Выбрать главу

Jak daleko jeszcze?

Bezdomny Jax spojrzał przed siebie, mrużąc oczy. Do domu dziewczyny zostały dwie przecznice. Jeszcze kawałeczek. Jeszcze chwila.

Coś mu nie dawało spokoju. Jak uporczywe swędzenie.

U Lincolna Rhyme’a swędzenie mogło być rozumiane dosłownie – zachował czucie w szyi, ramionach i głowie, lecz była to zdolność, bez której chętnie by się obył: dla tetraplegika najbardziej irytującą rzeczą na świecie była niemożność podrapania się w swędzące miejsce.

Tym razem jednak nie chodziło o fizyczne swędzenie. Ale coś mu przeszkadzało.

Coś było nie tak. Co?

Thom zadał mu jakieś pytanie. Rhyme nie zwrócił na niego uwagi.

– Lincoln?

– Myślę. Nie widzisz?

– Nie, to się chyba odbywa w środku – odparł asystent.

– Bądź cicho. Co za licho?

Znów patrzył na tablice z dowodami, profil, stare listy i wycinki, zagadkową minę na odwróconej twarzy Wisielca… Ale to coś widocznie nie miało nic wspólnego z dowodami.

Czyli, jak przypuszczał, powinien to zignorować.

Wracać do…

Rhyme przechylił głowę. Prawie udało mu się uchwycić tę myśl, ale znów umknęła.

Jakaś drobna nieprawidłowość, czyjeś niedawne słowa, które nie pasowały do całości.

I nagle:

– Och, niech to szlag – wyrzucił z siebie. – Wujek!

– Co? – zdziwił się Cooper.

– Jezu. Wujek Genevy.

– Co z wujkiem?

– Geneva mówiła, że jest bratem jej matki.

– No i co?

– Kiedy rozmawialiśmy z nim przed chwilą, powiedział, że rozmawiał z bratem.

– Może chodziło mu o szwagra.

– Jeżeli chodzi ci o szwagra, mówisz o szwagrze… Polecenie, zadzwoń do Bella.

Detektyw odebrał po pierwszym dzwonku. Po melodii poznał, że dzwonią do niego z domu Lincolna Rhyme’a.

– Bell.

– Roland, jesteś u Genevy? – Tak.- Twoja komórka nie ma głośnika, prawda?

– Nie ma. Mów, o co chodzi. – Detektyw instynktownie odchylił połę marynarki i odpiął pasek kabury, w której tkwił większy pistolet. Głos miał spokojny, podobnie jak rękę, ale puls przyspieszył mu o kilka uderzeń.

– Gdzie Geneva?

– W swoim pokoju.

– A wuj?

– Nie wiem. Właśnie wyszedł do sklepu.

– Posłuchaj. Dał plamę i wygadał się. Powiedział, że jest bratem jej ojca. Dziewczyna mówiła, że jest bratem matki.

– Cholera, oszust.

– Idź do Genevy i zostań przy niej, dopóki nie ustalimy co i jak. Wyślę ci jeszcze ze dwa patrole…

Bell podszedł do drzwi pokoju dziewczyny. Zapukał, ale odpowiedziała mu cisza.

Słysząc łomot własnego serca, wyszarpnął berettę.

– Geneva! Nic.

– Roland – zawołał Rhyme. – Co się tam dzieje?

– Chwilę – szepnął detektyw.

Przyjmując pozycję strzelecką, pchnął drzwi i z uniesioną bronią wpadł do środka.

Pokój był pusty. Geneva Settle zniknęła.

Rozdział 25

Centrala, zgłaszam dziesięć dwadzieścia dziewięć, podejrzenie porwania.

Bell opanowanym głosem powtórzył złowrogą wiadomość.

– Ofiara to czarna dziewczyna, szesnaście lat, wzrost metr sześćdziesiąt, waga czterdzieści pięć kilogramów. Podejrzany – czarny mężczyzna, krępy, wiek około czterdziestu pięciu lat, krótkie włosy.

– Zrozumiałem. Patrole w drodze.

Bell zawiesił radio na pasku i kazał Martinezowi i Lynch przeszukać dom, a sam zbiegł na dół. Ulicę przed domem kontrolowała Lynch, a Martinez był na dachu. Ale oboje się spodziewali, że NS 109 albo jego wspólnik nadejdzie z zewnątrz, a nie będzie wychodził z domu. Martinezowi zdawało się, że widział jakąś dziewczynę i mężczyznę, którym mógł być wuj, jak przed trzema minutami opuścili kamienicę. Nie zwrócił na nich uwagi.

