Wyjrzał przez szczelinę między billboardem a tym, co zostało z frontowej ściany budynku. Na werandzie był ciemnowłosy detektyw, który chyba dowodził całą grupą. Obok niego stał tamten gliniarz w cywilu, a między nimi dziewczyna.
Cała trójka przystanęła na moment, a detektyw dokładnie zlustrował ulicę, dachy, samochody i alejki.
W prawej ręce trzymał pistolet, kluczyki w drugiej. Zamierzali biec do pułapki, w jaką zmienił się samochód.
Doskonale.
Thompson Boyd odwrócił się i szybko opuścił budynek. Musiał się oddalić od tego miejsca. Nadjeżdżali inni policjanci; odgłos syren stawał się coraz głośniejszy. Wychodząc przez tylne drzwi, usłyszał, jak detektyw uruchamia silnik. Potem rozległ się pisk opon.
Oddychajcie głęboko, poradził w duchu pasażerom forda. Pomyślał tak z dwóch powodów: po pierwsze, chciał już mieć z głowy to ciężkie zadanie. Drugą przyczyną był fakt, że śmierć spowodowana cyjanowodorem mogła być wyjątkowo nieprzyjemna. Życząc im szybkiej śmierci, pomyślał to, co przyszłoby do głowy człowiekowi obdarzonemu czuciem, człowiekowi, który przestał być odrętwiały.
Winogronowe, wiśniowe, mleko…
Oddychajcie głęboko.
Wyczuwając całym ciałem ryk silnika – dygotały jej ręce, nogi i plecy – Amelia Sachs mknęła w stronę hiszpańskiego Harlemu. Zanim wrzuciła trójkę, miała już na liczniku sto kilometrów na godzinę.
Była u Rhyme’a, kiedy nadeszła wiadomość: Pułaski dostał, a mordercy udało się podłożyć jakąś pułapkę w samochodzie Rolanda Bella. Zbiegła na dół, odpaliła czerwonego camaro rocznik 1969 i pognała w stronę miejsca ataku we wschodnim Harlemie.
Pruła na zielonym świetle przez skrzyżowania, na czerwonym zwalniała do pięćdziesiątki – patrzyła w lewo, w prawo, a potem redukcja i gaz!
Po dziesięciu minutach skręciła z piskiem opon w Sto Dwudziestą Trzecią Wschodnią, jadąc pod prąd i o włos mijając samochód dostawczy. Przed sobą zobaczyła błyskające światła karetek i trzech radiowozów z miejscowego posterunku. Ujrzała też kilkunastu umundurowanych i paru funkcjonariuszy oddziału ESU, którzy szli chodnikami. Poruszali się ostrożnie, jak żołnierze pod ostrzałem.
Pilnujcie tyłów…
Gwałtownie zatrzymała chevroleta, aż spod opon uniósł się dym, i wyskoczyła, zerkając w głąb alejek i w puste okna, sprawdzając, czy nigdzie nie czai się morderca uzbrojony w igłowe pociski. Wbiegła do alejki, mignęła odznaką i zobaczyła ratowników pochylonych nad Pułaskim. Zdołali mu udrożnić drogi oddechowe i chłopak leżał na wznak. Przynajmniej żył. Ale ujrzała mnóstwo krwi, a jego twarz była okropnie spuchnięta. Sachs miała nadzieję, że coś im powie, lecz był nieprzytomny.
Wszystko wskazywało na to, że chłopak został zaskoczony przez napastnika, który zaczaił się na niego, gdy Pułaski szedł alejką. Nowy był za blisko muru. Kiedy został zaatakowany, nie dostrzegł wcześniej żadnego sygnału ostrzegawczego. Zawsze należało chodzić środkiem chodnika albo alejki, by nikt nie mógł nagle na ciebie wyskoczyć.
Me wiedziałeś…
Ciekawe, czy przeżyje, żeby wyciągnąć z tej lekcji właściwe wnioski.
– Co z nim?
Ratownik nie podniósł głowy.
– Nie mam pojęcia. Ma szczęście, że jeszcze żyje. Dobra, bierzemy go – powiedział do partnera.
Kiedy ułożyli Pułaskiego na noszach i pobiegli do ambulansu, Sachs kazała się wszystkim odsunąć, aby móc zebrać dowody. Następnie wróciła do wylotu alejki i przebrała się w biały kombinezon z tyveku.
Kiedy go dopinała, podszedł do niej sierżant z miejscowego posterunku.
– Sachs, prawda? Skinęła głową.
– Ktoś widział sprawcę?
– Ani śladu. Będzie pani zabezpieczać miejsce? – Tak.
– Chce pani zobaczyć samochód detektywa Bella.
