– Jest tu przetrzymywana? Wbrew swojej woli?
– Nie, nie przetrzymywana – zaprotestował stanowczo kryminalistyk. – Jest w swoim domu.
– Z rodzicami?
– Z wujem.
– O co tu chodzi? – zapytał adwokat o kamiennej twarzy, spoglądając to na jedną, to na drugą twarz, przebiegając wzrokiem przez tablice z dowodami, sprzęt, plątaninę kabli.
Rhyme jak zawsze nie miał ochoty omawiać prowadzonej sprawy z obcą osobą, lecz adwokat mógł wiedzieć coś ważnego.
– Naszym zdaniem kogoś niepokoi temat pracy semestralnej, jaką zamierza napisać Geneva. O swoim przodku. Wspominała coś panu?
– Ach, o byłym niewolniku?
– Otóż to.
– Dzięki temu ją poznałem. W zeszłym tygodniu przyszła do mojego biura i zapytała, czy wiem, gdzie może znaleźć materiały przestępstw popełnionych w mieście w dziewiętnastym wieku. Pokazałem jej parę starych książek, ale protokołów z tak dawnych procesów nie sposób znaleźć. Nie potrafiłem jej pomóc. – Chudy mężczyzna uniósł brew. – Chciała mi zapłacić, za to, że poświęciłem jej czas. Tego nie robi nawet większość moich prawdziwych klientów.
Ogarniając jeszcze jednym spojrzeniem cały dom, Goades chyba uznał, że przedstawiono mu prawdziwy stan rzeczy.
– Jesteście bliscy złapania tego człowieka?
– Mamy parę tropów – odparł wymijająco Rhyme.
– Proszę jej powiedzieć, że byłem. A gdyby czegoś potrzebowała, niech dzwoni w każdej chwili. – Ruchem głowy wskazał wizytówkę i wyszedł.
Mel Cooper zachichotał.
– Założę się o stówę, że gość musiał kiedyś w swojej karierze bronić puszczyka plamistego czy innego zagrożonego gatunku.
– Nie znajdziesz chętnych do zakładu – mruknął Rhyme. – A w ogóle czemu pozwalamy sobie zawracać głowę? Do roboty!
Dwadzieścia minut później przyjechali Bell i Geneva z pudłem dokumentów i pamiątek od ciotecznej babci dziewczyny, które jeden z funkcjonariuszy przywiózł im na posterunek.
Rhyme poinformował ją o wizycie Wesleya Goadesa.
– Chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku? Mówiłam, że jest dobry. Jeżeli kiedyś kogoś pozwę do sądu, zamierzam go zatrudnić.
Adwokat masowego rażenia…
Do laboratorium weszła Amelia Sachs z zebranymi dowodami, witając Genève i pozostałych skinieniem głowy.
– Zobaczymy, co to jest – oznajmił ochoczo Rhyme. Papieros, który NS 109 wykorzystał jako lont do wywołania „strzału”, był marki Merit, dostępny wszędzie i nie do wykrycia. Papieros się spalił, ale nie został wypalony – w każdym razie na filtrze nie znaleźli śladów zębów ani śliny. Oznaczało to, że prawdopodobnie sprawca nie jest palaczem. Oczywiście na papierosie nie było żadnych odcisków palców. Gumka, którą przytroczył go do pocisku, też nie wyróżniała się niczym szczególnym. Nie potrafili ustalić producenta cyjanku. Kwas można było kupić w wielu miejscach. Pułapkę, w której miał się zmieszać kwas z trucizną, zrobiono ze zwykłych przedmiotów, jakie można znaleźć w każdym domu: szklanego słoja, folii i szklanego świecznika. Nie znaleźli żadnego śladu czy wskazówki, jakie mogłyby ich doprowadzić do konkretnego miejsca.
W opuszczonym domu, skąd morderca prowadził obserwację, Sachs znalazła odrobinę tajemniczego płynu, który przywiozła z kryjówki przy Elizabeth Street (Rhyme wciąż niecierpliwie czekał na wyniki jego analizy z FBI). Zebrała także kilka drobnych płatków pomarańczowej farby, jaką zwykle maluje się drogowskazy albo tablice ostrzegawcze na budowach lub miejscach rozbiórek. Sachs była pewna, że pozostawił je sprawca, ponieważ znalazła płatki w dwóch miejscach, tuż obok śladów jego butów, i nigdzie indziej. Rhyme przypuszczał, że sprawca może udawać robotnika drogowego albo budowlanego. A może naprawdę tym się trudnił.
