Obszar dawnych Gallows Heights stanowił dziś główną część Upper West Side, jedną z najładniejszych i naj zamożniej szych dzielnic miasta. Mieszkania kosztowały tu po kilka tysięcy dolarów miesięcznie. (Zirytowana Amelia Sachs uprzytomniła sobie, że są tam też najlepsze delikatesy i piekarnie w mieście; dzisiaj jeszcze nic nie jadła).
Przedzierała się przez gąszcz faktów historycznych, ale nie natrafiła na nic, co łączyłoby się ze sprawą. Do diabła, powinna teraz analizować materiał z miejsca zbrodni albo lepiej krążyć po ulicach wokół kryjówki sprawcy, próbując ustalić, gdzie mieszka i jak się nazywa.
Co ten Rhyme kombinuje?
Wreszcie otworzyła ostatnią książkę. Na oko tomisko liczyło z pięćset stron (zdążyła już nabrać wprawy w ocenie objętości książek); okazało się, że stron było pięćset cztery. W indeksie nie znalazła nic istotnego dla swoich poszukiwań. Sachs przekartkowała książkę, ale uznała, że ma już dość. Rzuciła ją na stolik, przeciągnęła się i przetarła oczy. W dusznym wnętrzu archiwum znajdującego się piętro pod ziemią zaczynała się odzywać jej klaustrofobia. Fundację może i w zeszłym miesiącu remontowano, ale Sachs przypuszczała, że suterena wygląda tak samo jak za czasów rezydencji Sanforda. Niski sufit wraz z kamiennymi kolumnami i murami czynił ją jeszcze ciaśniejszą.
Najgorsze było jednak siedzenie. Amelia Sachs nie cierpiała siedzieć jak kołek.
Kiedy jesteś w ruchu, nic ci nie zrobią…
Nie ma małych miejsc zbrodni, Rhyme? Żebyś to widział… Zaczęła się zbierać do wyjścia.
Ale już u drzwi przystanęła, spojrzała na dokumenty i doszła do wniosku, że kilka zdań z tych zbutwiałych książek albo pożółkłych gazet mogło przesądzić o życiu albo śmierci Genevy Settle i innych niewinnych osób, które mógł kiedyś zamordować NS 109.
Usłyszała w głowie głos Rhyme’a: „Kiedy robisz obchód po siatce, szukasz raz, a potem drugi, a kiedy skończysz, szukasz jeszcze raz. Kiedy już wszystko sprawdziłaś, robisz kolejny obchód. A potem…”.
Zerknęła na ostatnią książkę – tę, której nie dała już rady przejrzeć. Westchnęła, usiadła z powrotem, otworzyła pięćsetstronicowy tom i zaczęła go czytać, a po chwili przerzuciła fotografie w środku.
Jak się okazało, był to dobry pomysł.
Zamarła, wpatrując się w zdjęcie Osiemdziesiątej Zachodniej zrobione w 1867 roku. Zaśmiała się cicho, przeczytała podpis i tekst na drugiej stronie. Potem wyciągnęła komórkę i wcisnęła klawisz oznaczony jedynką.
– Znalazłam Potters’ Field, Rhyme.
– Wiemy, gdzie to jest – odburknął do mikrofonu. – Na wyspie w…
– Jest jeszcze jeden.
– Drugi cmentarz?
– Nie cmentarz. To była gospoda. W Gallows Heights.
– Gospoda? – Hm, ciekawe, pomyślał.
– Mam przed sobą zdjęcie albo dagerotyp, czy jak to się nazywa. Baru o nazwie „Potters’ Field”. Był na Osiemdziesiątej Zachodniej.
Czyli mylili się, pomyślał Rhyme. Możliwe, że do fatalnego spotkania Charlesa Singletona wcale nie doszło na Hart’s Island.
– Mam coś lepszego – gospoda się spaliła. Podejrzewano podpalenie. Sprawcy i motyw nieznani.
– Czy słusznie przypuszczam, że zdarzyło się to tego samego dnia, gdy Charles Singleton poszedł tam, żeby… jak to ujął? Szukać sprawiedliwości?
– Aha. Piętnastego lipca. Zagrzebana na zawsze pod ziemią i gliną…
– Znalazłaś o nim coś jeszcze? Albo o gospodzie?
– Jeszcze nie.
– Kop dalej.