Rozglądając się po ulicy, Bell zobaczył tylko paru spieszących się biznesmenów. Pobiegł w stronę alejki obok budynku. Zauważył jakiegoś bezdomnego, który pchał sklepowy wózek, ale był on jakieś dwie przecznice dalej. Bell postanowił, że porozmawia z nim później i sprawdzi, czy nie widział dziewczyny. Wybrał innych potencjalnych świadków – grupkę dziewczynek skaczących przez dwie skakanki.

– Cześć. – Skakanka opadła i dziewczynki spojrzały na detektywa. – Jestem z policji. Szukam kilkunastoletniej dziewczyny. Czarna, szczupła, krótkie włosy. Mógł z nią być dorosły mężczyzna.

Rozległy się syreny nadjeżdżających radiowozów.

– Ma pan odznakę? – spytała jedna z dziewczynek. Powstrzymując zniecierpliwienie i niepokój, Bell z uśmiechem pokazał policyjny identyfikator.

– Jeju.

– Tak, widziałam – odezwała się drobna i ładna dziewczynka. – Poszli tamtą ulicą. I skręcili w prawo.

– Nie, w lewo.- Wcale nie patrzyłaś.

– Właśnie, że patrzyłam. Ma pan pistolet?

Bell pobiegł wskazaną przez nie ulicą. Zobaczył samochód ruszający z przecznicy po prawej. Chwycił radio.

– Do jednostek z wezwania dziesięć dwadzieścia dziewięć. Do wszystkich w pobliżu Sto Siedemnastej… na zachód jedzie bordowy sedan. Zatrzymać i sprawdzić pasażerów. Powtarzam: szukamy czarnej dziewczyny, szesnaście lat. Podejrzany to czarny mężczyzna, czterdzieści kilka lat. Przypuszczalnie uzbrojony.

– Patrol siedem siedem dwa. Jesteśmy prawie na miejscu… Tak, mamy ich. Podjeżdżamy z kogutem.

– Zrozumiałem, siedem siedem dwa.

Bell ujrzał błyskający światłami radiowóz, który zbliżył się do bordowego sedana. Samochód zahamował. Detektyw z mocno bijącym sercem ruszył w tę stronę, widząc, jak funkcjonariusz wysiada z wozu, podchodzi do sedana i pochyla się nad oknem, kładąc dłoń na rękojeści pistoletu.

Proszę, niech to będzie ona.

Policjant gestem pozwolił kierowcy odjechać.

Psiakrew, pomyślał Bell, podbiegając do niego.

– To nie oni?

– Nie, detektywie. Czarna kobieta, trzydzieści kilka lat. Sama.

Bell polecił patrolowi sprawdzić ulice na południu i nadał wiadomość do pozostałych, by skierowały się w przeciwną stronę. Potem wybrał na chybił trafił jedną z ulic i pognał przed siebie. Odezwała się jego komórka.

– Bell.

Lincoln Rhyme zapytał, co się dzieje.

– Nikt jej nie zauważył. Ale czegoś nie rozumiem, Lincoln. Jak Geneva mogłaby nie znać własnego wuja?

– Och, przychodzi mi do głowy kilka scenariuszy na podstawienie dublera. A może to wuj współdziała ze sprawcą. Nie wiem. Ale coś się nie zgadza. Posłuchaj, jak ten facet mówi. Raczej nie jak brat profesora. Słychać ulicę.

– To prawda… Muszę się porozumieć z zespołem. Odezwę się do ciebie. – Bell rozłączył się i wywołał przez radio swoich partnerów.

– Luis, Barbe, zgłoście się. Co macie?

Lynch powiedziała, że żadna z osób na Sto Osiemnastej, z którymi rozmawiała, nie widziała dziewczyny ani wuja. Martinez poinformował go, że nie widziano ich nigdzie w budynku, nie znalazł też żadnych śladów włamania.

– Gdzie jesteś? – spytał Bella.

– Przecznicę na wschód i idę dalej na wschód. Patrole przeczesują ulice. Niech jedno z was się tu zjawi. Drugie zostaje i pilnuje mieszkania.

– Okej.

– Bez odbioru.

Bell przebiegł przez ulicę i spojrzał w lewo. Znów zobaczył bezdomnego, który przystanął, zerknął w jego stronę, a potem pochylił się i podrapał w kostkę. Bell ruszył do niego, żeby go wypytać, czy coś widział.