– Oczywiście. Ruszyła naprzód.
– Chwileczkę – rzekł sierżant i podał jej maskę.
– Aż tak źle?
Policjant też naciągnął maskę. Przez grubą gumę usłyszała jego zatroskany głos:
– Proszę za mną.
Rozdział 21
Ochraniani przez funkcjonariuszy ESU dwaj pirotechnicy z szóstego posterunku siedzieli na tylnej kanapie w samochodzie Rolanda Bella. Nie mieli na sobie kombinezonów chroniących przed wybuchem bomb, ale pełny rynsztunek przeciwchemiczny.
Amelia Sachs, w cieńszym białym kombinezonie, stała dziesięć metrów od nich.
– Co masz, Sachs? – odezwał się Rhyme. Wzdrygnęła się zaskoczona i zredukowała głośność. Słuchawka była pod maską.
– Na razie nie mogę podejść, bo jeszcze nie wyciągnęli pułapki. To cyjanek z kwasem.
– Sądząc po śladach na biurku, pewnie siarkowym – odrzekł.
Pirotechnicy powoli i ostrożnie wyciągnęli szklano-foliową pułapkę. Jej elementy zamknęli w specjalnych pojemnikach na niebezpieczne substancje.
Znów odezwało się radio – tym razem zgłosili się funkcjonariusze z oddziału pirotechników.
– Detektywie, unieszkodliwiliśmy urządzenie. Można już sprawdzić samochód. Ale proszę nie zdejmować maski. Nie ma gazu, ale opary kwasu mogą być groźne.
– Dobrze. Dzięki. – Ruszyła w stronę forda.
W słuchawce ponownie zatrzeszczał głos Rhyme’a:
– Zaczekaj chwilę… – Po chwili zakomunikował: – Już są bezpieczni, Sachs. Dotarli na posterunek.
– To dobrze.
Wiadomość dotyczyła niedoszłych ofiar zamachu chemicznego, Rolanda Bella i Genevy Settle. Oboje byli o włos od śmierci. Kiedy jednak szykowali się do biegu z mieszkania ciotecznej babci do samochodu, Bell uznał, że okoliczności ataku na Pułaskiego wydają się trochę dziwne. Gdy Barbe Lynch znalazła nowego, miał w ręku broń. Ale sprawca był za sprytny, żeby zostawiać pistolet policjantowi, nawet jeżeli gliniarz był nieprzytomny. Nie, jeśli nie chciał zabrać broni, przynajmniej odrzuciłby ją gdzieś daleko. Bell doszedł do wniosku, że to sprawca oddał strzał i zostawił broń, aby pomyśleli, że strzelał Pulaski. W jakim celu? Żeby odwrócić uwagę policjantów przed kamienicą.
A po co? Odpowiedź była oczywista: aby przestali pilnować samochodów.
Ford crown victoria był otwarty, a to oznaczało, że sprawca mógł podłożyć w nim bombę. Bell wziął więc kluczyki do chevroleta, którym przyjechali Martinez i Lynch, i wywiózł Geneve z niebezpiecznego miejsca, ostrzegłszy wcześniej wszystkich, by się nie zbliżali do nieoznakowanego forda, dopóki nie sprawdzą go pirotechnicy. Za pomocą kamer fiberoskopowych funkcjonariusze dokładnie obejrzeli samochód z zewnątrz i od wewnątrz i znaleźli pułapkę pod fotelem kierowcy.
Sachs przeprowadziła oględziny wszystkich miejsc: samochodu, dojścia do niego i alejki, gdzie został zaatakowany Pulaski. Znalazła tylko ślady butów Bass, które potwierdziły, że napastnikiem był NS 109, oraz jeszcze jedno urządzenie domowej roboty: pocisk ze służbowego automatu Pułaskiego został przywiązany gumką do zapalonego papierosa. Sprawca zostawił kulę w alejce i wymknął się w stronę ulicy. Gdy pocisk eksplodował, „wystrzał” wywabił policjantów na tyły domu, dając mu okazję do podłożenia pułapki w samochodzie Bella.
Spryciarz, pomyślała Sachs z ponurym uznaniem.
Nie zauważono, aby w chwili ataku w pobliżu zjawił się – może nadal tu był – wspólnik sprawcy, czarnoskóry mężczyzna w wojskowej kurtce.
Ponownie nałożywszy maskę, Sachs dokładnie zbadała szklane elementy chemicznej pułapki, ale nie znalazła odcisków palców ani innych śladów, co nikogo nie zdziwiło. Może cyjanek albo kwas coś im powiedzą. Zniechęcona poinformowała Rhyme’a o wynikach oględzin.