Выбрать главу

– „Potters’ Field” była dokładnie tutaj. Na Osiemdziesiątej Zachodniej. – Zajrzała do dokumentów. – Gospoda miała kiepską reputację. Bywali tam różni kanciarze w rodzaju Jima Fiska i Bossa Tweeda, i politycy związani z Tammany Hall.

– Widzisz, jak cenne może być małe miejsce zbrodni? Jesteś teraz krynicą istotnych informacji.

Sachs posłała Rhyme’owi chmurne spojrzenie, po czym wzięła jedną z kserokopii.

– To jest artykuł o pożarze. Piszą w nim, że tej nocy, kiedy spaliła się „Potters’ Field”, świadkowie słyszeli wybuch w piwnicy, a zaraz potem cały budynek stanął w płomieniach. Podejrzewano podpalenie, ale nikogo nie aresztowano. Nie było ofiar śmiertelnych.

– Po co Charles tam poszedł? – zastanawiał się na głos Rhyme. – Co miał na myśli, pisząc o „sprawiedliwości”? I co może być „zagrzebane na zawsze pod ziemią i gliną”?

Czy odpowiedź na pytanie, kto chciał zamordować Geneve Settle, znajdą w dowodzie albo strzępku starego dokumentu? Sellitto pokręcił głową.

– Szkoda, że to się stało sto czterdzieści lat temu. Na pewno nie ma już po niczym śladu. Nigdy się nie dowiemy.

Rhyme zerknął na Sachs. Pochwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się.

Rozdział 27

Można powiedzieć, że ma pani szczęście – oznajmił jej DavidYu, młody inżynier o nastroszonych włosach, który pracował w miejskiej administracji.

– Przyda się – odrzekła Amelia Sachs. – Mówię o szczęściu.

Stali na Osiemdziesiątej Zachodniej, kawałek na wschód od Riverside Park, i patrzyli na trzykondygnacyjny budynek z piaskowca. Niedaleko stała zaparkowana furgonetka wydziału kryminalistycznego, a obok czekała koleżanka Sachs, Gail Davis, policjantka z oddziału K9, i jej pies Vegas. Policja korzystała głównie z owczarków niemieckich, owczarków belgijskich oraz labradorów – niezastąpionych w wykrywaniu materiałów wybuchowych. Ale Vegas był briardem, owczarkiem francuskim, a rasa ta od bardzo dawna służyła wojsku; briardy mają niezwykły węch i nieprawdopodobną zdolność wyczuwania niebezpieczeństw zagrażających ludziom i zwierzętom. Rhyme i Sachs uznali, że przy oględzinach miejsca zbrodni popełnionej przed stu czterdziestu laty oprócz najnowszego sprzętu mogą się przydać tradycyjne metody.

Inżynier Yu wskazał na budynek wzniesiony w miejscu, gdzie spaliła się gospoda „Potters’ Field”. Na kamieniu węgielnym widniała data 1879.

– Żeby zbudować wtedy taką kamienicę, nie musieli robić wykopów i kłaść płyty. Wykopali pewnie ławy fundamentowe, wylali beton i postawili ściany. To była część nośna. W piwnicy została podłoga z ziemi. Ale potem zmieniły się przepisy budowlane. Na początku dwudziestego wieku musieli położyć betonową podłogę. Ale to też nie był element konstrukcji. Miał tylko spełniać wymogi bezpieczeństwa i higieny. I nie trzeba było kopać.

– Czyli moje szczęście polega na tym, że cokolwiek tam ukryto w dziewiętnastym wieku, ciągle może tam być – powiedziała Sachs.

Zagrzebane na zawsze…

– Zgadza się.

– A pech, że to coś jest przykryte betonem.

– Dość szczelnie.

– Jakiej grubości jest warstwa betonu? Trzydziestu centymetrów?

– Może nawet mniej.

Sachs obeszła dookoła budynek, brudny i zwyczajny, choć wiedziała, że wynajem mieszkania kosztował tu ze cztery tysiące dolarów miesięcznie. Z tyłu domu było wejście prowadzące do piwnicy.

Kiedy wracała przed front kamienicy, zadzwonił jej telefon.

– Detektyw Sachs.

Na drugim końcu linii był Lon Sellitto. Ustalił nazwisko właściciela budynku, którym był biznesmen mieszkający kilka przecznic dalej. Za chwilę miał się zjawić, by wpuścić ich do środka. Po chwili w słuchawce odezwał się Rhyme i Sachs przekazała mu wiadomości usłyszane od Yu.

