Выбрать главу

Geneva zmarszczyła czoło.

– KLA? Nie mam tego.

– To z czego piszesz pracę semestralną?

– Z angielskiego.

– Ach, tak. Czyli kulturę afroamerykańską będziesz miała w przyszłym roku?

Chwila wahania.

– W ogóle nie chcę tego wybierać.

– Naprawdę?

Geneva wyczuła w jego głosie nutę krytyki.

– Dostaje się tylko zaliczenie. Wystarczy przychodzić na lekcje. Nie chcę takich stopni na świadectwie.

– Nie zaszkodzi.

– Ale po co? – zapytała bez ogródek. – Słyszeliśmy już o tym setki razy… „Amistad”, niewolnicy, John Brown, segregacja, proces „Brown kontra wydział edukacji”, Martin Luther King, Malcolm X… – Zamilkła.

Z obojętnością nauczyciela Mathers spytał:

– Czyli marudzenie o dawnych czasach? Geneva skinęła głową.

– Tak, chyba tak. W końcu mamy dwudziesty pierwszy wiek. Trzeba żyć dalej. Tamte bitwy już się skończyły.

Profesor uśmiechnął się i zerknął na Rhyme’a.

– Cóż, życzę powodzenia. Proszę dać mi znać, gdybym jeszcze mógł się do czegoś przydać.

– Będziemy pamiętać.

Szczupły mężczyzna podszedł do drzwi, ale odwrócił się w progu.

– Geneva? – Tak?

– Pomyśl tylko o jednym – to rada człowieka, który żyje parę lat dłużej od ciebie. Czasami się zastanawiam, czy te bitwy naprawdę się już skończyły. – Wskazał na tablicę z dowodami i listy Charlesa. – Może po prostu trudniej dziś rozpoznać wroga.

Rozdział 23

Nie uwierzysz, Rhyme, ale są jednak małe miejsca zbrodni. Wiem, bo mam takie przed sobą.

Amelia Sachs stała na Osiemdziesiątej Drugiej Zachodniej niedaleko Broadwayu, przed imponującą rezydencją Hirama Sanforda, wielką i ciemną budowlą wiktoriańską. Mieściła się tu Fundacja Sanforda. Historycznego obrazu Nowego Jorku dopełniało odpowiednie otoczenie: niedaleko ponadstuletniej rezydencji stało muzeum sztuki pochodzące z 1910 roku oraz szereg pięknych zabytkowych kamieniczek. Sachs nie musiała oglądać morderców w poplamionych pomarańczową farbą kombinezonach, żeby poczuć ogarniającą ją grozę; tuż obok fundacji wznosił się bogato zdobiony upiorny gmach hotelu Sanford (plotki głosiły, że według pierwotnych planów właśnie tu chciano nakręcić „Dziecko Rosemary”).

Z rzeźbionych gzymsów spoglądało na nią urągliwie kilkanaście gargulców, jak gdyby szydziły z zadania, jakie otrzymała.

Gdy weszła do budynku, skierowano ją do człowieka, z którym przed chwilą rozmawiał Mel Cooper, Williama Ashberry’ego, prezesa fundacji i członka zarządu Sanford Bank and Trust, do którego należała instytucja non profit. Szczupły mężczyzna w średnim wieku powitał ją z mieszaniną konsternacji i przejęcia.

– Nigdy nie gościliśmy tu policjanta, przepraszam, policjantki, to znaczy nikogo z policji.

Wydawał się nieco rozczarowany, kiedy ogólnikowo wyjaśniła, że interesuje ją historia dzielnicy i nie chce wykorzystać siedziby fundacji do urządzenia żadnej zasadzki ani przeprowadzenia tajnej akcji.

Ashberry bardzo chętnie się zgodził, by poszperała w archiwach i bibliotece, choć nie mógł pomóc jej osobiście; znał się na finansach, nieruchomościach i prawie podatkowym, ale o historii wiedział niewiele.- Tak naprawdę jestem bankowcem – wyznał, jak gdyby Sachs miała jeszcze wątpliwości, widząc jego ciemny garnitur, białą koszulę i prążkowany krawat, a na biurku ułożone w równiutkich plikach dokumenty finansowe i tabelki.

Kwadrans później zaopiekował się nią kustosz – młody człowiek w tweedowym garniturze, który poprowadził ją ciemnymi korytarzami do archiwów znajdujących się w suterenie. Sachs pokazała mu portret pamięciowy NS 109 w nadziei, że być może morderca odwiedził fundację, szukając artykułu o Charlesie Singletonie. Kurator nie rozpoznał jednak mężczyzny i nie przypominał sobie, aby ostatnio ktoś pytał o jakiekolwiek numery „Coloreds’ Weekly Illustrated”. Wskazał jej odpowiednie regały i po chwili siedziała na twardym krzesełku w ciasnym jak trumna boksie, mozolnie przeglądając sterty książek, czasopism, wydruków, map i rysunków.

