Выбрать главу

– Szkoła niczego nie podejrzewała?

– Czasem pytali, czemu nikt nie przychodzi na wywiadówki, ale właściwie się tym nie przejmowali, bo mam same szóstki. Żadnych zasiłków, żadnych kłopotów z policją, dobre stopnie… jeżeli wszystko jest w porządku, nikt cię nie zauważa. – Zaśmiała się. – Zna pan książkę Ralpha Ellisona „Niewidzialny człowiek”? Nie, nie ten film science fiction. To o życiu Murzyna w Ameryce, o tym, że jest niewidzialny. Ja też jestem niewidzialna.

Teraz wszystko nabrało sensu: bywali w świecie rodzice nie kupiliby przecież swojej córce tak nędznego ubrania i taniego zegarka. Zamiast do publicznej szkoły posłaliby ją do prywatnej. Córka profesora college’u nie przyjaźniłaby się z kimś takim jak Keesh.

Rhyme skinął głową.

– Rzeczywiście, nie widzieliśmy, czy dzwoniłaś do rodziców do Anglii. Ale wczoraj, po tym, co się stało w muzeum, zadzwoniłaś do dozorcy, prawda? Namówiłaś go, żeby udawał twojego wujka?

– Tak, powiedział, że się zgodzi, jeżeli mu więcej zapłacę. Chciał, żebym się przeniosła do jego mieszkania, ale to nie był dobry pomysł, rozumie pan? Pomyślałam, że lepiej będzie skorzystać z 2-B, skoro Reynoldsów i tak nie ma. Kazałam mu tylko zdjąć ich nazwisko ze skrzynki na listy.

– Od początku miałem wrażenie, że nie wygląda na twojego krewnego – rzekł Bell, a Geneva odpowiedziała mu kpiącym śmiechem.

– Co zamierzałaś zrobić, kiedy twoi rodzice w końcu by się nie zjawili?

– Nie wiem. – Głos się jej załamał i przez chwilę wyglądała jak bezradne dziecko. Zaraz jednak doszła do siebie. – Wszystko improwizowałam. Wczoraj, kiedy poszłam po listy Charlesa, pamięta pan? – Zerknęła na Bella, który przytaknął. – Wymknęłam się tylnymi drzwiami i zeszłam do sutereny. Tam je trzymam.

– Nie masz tu żadnej rodziny? – spytała Sachs. – Tylko ciotkę?

– Nie, poza niom… – Rhyme po raz pierwszy ujrzał w jej oczach autentyczne przerażenie. Ale nie wywołała go myśl o płatnym mordercy, lecz o tym, że mimo woli zapomniała się przez chwilę i użyła języka ulicy. Pokręciła głową. – Poza nią nie mam nikogo.

– Dlaczego nie zgłosiłaś się do opieki społecznej? – zapytał Sellitto. – Przecież po to jest.

– Kto jak kto, ale ty na pewno masz prawo z niej korzystać – dodał Bell.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, a jej ciemne oczy przybrały jeszcze ciemniejszy odcień.

– Nie chcę niczego za darmo. Poza tym przyszedłby ktoś z opieki zobaczyć, jak wygląda moja sytuacja. Wysłaliby mnie do ciotki do Alabamy. Ona mieszka we wsi pod Selmą, tam jest trzystu ludzi. Do jakiej szkoły mogłabym tam chodzić? Albo zostałabym tutaj i wylądowałabym w jakiejś rodzinie zastępczej w Brooklynie, w jednym pokoju z czterema dziewczynami z jakiejś bandy, musiałabym przez cały dzień słuchać hip-hopu albo oglądać BET, ciągnęliby mnie do kościoła… – Wzdrygnęła się i pokręciła głową.

– Dlatego znalazłaś sobie pracę. – Rhyme zerknął na jej uniform.

– Owszem. Ktoś dał mi kontakt do faceta, który podrabia prawa jazdy. Według dokumentów mam osiemnaście lat. – Zaśmiała się. – Wiem, że nie wyglądam. Ale zgłosiłam się do restauracji, gdzie kierównikiem jest biały staruszek. Kiedy na mnie popatrzył, nie miał pojęcia, ile mogę mieć lat. Przyjął mnie i odtąd tam pracuję. Nigdy nie spóźniłam się na swoją zmianę. Do dzisiaj. – Westchnęła. – Szef wszystkiego się dowie. Będzie mnie musiał wyrzucić. Cholera. A w zeszłym tygodniu straciłam drugą pracę.

– Miałaś drugą pracę? Dziewczyna przytaknęła.

– Przy zmywaniu graffiti. W Harlemie robi się teraz dużo remontów. Widać na każdej ulicy. Firmy ubezpieczeniowe i deweloperskie odnawiają stare budynki i wynajmują za duże pieniądze. Do czyszczenia ścian budowlańcy wynajęli dzieciaki. Płacili naprawdę dobrze. Ale mnie zwolnili.

