Выбрать главу

– Co sprawdziłaś? – zapytał.

– No, samochód i alejki wokół Pułaskiego. Potem wyloty alejki i trasę, którą podszedł do forda – w obu kierunkach.

Rhyme przez chwilę zastanawiał się w milczeniu. Ogarnął ją niepokój. Coś przegapiła?

– I co myślisz, Rhyme?

– Zrobiłaś wszystko według zasad, Sachs. Właśnie te miejsca należało sprawdzić. Ale czy ogarnęłaś całość?

– Rozdział drugi twojej książki.

– Bardzo dobrze. Przynajmniej wiem, że ktoś ją przeczytał. Zrobiłaś to?

Mimo że podczas oględzin miejsca zbrodni najważniejszy był czas, Rhyme upierał się, by zawsze poświęcić parę chwil na ogarnięcie całości i spojrzenie na miejsce zdarzenia przez pryzmat konkretnego przestępstwa. W swoim podręczniku kryminalistyki podał jako przykład pewne morderstwo w Greenwich Village. Głównym miejscem zbrodni było mieszkanie, gdzie ofiara została uduszona. Drugim było wyjście ewakuacyjne, przez które uciekł morderca. Ale odciski palców sprawcy Rhyme znalazł w trzecim miejscu, na pozór zupełnie niezwiązanym ze zbrodnią: na zapałkach w barze dla gejów trzy przecznice dalej. Nikomu nie przyszłoby do głowy sprawdzić ten lokal, lecz Rhyme odnalazł w mieszkaniu ofiary gejowskie kasety pornograficzne; w trakcie wywiadu w najbliższym barze dla gejów barman rozpoznał ofiarę, przypominając sobie, że tego samego wieczoru była na drinku z jakimś mężczyzną. W laboratorium odkryto odciski palców na zapałkach, które leżały na barze, gdzie siedzieli mężczyźni; ślad doprowadził policję do mordercy.

– Pomyślmy, Sachs. Najpierw układa plan – zaimprowizowany, ale dość skomplikowany – żeby odwrócić uwagę naszych i podrzucić pułapkę w samochodzie. Czyli musi wiedzieć, gdzie każdy jest, co robi i czy zdąży podłożyć pułapkę. Co nam to mówi?

Sachs już się zaczęła rozglądać.

– Obserwował ulicę.

– Rzeczywiście, Sachs. Bardzo dobrze. A skąd mógł obserwować?

– Najlepszą widoczność miał z naprzeciwka. Ale tu jest kilkanaście budynków. Nie mam pojęcia, w którym mógł siedzieć.

– To prawda. Ale Harlem to dzielnica mieszkalna, prawda?

– Tylko…

– Rozumiesz, co mówię?

– Niezupełnie.

– Rodziny, Sachs. Tam mieszkają duże rodziny, nie samotni yuppie. Ktoś musiałby zauważyć wtargnięcie do domu. Albo zwrócić uwagę na faceta przyczajonego w korytarzu czy alejce. Dobre słowo, co? Przyczajony. Mówi wszystko.

– Czyli, Rhyme? – Wrócił mu dobry humor, ale Sachs irytowała się, że bardziej interesuje go zagadka śledztwa niż na przykład stan Pułaskiego albo sytuacja Rolanda Bella i Genevy Settle, którzy ledwie uszli z życiem.

– Nie w mieszkaniu. Nie na dachu – ludzie Rolanda zawsze tam sprawdzają. Musiał się ukryć gdzie indziej. Jak sądzisz, gdzie?

Znów rozejrzała się po ulicy…

– Przed opuszczonym budynkiem stoi billboard. Pomazany graffiti i wyklejony ulotkami – dosłownie przeładowany. Gdyby facet się tam schował, trudno by go było zauważyć. Idę zobaczyć.

Upewniając się po drodze, czy nie widać żadnego znaku obecności sprawcy w pobliżu, przecięła ulicę i okrążyła stary, spalony budynek – chyba dawny sklep. Kiedy weszła przez okno z tyłu, zauważyła grubą warstwę kurzu na podłodze – idealną powierzchnię dla śladów stóp, i jak się można było spodziewać, od razu spostrzegła odciski butów Bass należących do NS 109. Mimo to nałożyła gumki na swoje podeszwy, stosując sztuczkę wymyśloną przez Rhyme’a, by funkcjonariusz dokonujący oględzin nie pomylił własnych śladów ze śladami podejrzanego. Ruszyła w głąb pomieszczenia z glockiem w dłoni.

Idąc po śladach sprawcy w stronę frontu budynku, od czasu do czasu zatrzymywała się, nasłuchując. Usłyszała jakieś pojedyncze szelesty, ale znając odgłosy różnych podejrzanych zakamarków Nowego Jorku, natychmiast odgadła, że to szczury.

