Выбрать главу

Chudy mężczyzna z fryzurą „na płetwę”, ubrany w niezbyt czyste beżowe dżinsy, podał torbę na zakupy Boydowi, który zajrzał do środka.

Wilson usiadł naprzeciw niego. Boyd nadal oglądał zwartość torby. W środku był duży karton używany przez UPS do pakowania przesyłek. Obok mniejsza torba, z Dunkin’ Donuts, ale nie było w niej pączków. Wilson używał toreb tej sieci, bo były lekko woskowane i chroniły przed wilgocią.

– Jemy coś? – zapytał Wilson.

Zobaczył sałatkę, którą kelnerka niosła do sąsiedniego stolika. Był głodny. Mimo że często spotykał się z Boydem w restauracjach czy barach bistro, nigdy jeszcze nie zdarzyło się im razem jadać. Ulubionym posiłkiem Wilsona była pizza i napój gazowany, które spożywał samotnie w jednopokojowym mieszkaniu zagraconym narzędziami, przewodami i mikroprocesorami. Zdawało mu się jednak, że za całą robotę, jaką dla niego odwalał, Boyd mógłby mu od czasu do czasu postawić jakąś cholerną kanapkę czy coś.

Ale morderca oświadczył:

– Za minutę muszę iść.

Stał przed nim talerz z niedojedzonym szaszłykiem jagnięcym. Wilson zastanawiał się, czy Boyd zamierza go nim poczęstować, ten jednak tego nie zrobił. Uśmiechnął się tylko do kelnerki, gdy przyszła sprzątnąć talerz. Uśmiech na twarzy Boyda – coś nowego. Wilson nigdy przedtem nie widział, żeby facet się uśmiechał (chociaż musiał przyznać, że uśmiech wyglądał cholernie dziwnie).

– Ciężkie, co? – zapytał Wilson, zerkając na torbę. W jego oczach malowała się duma.

– Fakt.

– Chyba ci się spodoba. – Był dumny ze swego dzieła i trochę wkurzony, że Boyd nie odpowiedział.

– Jak idzie? – spytał po chwili Wilson.

– Idzie.

– Wszystko okej?

– Małe komplikacje. Dlatego właśnie… – Wskazał na torbę i nie powiedział ani słowa więcej. Zaczął cicho gwizdać, usiłując dopasować tonację do egzotycznej melodii płynącej z umieszczonego nad nimi głośnika. To była jakaś pokręcona muzyka. Sitary czy coś z Indii, Pakistanu albo diabli wiedzą skąd. Ale Boyd bez trudu trafiał we właściwe dźwięki. Zabijanie ludzi i gwizdanie – te dwie rzeczy wychodziły mu najlepiej.

Dziewczyna za barem z hałasem wrzuciła do pojemnika talerz. Kiedy klienci odwrócili głowy w jej stronę, Wilson poczuł, jak pod stołem coś lekko trąca go w kolano. Wziął kopertę i wsunął do kieszeni swoich dzwonów. Jak na pięć tysięcy dolarów, które miała zawierać, była dziwnie cienka. Ale Wilson wiedział, że znajdzie wewnątrz całą kwotę. Jedno trzeba było Boydowi przyznać: płacił, ile się należało, i to na czas.

Minęła chwila. A więc nie będą jeść. Wilson czuł coraz większy głód, a Boyd spokojnie pił herbatę. Chociaż miał wychodzić „za minutę”.

Co jest grane?

Zaraz uzyskał odpowiedź. Boyd zerknął przez okno i zobaczył poobijaną białą furgonetkę, która zwolniła i skręciła w alejkę prowadzącą na zaplecze restauracji. Wilson dostrzegł kierowcę, niskiego mężczyznę o jasnobrązowej skórze i z brodą.Oczy Boyda pilnie śledziły samochód. Kiedy zniknął w alejce, Boyd wstał i dźwignął torbę. Zostawił pieniądze na stoliku i kiwnął głową Wilsonowi. Ruszył do wyjścia. Ale po drodze zatrzymał się i odwrócił.

– Podziękowałem ci?

Wilson spojrzał na niego zdumiony.

– Że jak?

– Pytam, czy ci podziękowałem. – Pokazał na torbę.

– No, chyba nie. – Thompson Boyd uśmiecha się i dziękuje. Kurwa, chyba jest pełnia księżyca czy co.

– Dzięki – powiedział morderca. – Za ciężką pracę. Naprawdę jestem ci wdzięczny. – Powiedział to jak kiepski aktor. Potem, co też wyglądało dziwnie, mrugnął na pożegnanie dziewczynie za barem i taszcząc ciężką torbę, wyszedł na ruchliwą ulicę dzielnicy finansowej, zmierzając alejką w stronę zaplecza restauracji.

Rozdział 24

Roland Bell zatrzymał nowego forda przed domem Genevy na Sto Osiemnastej.

