Выбрать главу

Nagle jednak usłyszał trzaśniecie drzwi samochodu. Skąd dobiegł odgłos? Dźwięk odbił się od murów i nie sposób było odgadnąć. Odezwał się silnik. Przed nim… Ruszył naprzód. Nie, raczej z prawej.

Rzucił się sprintem. W tym momencie ujrzał starego szarego dodge’a, który wyjeżdżał na ulicę. Auto zaraz zahamowało, gdy na skrzyżowanie wolno wjechał radiowóz. Kierowca dodge’a wrzucił wsteczny i przejechał przez krawężnik, zajmując puste miejsce parkingowe i znikając z pola widzenia patrolu. Bellowi zdawało się, że dostrzegł w środku dwoje ludzi… Zmrużył oczy. Tak! To była Geneva i człowiek podający się za jej wuja. Gdy kierowca wrzucił bieg, samochodem lekko szarpnęło.

Bell chwycił radio i wezwał patrole, każąc im zablokować obydwa skrzyżowania.

Ale najbliższy radiowóz, zamiast zastawić ulicę, wyjechał na nią. Wuj Genevy zobaczył policję. Wrzucił wsteczny, wcisnął gaz do dechy i ominął puste miejsce parkingowe, znikając w alejce między szeregami budynków. Bell stracił dodge’a z oczu. Nie wiedział, w którą stronę pojechali. Pobiegł w kierunku miejsca, gdzie ostatni raz widział samochód, wydając patrolom polecenie obstawienia całego kwartału.

Wpadł do alejki i spojrzawszy w prawo, zdążył zauważyć tylny błotnik znikającego auta. Rzucił się za nim, wyciągając z kabury berettę. W pełnym biegu skręcił za róg.

I zamarł.

Stary dodge z piskiem opon jechał na wstecznym prosto na niego, uciekając przez radiowozem, który zablokował mu drogę ucieczki.

Bell nie drgnął. Uniósł berettę. Zobaczył panikę w oczach wuja i przerażoną twarz Genevy, która otwierała usta jak do krzyku. Nie mógł jednak strzelić. Radiowóz znajdował się bezpośrednio za dodge’em. Gdyby nawet detektyw trafił porywacza, pociski z płaszczem mogłyby przejść przez cel i trafić w funkcjonariuszy.

Bell uskoczył na bok, ale bruk był śliski od śmieci i detektyw upadł z jękiem. Leżał prosto na drodze dodge’a. Próbował się jeszcze odczołgać. Ale samochód nadjeżdżał tak szybko, że nie miał szans zdążyć.

Nagle… co się działo?

Wuj nadepnął hamulec. Auto zatrzymało się półtora metra od Bella. Drzwi się otworzyły, wuj z Geneva wyskoczyli z samochodu i pobiegli do niego.- Nic panu nie jest? Nic panu nie jest? – wołał mężczyzna.

– Detektywie, wszystko w porządku? – Geneva pochyliła się nad nim, pomagając mu się podnieść.

Krzywiąc się z bólu, Bell wycelował pistolet w wuja i powiedział:

– Nie rusz mi nawet mięśniem.

Mężczyzna wlepił w niego zdumione spojrzenie.

– Na ziemię. Ręce szeroko.

– Detektywie – zaczęła Geneva.

– Chwileczkę.

Wuj spełnił polecenie. Bell skuł mu ręce, a tymczasem alejką nadbiegali funkcjonariusze z patroli.

– Przeszukać go.

– Tak jest.

– Naprawdę nie wie pan, co pan robi – powiedział wuj.

– Milczeć. – Bell odciągnął Geneve na bok i ukrył we wnęce jakichś drzwi, chroniąc ją przed strzałami z góry na wypadek, gdyby ktoś był na dachu.

– Roland! – Pędziła w ich stronę Barbe Lynch.

Bell oparł się o ceglany mur, łapiąc oddech. Zerknąwszy w lewo, zobaczył bezdomnego, który popatrzył z niepokojem na policjantów, odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku. Detektyw nie zwrócił na niego uwagi.

– Nie musiał pan tego robić – powiedziała Geneva, wskazując kajdanki.

– Przecież nie jest twoim wujem – odrzekł Bell, uspokajając się powoli. – Prawda?

– Nie jest.

– Dokąd cię więc wywoził? Przygnębiona spuściła wzrok.

– Geneva – powiedział surowo Bell. – To poważna sprawa. Mów, o co tu chodzi.

– Poprosiłam go, żeby mnie gdzieś podwiózł.

– Gdzie? Opuściła głowę.

– Do pracy – powiedziała. – Nie mogłam opuścić swojej zmiany. – Rozpięła kurtkę, ukazując firmowy strój z McDonalda. Na wesołej plakietce widniał napis: „Cześć, mam na imię Gen”.

