeby kupić paczkę papierosów. Następnie wśliznął się w alejkę za kamienicą, w której była Geneva, i wyjrzał zza węgła. Ostrożnie postawił na asfalcie torbę na zakupy i kryjąc się za stertą worków ze śmieciami, obserwował jasnowłosego policjanta patrolującego alejkę. Morderca zaczął liczyć jego kroki. Jeden, dwa…

Przy trzynastym gliniarz dotarł do końca budynku i zawrócił. Pokonywał sporą odległość; pewnie kazano mu pilnować wszystkich alejek, od frontu i od tyłu, a na dodatek mieć na oku okna budynku naprzeciwko.

Na dwanaście doszedł do chodnika od frontu, zawrócił i ruszył z powrotem. Jeden, dwa, trzy…

Pokonał tę drogę znowu w dwanaście kroków. Rozejrzał się, po czym skierował się w przeciwną stronę, robiąc trzynaście kroków.

Następna runda miała jedenaście kroków, kolejna dwanaście.

Nie tak równo jak w zegarku, ale prawie. Thompson Boyd będzie miał co najmniej jedenaście kroków, aby się wymknąć na tył budynku, podczas gdy młody policjant będzie do niego zwrócony plecami. A potem kolejne jedenaście, po których funkcjonariusz wróci do punktu wyjścia. Thompson naciągnął na głowę kominiarkę.

Policjant zawrócił i znów ruszył w kierunku ulicy.

W tym momencie Thompson wyskoczył zza śmieci i sprintem pobiegł na tył kamienicy, licząc… trzy, cztery, pięć, sześć…

Buty Bass skutecznie tłumiły odgłos jego kroków. Thompson nie odrywał wzroku od pleców chłopaka. Gliniarz nie rozglądał się wokół siebie. Na „osiem” morderca dotarł do muru i przywarł do niego plecami, łapiąc oddech; potem odwrócił się w stronę alejki, na której za chwilę miał się ukazać policjant.

Jedenaście. Gliniarz powinien już dojść do ulicy, zawrócić i ruszyć w drugą stronę. Jeden, dwa, trzy…

Thompson Boyd uspokoił oddech.

Sześć, siedem…

Thompson Boyd obiema rękami chwycił pałkę. Dziewięć, dziesięć, jedenaście… Na szorstkim bruku zgrzytnął but.

Thompson błyskawicznie wysunął się z alejki, unosząc pałkę jak kij baseballowy, szybko jak atakujący grzechotnik. Zdążył dostrzec szok na twarzy chłopaka. Usłyszał świst pałki i stłumiony okrzyk policjanta, który urwał się w chwili, gdy pałka uderzyła go w czoło. Chłopak osunął się na kolana, wydając charczący dźwięk. Morderca grzmotnął go w ciemię.

Policjant runął twarzą na brudną ziemię. Thompson zaciągnął wciąż przytomnego chłopaka za budynek, aby nikt z ulicy nie mógł ich zobaczyć.

Na dźwięk wystrzału Roland Bell skoczył do okna i ostrożnie wyjrzał. Rozpiął marynarkę i chwycił radio.

Nie zwracał uwagi na zdumioną minę przyjaciółki ciotki Lilly, która wykrztusiła:

– Boże wielki, co się dzieje?

Cioteczna babka Genevy w milczeniu wpatrywała się w wielki pistolet spoczywający na biodrze detektywa.

– Tu Bell – powiedział do mikrofonu detektyw. – Co jest? Luis Martinez odpowiedział bez tchu:

– Strzał. Gdzieś z tyłu budynku, szefie. Był tam Pulaski. Barbe poszła sprawdzić.

– Pulaski – zawołał Bell. – Zgłoś się! Cisza.

– Pulaski!

– O co tu chodzi? – spytała przerażona Lilly. – Boże. Bell uciszył ją gestem.

– Meldować pozycje – polecił przez radio.

– Ciągle jestem na werandzie od frontu – powiedział Martinez. – U Barbe cisza.

– Przejdź do korytarza na parterze, miej na oku tylne drzwi. Tamtędy bym wszedł na jego miejscu. Ale ubezpieczaj obydwa wejścia.- Zrozumiałem.

Bell odwrócił się do Genevy i staruszek.

– Wychodzimy. Natychmiast. – Ale…

– Nie ma czasu. Jeżeli zajdzie potrzeba, wyniosę cię stąd, ale wtedy będzie nam groziło większe niebezpieczeństwo.

Wreszcie odezwała się Barbe Lynch.