Barbe Lynch skinęła im głową ze swego posterunku obserwacyjnego: chevroleta malibu, który Bell zdążył im już oddać. Detektyw szybko wprowadził Geneve do budynku, a potem wbiegli po schodach do mieszkania, gdzie wuj mocno ją uściskał i podał dłoń Bellowi, dziękując mu za opiekę nad dziewczyną. Potem powiedział, że musi zrobić drobne zakupy i wyszedł.

Geneva poszła do swojego pokoju. Bell zajrzał do niej i zobaczył, że siedzi na łóżku. Otworzyła torbę i zaczęła w niej szperać.

– Mogę coś dla ciebie zrobić? Jesteś głodna?

– Raczej zmęczona – odrzekła. – Chyba odrobię zadanie. A potem trochę się zdrzemnę.

– Dobry pomysł po tym, co przeszłaś.

– Jak się czuje pan Pulaski? – spytała.

– Rozmawiałem z jego dowódcą. Chłopak ciągle jest nieprzytomny. Nie wiadomo, co z nim będzie. Wolałbym powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale nic nie wiadomo. Później do niego wstąpię i sam zobaczę.

Znalazła jakąś książkę i podała Bellowi.

– Może mu pan to przekazać?

– Jasne, nie ma sprawy… Ale nie wiem, nawet jeżeli się ocknie, chyba raczej nie będzie mógł nic czytać.

– Trzeba być dobrej myśli. Jeżeli się obudzi, może ktoś mu poczyta. To czasem pomaga. Fajnie jest posłuchać. Aha, i proszę mu powiedzieć, albo jego rodzinie, że w środku jest talizman.

– To bardzo miło z twojej strony. – Bell zamknął drzwi i poszedł do salonu zadzwonić do synów i powiedzieć im, że niedługo będzie w domu. Następnie połączył się z członkami swojej brygady specjalnej, którzy zameldowali, że jest bezpiecznie.

Detektyw usadowił się w salonie, myśląc z nadzieją, że wuj Genevy zrobi porządne zakupy. Jego mizerna siostrzenica zdecydowanie musiała nabrać ciała.

Zmierzając do mieszkania Genevy Settle, Alonzo „Jax” Jackson kroczył wolno jednym z wąskich przejść oddzielających budynki w zachodnim Harlemie.

W tym momencie nie był utykającym kryminalistą ani krwawym Królem Graffiti dawnego Harlemu. Był bezimiennym bezdomnym ubranym w brudne dżinsy i szarą bluzę. Pchał wózek na zakupy ukradziony sprzed sklepu, wypełniony zgniecionymi gazetami, które kosztowały go pięć dolarów, i stertą butelek wyciągniętych z kontenera. Miał wątpliwości, czy gdyby ktoś przyjrzał mu się uważniej, uwierzyłby w tę maskaradę – był trochę za czysty jak na bezdomnego – ale musiał nabrać tylko parę osób: na przykład gliniarzy warujących przy Genevie Settle.

Wynurzał się z jednej alejki, przechodził przez ulicę i znikał w drugiej. Był jakieś trzy przecznice do tylnego wejścia do kamienicy, którą pokazał mu ten żałosny dupek Kevin Cheaney.

Ładny dom, cholera.

Znów poczuł się paskudnie, wspominając swoje spaprane plany rodzinne.

Muszę z panem porozmawiać. Bardzo mi przykro. Dziecko… Nie mogliśmy go uratować. To był on?

Przykro mi. Przyrzekam panu, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale… To był on…

Odsunął od siebie ponure myśli. Walcząc ze zwichrowanym kółkiem wózka, które uporczywie skręcało w lewo, i mówiąc do siebie pod nosem, Jax wolno lecz zdecydowanie posuwał się naprzód. Kurczę, śmiesznie będzie, jak mnie zgarną za ten wózek, pomyślał. Uznał jednak, że nie, to wcale nie byłoby śmieszne. Gliniarz przyczepiłby się do niego o jakąś bzdurę i znalazłby broń. Potem sprawdziłby jego tożsamość i koniec, wypieprzyliby go z powrotem do Buffalo. Albo jeszcze gorszej nory.

Stuk, stuk – pchanie wózka z zepsutym kółkiem przez zaśmiecone dróżki było prawdziwą mordęgą. Jax starał się utrzymać tor prosty. Nie mógł jednak opuszczać ciemnego kanionu alejek. Gdyby szedł chodnikiem i zbliżył się do ładnego domu w eleganckiej części Harlemu, na pewno wzbudziłby podejrzenia. Widok faceta z wózkiem w alejce nie był taki dziwny. Bogaci ludzie wyrzucają więcej butelek niż biedni. No i śmieci były tu lepszej jakości. Jeżeli bezdomny chciałby gdzieś myszkować, nie wybrałby środkowego Harlemu, tylko zachodni.