Rozdział 28

O co w tym wszystkim chodzi? – spytał Lincoln Rhyme. Był zdenerwowany, lecz mimo lęku spowodowanego jej zniknięciem, w jego głosie nie było słychać oskarżycielskiego tonu.

Geneva siedziała na krześle przed jego wózkiem na parterze domu Rhyme’a. Sachs stała obok ze skrzyżowanymi ramionami. Właśnie przyjechała ze stosem materiałów z archiwum Fundacji Sanforda, gdzie odkryła prawdę o „Potters’ Field”. Papiery leżały na stole, ale na razie nikt o nich nie myślał, bo uwagę wszystkich zaprzątał nowy, zaskakujący rozwój wypadków. Dziewczyna wyzywająco spojrzała mu w oczy.

– Zapłaciłam mu, żeby zagrał mojego wujka.

– A twoi rodzice?

– Nie mam rodziców.

– Nie…

– …mam rodziców – powtórzyła przez zaciśnięte zęby.

– Mów dalej – powiedziała łagodnie Sachs. Geneva milczała przez chwilę. W końcu zaczęła:

– Kiedy miałam dziesięć lat, ojciec zostawił mamę i mnie. Wyjechał do Chicago z inną kobietą i ożenił się. Założył nową rodzinę. Mocno to przeżyłam. Ale tak naprawdę nie mogłam go za to winić. Mieliśmy okropne życie. Moja mama uzależniła się od prochów, po prostu nie mogła przestać. Ciągle się kłócili – właściwie to ona się kłóciła. Zwykle tato mówił jej, żeby się opamiętała, a ona wtedy wściekała się na niego. Żeby mieć pieniądze na crack, kradła różne rzeczy ze sklepów. – Geneva spojrzała Rhyme’owi prosto w oczy. – Chodziła do koleżanek i przyjmowały tam mężczyzn – wie pan po co. Tato o wszystkim wiedział. Znosił to, ile mógł, a potem wyjechał.

Wzięła głęboki oddech i ciągnęła:

– Potem mama zachorowała. Była nosicielką HIV, ale nie brała żadnych leków. Zmarła na jakąś infekcję. Przez jakiś czas mieszkałam u jej siostry w Bronksie, ale wyprowadziła się do Alabamy i zostawiła mnie u cioci Lilly. Ciocia też nie miała pieniędzy, ciągle ją eksmitowali i musiała mieszkać u przyjaciółek, tak jak teraz. I tak nie byłoby jej stać na moje utrzymanie. Dlatego porozmawiałam z dozorcą budynku, gdzie moja mama czasem sprzątała. Powiedział, że mogę zamieszkać w suterenie – jak mu zapłacę. Mam tam łóżko, starą komodę, kuchenkę mikrofalową, regał. Poczta do mnie przychodzi na jego adres.

– Było widać, że nie jesteś u siebie – zauważył Bell. – Czyje to mieszkanie?

– Małżeństwa emerytów. Mieszkają tam przez pół roku, a na jesień i zimę jadą do Karoliny Południowej. Willy ma drugi klucz. Zapłacę im za prąd – dodała – i odkupię piwo i inne rzeczy, które Willy wziął.

– Nie musisz się tym martwić.

– Muszę – odrzekła stanowczo.

– Z kim wobec tego rozmawiałem, jeżeli to nie była twoja matka? – zapytał Bell.

– Przepraszam. – Geneva westchnęła. – To była Lakeesha. Poprosiłam, żeby udawała moją mamę. Niezła z niej aktorka.

– Ale mnie nabrała. – Detektyw uśmiechnął się na myśl o własnej łatwowierności.

– A twój język? – spytał Rhyme. – Mówisz jak prawdziwa córka profesora.

– Że niby nie jak kumpela z dzielnicy, co nie? – Zaśmiała się ponuro. – Pracowałam nad literacką angielszczyzną, odkąd skończyłam siedem czy osiem lat. – Jej twarz posmutniała. – Jedno muszę ojcu przyznać: zawsze namawiał mnie do czytania książek. Sam też mi czasem czytał.

– Możemy go znaleźć i…

– Nie! – ucięła ostro Geneva. – Nie chcę z nim mieć nic wspólnego. Zresztą ma już inne dzieci. I też nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

– I nikt się nie dowiedział, że jesteś bezdomna? – spytała Sachs.

– A skąd mieliby się dowiedzieć? Nigdy nie składałam wniosku o zasiłek ani kartki żywnościowe i opieka społeczna w ogóle do mnie nie przychodziła. Nigdy się nawet nie zapisałam na darmowe posiłki w szkole, bobym się zdemaskowała. Kiedy potrzebowałam podpisu rodziców na dokumentach, to je podrabiałam. Mam telefoniczną skrzynkę głosową. Keesh nagrała mi wiadomość, udając moją matkę.