– Jasne, Rhyme. Rozłączyli się.
Sachs mówiła przez głośnik telefonu; Geneva wszystko słyszała. Spytała ze złością:
– Sądzi pan, że to Charles spalił gospodę?
– Niekoniecznie. Ale jedną z głównych przyczyn podpalenia bywa chęć zniszczenia dowodów. Może o to mu chodziło – chciał ukryć jakiś szczegół związany z kradzieżą.
– Niech pan popatrzy na list – powiedziała Geneva. – Pisze, że to był plan, żeby go skompromitować. Jeszcze pan nie wierzy, że był niewinny? – Mówiła cicho, wpatrując się w oczy Rhyme’a.
Rhyme wytrzymał jej spojrzenie.
– Wierzę.
Słysząc to, skinęła głową i lekko się uśmiechnęła. Po chwili zerknęła na tarczę sfatygowanego swatcha.
– Powinnam wracać do domu.
Bell obawiał się, że sprawca mógł się już dowiedzieć, gdzie Geneva mieszka. Ustalił już, że zakwateruje ją w bezpiecznym domu dla świadków, ale mogło to nastąpić dopiero wieczorem. Na razie cały zespół musiał po prostu być czujniejszy niż dotąd.
Geneva zebrała listy Charlesa.
– Na razie będziemy je musieli zatrzymać – rzekł Rhyme.
– Zatrzymać? Jako dowód?
– Dopóki nie będziemy wiedzieli, o co naprawdę chodzi.
– W porządku. – Oddała je Melowi Cooperowi. Technik dostrzegł jej zmartwioną minę.
– Mam ci skopiować te listy? Była wyraźnie zakłopotana.
– Tak, proszę. Bo, rozumie pan… to pamiątka rodzinna. Zależy mi na tym.
– Nie ma sprawy. – Cooper zrobił kserokopie i wręczył jej. Dziewczyna ostrożnie je złożyła i schowała do torby.
Bell odebrał telefon i po chwili rzekł do słuchawki:
– Świetnie, proszę tu zaraz przywieźć. Jestem bardzo wdzięczny.- Podał adres Rhyme’a i zakończył rozmowę. – Ze szkoły. Znaleźli taśmę z zapisem obrazu z kamery przy boisku, kiedy był tam wspólnik sprawcy. Przyślą nam tu.
– Mój Boże – rzekł kwaśno Rhyme. – Naprawdę jest jakiś prawdziwy trop w tej sprawie? Nie sprzed stu lat?
Bell przełączył się na szyfrowany kanał i przez radio przekazał Luisowi Martinezowi ich plany. Potem połączył się z Barbe Lynch, która pilnowała ulicy przed domem Genevy. Policjantka zameldowała, że wszystko gra i że będzie na nich czekać.
Na koniec detektyw z Karoliny wcisnął przycisk głośnika w telefonie Rhyme’a i zadzwonił do wuja dziewczyny, by się upewnić, czy jest w domu.
– Taa? – odezwał się wuj. Bell przedstawił się.
– Wszystko z nią dobrze?
– Doskonale. Zaraz będziemy wyjeżdżać. W domu wszystko w porządku?
– W najlepszym.
– Miał pan wiadomości od jej rodziców?
– Od starych? Tak, brat dzwonił do mnie z lotniska. Mają jakieś opóźnienie czy coś. Ale zaraz powinni startować.
Rhyme regularnie latał kiedyś do Londynu na konsultacje w Scotland Yardzie, a także do innych europejskich stolic. Podróż za ocean była równie łatwa jak lot do Chicago albo Kalifornii. Ale dziś wszystko się zmieniło. Witajcie w świecie międzynarodowej komunikacji po jedenastym września, pomyślał. Złościł się, że powrót jej rodziców tak długo trwa. Geneva była chyba najbardziej dojrzałym dzieckiem, jakie w życiu poznał, ale mimo wszystko dzieckiem i powinna przebywać z matką i ojcem.
Rozległ się trzask w odbiorniku Bella i Martinez zameldował:
– Jestem pod domem, szefie. Samochód stoi przed wejściem, drzwi otwarte.
Bell odwrócił się do Genevy.
– Możemy ruszać.
– Masz – powiedział Jon Earle Wilson do Thompsona Boyda, który siedział w restauracji przy Board Street na dolnym Manhattanie.