Do zadania podeszła w taki sam sposób, w jaki dzięki naukom Rhyme’a przeprowadzała oględziny miejsc zbrodni: najpierw ogarnęła całość, potem ułożyła logiczny plan, następnie przystąpiła do właściwej pracy. Na początek podzieliła materiały na cztery grupy tematyczne: informacje ogólne, historia West Side i Gallows Heights, prawa obywatelskie w połowie dziewiętnastego wieku i Potters’ Field. Zaczęła od cmentarza. W trakcie uważnej lektury znalazła potwierdzenie podanej przez Charlesa Singletona informacji o zgrupowaniu jego pułku na Hart’s Island. Dowiedziała się, jak założono cmentarz i jaki ruch tam panował, zwłaszcza podczas epidemii cholery i grypy w połowie i pod koniec dziewiętnastego wieku, gdy na całej wyspie piętrzyły się tanie sosnowe trumny.

Były to ciekawe szczegóły, ale niczego nie wnosiły do sprawy. Otworzyła materiały dotyczące ruchu na rzecz praw obywatelskich. Przeczytała gigantyczną ilość informacji, wśród których znalazły się wzmianki o kontrowersji związanej z Czternastą Poprawką, lecz nie znalazła ani śladu sugerowanego przez profesora Mathersa motywu sfingowania kradzieży rzekomo popełnionej przez Charlesa Singletona. Przeczytała artykuł z „New York Timesa” z 1867 roku o wizycie Fredericka Douglassa i innych wybitnych działaczy na rzecz praw obywatelskich w kościele w Gallows Heights. W rozmowie z dziennikarzem Douglass powiedział, że przyjechał do dzielnicy, aby się spotkać z kilkoma osobami toczącymi batalię o uchwalenie poprawki. O tym już wiedzieli z listów Charlesa. Nie znalazła żadnej wzmianki o Charlesie Singletonie, ale natknęła się na informację o obszernym artykule w „New York Sun” na temat byłych niewolników i wyzwoleńców, którzy współpracowali z Douglassem. W archiwum nie było jednak tego numeru.

Strona po stronie, bez ustanku… Chwilami przerywała lekturę, obawiając się, że przeoczyła kilka ważnych zdań, które mogły rzucić nowe światło na sprawę. Kilka razy wracała do poprzednich fragmentów i ponownie czytała jakiś akapit, który przebiegła wzrokiem, właściwie go nie czytając. Przeciągała się, wierciła, przygryzała paznokcie, drapała się w głowę.

I znów zagłębiała się w dokumentach. Na stoliku rosła sterta przeczytanych materiałów, ale w leżącym przed nią bloku nie było ani jednej notatki.

Z tekstów na temat historii Nowego Jorku Sachs poznała więcej faktów o Gallows Heights. Była to jedna z pierwszych kilku kolonii, właściwie osobnych wiosek takich jak Manhattanville i Vandewater Heights (obecne Morningside Heights) na obecnej Upper West Side. Gallows Heights sięgały na zachód od dzisiejszego Broadwayu do rzeki Hudson i od mniej więcej Siedemdziesiątej Drugiej na północ do Osiemdziesiątej Szóstej. Nazwa pochodziła z czasów kolonialnych, gdy Holendrzy zbudowali szubienicę na szczycie wzgórza pośrodku osiedla. Kiedy ziemię kupili Brytyjczycy, ich kaci powiesili tam dziesiątki czarownic, przestępców, zbuntowanych niewolników i kolonistów, dopóki nie przeniesiono wszystkich nowojorskich instytucji prawnych i karnych do centrum.

W 1811 roku planiści miejscy podzielili Manhattan na dzisiejsze kwartały, choć przez następne pięćdziesiąt lat w Gallows Heights (i większej części miasta) plany pozostały tylko na papierze. W początkach dziewiętnastego wieku obszar ten składał się z plątaniny wiejskich dróg, pustych pól, lasów, chat koczowników, fabryk i doków przy Hudsonie oraz kilku eleganckich wielkich posiadłości. W połowie wieku Gallows Heights zyskały nowe, bardziej zróżnicowane oblicze, które utrwalono na mapie znalezionej wcześniej przez Mela Coopera: duże posiadłości sąsiadowały z kamienicami zamieszkiwanymi przez robotników i mniejszymi budynkami. W miarę jak miasto się powiększało, na południu wyrosły dzielnice opanowane przez gangi. Zjawił się tu także równie bezwzględny jak uliczne złodziejaszki – choć działający na większą skalę – William „Boss” Tweed, jeden z przywódców znanej z korupcyjnych praktyk organizacji demokratów Tammany Hall, który rządził swoją organizacją z barów i restauracji w Gallows Heights (Tweed wyspecjalizował się w czerpaniu zysków z rozwoju dzielnicy; w typowej transakcji zgarniał sześć tysięcy dolarów za sprzedaż miastu maleńkiej działki wartej mniej niż trzydzieści pięć dolarów).