– Dlatego, że jesteś nieletnia? – spytała Sachs.

– Nie, bo zobaczyłam robotników, trzech wielkich białych facetów, którzy pracowali w jakiejś firmie deweloperskiej. Nie dawali spokoju takiemu małżeństwu staruszków, którzy od zawsze mieszkali w tym budynku. Powiedziałam, żeby przestali, bo zadzwonię na policję… – Wzruszyła ramionami. – No i mnie wyrzucili. Potem naprawdę zadzwoniłam na policję, ale nie mieli ochoty nic zrobić… Dostałam nauczkę za dobry uczynek.

– Dlatego nie chciałaś, żeby pomogła ci pani Barton, ta psycholog – powiedział Bell.

– Gdyby się dowiedziała, że jestem bezdomna, raz dwa znalazłabym się w rodzinie zastępczej. – Wzdrygnęła się. – A tak niewiele brakowało! Za półtora roku mogłam być na Harvardzie albo Vassar. I nagle wczoraj ten facet w muzeum wszystko zniszczył!

Geneva wstała i podeszła do tablicy, gdzie wypisano fakty z życia Charlesa Singletona. Spojrzała na listę.

– Dlatego pisałam o nim pracę. Musiałam udowodnić, że był niewinny. Chciałam, żeby był dobrym mężem i ojcem. Pisał takie cudowne listy. Używał takich pięknych słów. Nawet pismo miał piękne. No i był bohaterem wojny secesyjnej – dodała jednym tchem. – Uczył dzieci i uratował sieroty przed zamieszkami. Nagle się okazało, że mam krewnego, który był dobrym człowiekiem. Był mądry, znał sławnych ludzi. Chciałam, żeby był kimś, kogo mogłabym podziwiać, a nie taki jak ojciec albo matka.

Do pokoju zajrzał Luis Martinez.

– Jest czysty. Nazwisko i adres się zgadza, niekarany, żadnych aresztowań. – Mówił o fałszywym wuju. Rhyme i Bell nikomu już nie ufali.

– Musisz być samotna – odezwała się Sachs. Milczała przez chwilę.

– Tato, zanim nas zostawił, zabierał mnie czasem do kościoła. Pamiętam taką pieśń gospel, naszą ulubioną. Miała tytuł „Nie mam czasu umierać”. I takie jest moje życie. Nie mam czasu czuć się samotna.

Ale Rhyme dobrze już poznał Geneve i wiedział, że się zgrywa.

– A więc masz swoją tajemnicę tak jak twój przodek – powiedział. – Kto ją zna?

– Keesh, dozorca, jego żona. Nikt więcej. – Utkwiła w Rhymie wyzywające spojrzenie. – Wyda mnie pan, prawda?

– Nie możesz przecież mieszkać sama – zauważyła Sachs.

– Mieszkam od dwóch lat – odburknęła. – Mam książki, szkołę. Nikogo mi nie potrzeba.

– Ale…

– Nie. Jeżeli powiecie o mnie prawdę, to będzie koniec. Proszę – dodała. Ostatnie słowo wymówiła bardzo cicho, jak gdyby z trudem przeszło jej przez gardło.

Na chwilę zapadło milczenie. Sachs i Sellitto patrzyli na Rhyme’a, który nie musiał się oglądać na władze miejskie ani przepisy.

– Nie musimy podejmować decyzji teraz – rzekł kryminalistyk. – Przede wszystkim trzeba złapać sprawcę. Wydaje mi się jednak, że powinnaś zostać tutaj, nie w domu dla świadków. – Zerknął na Thoma. – Chyba znajdziemy jakiś pokój na górze, co?

– Jasna sprawa.

– Wolałabym… – zaczęła dziewczyna.

– Tym razem będziemy nalegać – powiedział z uśmiechem Rhyme.

– A moja praca? Nie mogę jej stracić.

– Zajmę się tym. – Rhyme wziął od niej numer i zadzwonił do szefa restauracji McDonalda, któremu w zarysie opowiedział o napaści na Geneve i poinformował go, że dziewczyna przez jakiś czas nie będzie mogła przychodzić do pracy. Kierownik szczerze się zmartwił, zapewniając go, że Geneva jest jego najsumienniejszą pracownicą. Pozwolił jej wziąć tyle wolnego, ile będzie potrzebowała, i zaręczył, że praca będzie na nią czekała.

– Nigdy nie miałem lepszego pracownika – powiedział przez głośnik telefonu. – Rzadko się zdarza, żeby nastolatka była bardziej odpowiedzialna od ludzi dwa razy starszych od niej.