Tymczasem Sachs i Geneva przeglądały pamiątki rodzinne z domu ciotki. W pudle było kilkadziesiąt starych książek, czasopism, papierów, wycinków, notatek, przepisów, upominków i pocztówek.
Wśród nich odnalazły pożółkły list niewątpliwie napisany ręką Charlesa Singletona. Tym razem jednak jego pismo było znacznie mniej eleganckie niż w poprzedniej korespondencji.
Zważywszy na okoliczności, było to zupełnie zrozumiałe.
Sachs zaczęła czytać na głos:-
– „Piętnasty lipca tysiąc osiemset sześćdziesiątego ósmego roku”.
– Dzień po kradzieży w Funduszu Wyzwoleńców – zauważył Rhyme.
– Czytaj dalej.
– „Violet, cóż to za szaleństwo! Jak dane mi się było przekonać, wszystkie te wydarzenia zostały zaplanowane, mają mnie skompromitować i okryć hańbą w oczach moich współpracowników i szlachetnych, walczących o wolność żołnierzy.
Dziś dowiedziałem się, gdzie mogę szukać sprawiedliwości i wieczorem wyruszyłem do Potters’ Field uzbrojony w mego colta. Moje starania zakończyły się jednak katastrofą, a jedyna nadzieja na ratunek spoczywa zagrzebana na zawsze pod ziemią i gliną.
Tę noc muszę spędzić w ukryciu przed konstablami, którzy już mnie wszędzie szukają, ale rankiem przekradnę się do New Jersey. Wy także musicie uciekać; obawiam się, że i na was będą szukać zemsty. Jutro w południe spotkajmy się przy molo Johna Stevensa w New Jersey. Razem wyruszymy do Pensylwanii, jeśli Twoja siostra i brat zgodzą się udzielić nam schronienia.
W budynku nad stajnią, gdzie się ukrywam, mieszka człowiek, któremu, jak mniemam, mój los nie jest obojętny. Zapewnił mnie, że doręczy Ci tę wiadomość”.
Sachs uniosła wzrok.
– Coś tu jest skreślone. Nie mogę odczytać. Dalej napisał: „Zapadła już ciemność. Jestem głodny i zmęczony, udręczony jak Hiob. Moje łzy – te plamy na liście, najdroższa – nie są jednak łzami cierpienia, a łzami żalu z powodu nieszczęścia, jakie na nas sprowadziłem. Wszystko przez moją przeklętą tajemnicę! Gdybym wykrzyczał ją z wieży ratusza, może nigdy by nie doszło do tych smutnych wydarzeń. Ale za późno już na słowa prawdy. Błagam, wybacz mi moje samolubstwo i nieuczciwość, które doprowadziły do klęski”.
– Sachs oderwała wzrok od listu. – Podpisał tylko „Charles”.
Rhyme pamiętał, że nazajutrz rano rozpoczął się pościg i doszło do aresztowania opisanego w artykule, który czytała Geneva, gdy została zaatakowana.
– Jego jedyna nadzieja? „Zagrzebana w ziemi i glinie”? – Rhyme zerknął na list, który podsunęła mu Sachs. – Znowu nic konkretnego na temat tajemnicy… Co się stało w Potters’ Field? To ten cmentarz dla nędzarzy, prawda?
Mel Cooper wszedł do Internetu i przez kilka chwil szukał informacji. Poinformował ich, że miejski cmentarz dla ubogich znajdował się na Hart’s Island, niedaleko Bronksu. Wyspa była bazą wojskową, a cmentarz otwarto krótko przed wizytą Charlesa, kiedy udał się tam z tajemniczą misją uzbrojony w colta.
– Wojskowa? – spytał Rhyme, marszcząc brwi. Coś sobie przypominał. – Pokaż mi tamte listy.
Cooper spełnił prośbę.
– Patrzcie, tam był zgrupowany oddział Charlesa. Ciekawe, czy to ma jakiś związek. Jest coś jeszcze o cmentarzu?
– Nie – odparł Cooper. – Tylko parę trafień. Rhyme przebiegł spojrzeniem białą tablicę.
– Do diabła, co Charles mógł kombinować? Gallows Heights, Potters’ Field, Frederick Douglass, walka o prawa obywatelskie, kongresmani politycy, Czternasta Poprawka… Co to wszystko może łączyć? – Po dłuższej chwili ciszy kryminalistyk oświadczył: – Trzeba wezwać eksperta.
– Kto jest lepszym ekspertem od ciebie, Lincoln?
– Nie mam na myśli kryminalistyki, Mel – odparł Rhyme. – Mówię o historii. Jest parę dziedzin, w których brakuje mi biegłości.