Po chwili wyjrzała przez szczelinę w sklejkach, z których był zbudowany billboard, i przekonała się, że istotnie był stąd doskonały widok na ulicę. Poszła po parę narzędzi, a gdy wróciła, spryskała mury barwnikiem fluorescencyjnym i oświetliła ultrafioletem oświetlacza.

Znalazła tylko ślady lateksowych rękawiczek.

Poinformowała o swoich odkryciach Rhyme’a, dodając:

– Zbiorę mikroślady z miejsca, gdzie stał, ale niewiele tu widzę. Facet po prostu nic nie zostawia.

– Profesjonalista do kwadratu – westchnął Rhyme. – Ile razy wydaje nam się, że go wykiwaliśmy, okazuje się, że on już zdążył wykiwać nas. Dobra, przywieź wszystko, co znalazłaś, Sachs. Obejrzymy to.

Czekając na powrót Sachs, Rhyme i Sellitto podjęli decyzję: choć uważali, że NS 109 uciekł spod kamienicy, postanowili na pewien czas umieścić cioteczną babcię Genevy, Lilly Hall, i jej przyjaciółkę w hotelu.

Pułaski był na oddziale intensywnej opieki medycznej i nie odzyskał jeszcze przytomności. Lekarze nie potrafili orzec, czy przeżyje. Dowiedziawszy się o tym, Sellitto ze złością zatrzasnął klapkę telefonu.

– Przecież to pieprzony żółtodziób. Nie miałem prawa włączać go do zespołu Bella. Sam powinienem iść.

Dziwnie brzmiały w jego ustach takie słowa.

– Pomyśl, jaki masz stopień, Lon – zauważył Rhyme. – Kiedy ostatni raz pracowałeś przy ochronie, dwadzieścia lat temu?

Ale tęgiego detektywa wcale to nie pocieszyło.

– Był za cienki na takie zadanie. Głupio zrobiłem. Niech to szlag.

Jego dłoń znów potarła punkcik na policzku. Detektyw był wyraźnie zdenerwowany, a dziś wyglądał wyjątkowo niechlujnie. Zwykle ubierał się tak jak teraz: w jasną koszulę i ciemny garnitur. Rhyme zastanawiał się jednak, czy ma na sobie te same rzeczy co wczoraj. Chyba tak. Na rękawie marynarki było widać plamkę krwi po strzelaninie pod biblioteką – jak gdyby garnitur miał być jego szatą pokutną.

Rozległ się dzwonek.

Po chwili zjawił się Thom w towarzystwie wysokiego i chudego mężczyzny. Człowiek miał bladą cerę, złą postawę, rozwichrzoną brodę i kręcone włosy. Był ubrany w marynarkę z beżowego sztruksu i brązowe spodnie. Uzupełnienie stroju stanowiły sandały.

Jego oczy omiotły szybko laboratorium, a potem spoczęły na Rhymie.

– Czy jest tu Geneva Settle? – spytał bez cienia uśmiechu przybysz.

– Kim pan jest? – spytał Sellitto.

– Nazywam się Wesley Goades.

Ach, prawnik terminator. Rhyme nie bez zdumienia przekonał się, że adwokat naprawdę istnieje. Sellitto wylegitymował go i skinął głową.

Długie palce Goadesa bez przerwy poprawiały grube okulary w drucianych oprawkach albo skubały długą brodę. Mężczyzna nie potrafił patrzeć nikomu w oczy dłużej niż pół sekundy. Jego roztańczony wzrok przywiódł Rhyme’owi na myśl koleżankę Genevy, strzelającą gumą Lakeeshę Scott.

Adwokat podał wizytówkę Thomowi, który z kolei podsunął ją Rhyme’owi. Goades był prezesem Towarzystwa Pomocy Prawnej w Harlemie i członkiem stowarzyszonym Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich. Według informacji drobnym drukiem u dołu miał uprawnienia do prowadzenia praktyki adwokackiej w stanie Nowy Jork, w federalnych sądach okręgowych w Nowym Jorku i Waszyngtonie oraz w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych.

Być może praca dla kapitalistycznych firm ubezpieczeniowych sprawiła, że przeszedł na drugą stronę.

Odpowiadając na pytające spojrzenia Rhyme’a i Sellitta, powiedział:

– Nie było mnie w mieście. Przekazano mi wiadomość, że wczoraj dzwoniła do mnie do biura Geneva. Mówiła, że jest świadkiem w jakiejś sprawie. Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku.

– Jest cała i zdrowa – odrzekł Rhyme. – Ktoś usiłował dokonać zamachu na jej życie, ale jest pod całodobową opieką policji.