– Pulaski dostał. – Potem nadała kod 10-13 – funkcjonariusz potrzebuje pomocy – i wezwała karetkę.

– Tylne drzwi całe? – zapytał Bell.

– Zamknięte na klucz – odparła Lynch. – Tylko tyle mogę powiedzieć.

– Zostań tam, zabezpiecz tylną alejkę. Zabieram ją stąd. Idziemy – zwrócił się do dziewczyny.

Nie była już taka krnąbrna, ale oznajmiła:

– Nie zostawię ich tutaj. – Wskazała na kobiety.

– Niech mi pan zaraz wyjaśni, o co tu chodzi – rzekła cioteczna babka, patrząc na Bella ze złością.

– To sprawa policji. Ktoś może próbować skrzywdzić Geneve. Musicie panie stąd wyjść. Mieszka tu jakaś wasza znajoma, do której mogłybyście na chwilę wstąpić?

– Ale…

– Nalegam, moje panie. Mieszka tu ktoś taki? Szybko. Spojrzały po sobie zalęknione i kiwnęły głowami.

– Chyba Ann-Marie – powiedziała ciotka. – Na końcu korytarza. Bell podszedł do drzwi i wyjrzał. Było pusto.

– Dobra, idziemy.

Staruszki szybko podreptały korytarzem. Bell zobaczył, jak pukają do drzwi. Otwarto im, rozległy się przyciszone głosy i z mieszkania wyjrzała twarz starszej Murzynki. Kobiety zniknęły w środku, zamykając za sobą drzwi, a potem usłyszeli grzechot łańcuchów i zamków. Detektyw i dziewczyna zbiegli po schodach, a Bell przystawał na każdym półpiętrze, trzymając w pogotowiu broń i sprawdzając, czy na dole jest bezpiecznie.

Geneva milczała. Zaciskała tylko szczęki; znów czuła wzbierającą w niej wściekłość.

Przystanęli na dole. Detektyw kazał Genevie stanąć za sobą.

– Luis? – krzyknął.

– Parter czysty, szefie, przynajmniej na razie – odpowiedział głośnym szeptem policjant z korytarza prowadzącego do tylnego wyjścia.

– Pulaski żyje – odezwał się spokojny głos Barbe. – Trzymał broń. Brakuje w niej jednego pocisku. To on strzelał. Nie widać, żeby w coś trafił.

– Co mówił?

– Jest nieprzytomny.

Może więc facet dał nogę, pomyślał Bell.

Albo zaplanował coś innego. Czy bezpieczniej było zaczekać na wsparcie? Tak nakazywałaby logika. Ale czy podpowiadałaby to samo, gdyby pytanie brzmiało: co zamierza zrobić NS 109?

Bell podjął decyzję.

– Luis, zabieram ją stąd. Musisz mi pomóc.

– Tak jest, szefie.

Thompson znów był w spalonym budynku naprzeciw kamienicy, do której weszli Geneva Settle i gliny.

Na razie wszystko szło zgodnie z planem.

Ogłuszywszy policjanta, Thompson wyciągnął z jego glocka pocisk. Przywiązał go gumką do zapalonego papierosa – jak do lontu – i położył zaimprowizowaną petardę w alejce. Następnie włożył broń do ręki nieprzytomnego policjanta.

Zdjął kominiarkę i inną alejką, na wschód od budynku, wydostał się na ulicę. Kiedy papieros się spalił i zdetonował pocisk, a oboje policjanci w cywilu zniknęli, Thompson pobiegł do forda. Miał przy sobie mały łom do podważenia drzwi, ale okazało się, że nie będzie mu potrzebny; samochód był otwarty. Z torby na zakupy wyciągnął kilka przedmiotów przygotowanych poprzedniego wieczoru, zmontował urządzenie, ukrył pod siedzeniem kierowcy i ostrożnie zamknął drzwi.

Prowizoryczne urządzenie było dość proste: składało się z niskiego, szerokiego słoja pełnego kwasu siarkowego, w którym pływał mały szklany świecznik. Spoczywała na nim kulka z folii zawierająca kilka łyżeczek cyjanku. W wyniku ruchu samochodu kulka wpadłaby do kwasu, który strawiłby folię i rozpuścił truciznę. Uniósłby się śmiertelny gaz i obezwładnił wszystkich pasażerów, zanim zdążyliby otworzyć drzwi albo okno. Zaraz potem nastąpiłaby śmierć – ściśle mówiąc, śmierć mózgu.