– Szczęście i pech – podsumował wyraźnie niezadowolony. – W każdym razie załatwiłem ci zespół rozpoznania z radarem i ultradźwiękami.

Zaraz potem przyjechał właściciel budynku, niski, łysiejący mężczyzna w garniturze i rozpiętej pod szyją białej koszuli. Sachs szybko zakończyła rozmowę z Rhyme’em i wyjaśniła, że muszą obejrzeć piwnicę. Mężczyzna zmierzył ją podejrzliwym spojrzeniem, po czym otworzył drzwi do piwnicy i założywszy ręce, stanął obok briarda. Wyraźnie nie przypadł psu do gustu.

Przed kamienicą zatrzymał się Chevrolet blazer, z którego wysiadło trzech członków wydziału rozpoznania Departamentu Policji Nowego Jorku. Funkcjonariusze rozpoznania byli po trosze policjantami, naukowcami i inżynierami, których zadanie polegało na wspieraniu sił operacyjnych i lokalizowaniu sprawców i ofiar przestępstw za pomocą teleskopów, noktowizorów, czujników podczerwieni, mikrofonów i innych urządzeń. Przywitali się z technikami z kryminalistycznego i wyciągnęli z samochodu sfatygowane czarne nesesery, bardzo podobne do tych, w których Sachs nosiła swój sprzęt. Właściciel budynku przyglądał się im spod zmarszczonych brwi.

Funkcjonariusze rozpoznania, w towarzystwie Sachs i właściciela, zeszli do chłodnej i wilgotnej piwnicy, zalatującej stęchlizną i olejem opałowym. Podłączyli do sprzętu komputerowego sondy przypominające końcówki odkurzacza.

– Całą powierzchnię? – spytał jeden z nich.

– Aha – przytaknęła Sachs.

– Niczego nie naruszycie? – upewnił się właściciel.

– Nie, proszę pana – odparł technik.

Zabrali się do pracy. Najpierw postanowili użyć radaru. Radar penetrujący wysyłał fale radiowe i odbierał informacje o przedmiotach, na które natrafił sygnał, tak samo jak tradycyjny radar na pokładzie statku lub samolotu. Jedyna różnica polegała na tym, że dla radaru penetrującego ziemia czy gruz nie stanowiły żadnej przeszkody. Urządzenie działało z szybkością światła i w przeciwieństwie do czujników ultradźwiękowych nie musiało dotykać badanej powierzchni.

Funkcjonariusze sondowali piwnicę przez godzinę, stukając w klawisze komputerów i robiąc notatki, gdy tymczasem Sachs stała z boku, starając się opanować zniecierpliwienie i nie przytupy, wac, by nie zakłócić odczytu urządzeń.

Po zbadaniu podłogi za pomocą radaru technicy sprawdzili monitor urządzenia i na podstawie uzyskanych informacji jeszcze raz obeszli całą piwnicę, dotykając betonu czujnikiem ultradźwiękowym w miejscach, które uznali za istotne.

Kiedy skończyli, poprosili Sachs i inżyniera Yu do komputera, by pokazać im kilka obrazów. Ciemnoszary ekran był dla Sachs zupełnie nieczytelny: pokrywały go jakieś plamy i żyłki oznaczone niezrozumiałymi liczbami i literami.

– Widać przede wszystkim to, czego się można spodziewać pod budynkiem w takim wieku – mówił jeden z techników. – Kamienie, warstwy żwiru, gniazda zgniłego drewna. A tu jest fragment kanalizacji. – Wskazał jakiś punkt na ekranie.

– Pewnie wpust kanału burzowego połączonego z głównym kanałem, który biegnie do Hudsonu – powiedział Yu.

Właściciel nachylił się nad jego ramieniem.

– Pozwoli pan? – mruknęła Sachs. Mężczyzna cofnął się niechętnie.

Technik skinął głową.

– A tutaj… – Pokazał punkt tuż przy tylnej ścianie. – Mamy ping, ale nie ma trafienia.

– Ping?

– Kiedy przychodzi sygnał odbity od przedmiotu, który komputer wcześniej widział, maszyna sugeruje nam, co to może być. Tym razem mamy negatywny wynik.

Sachs widziała tylko plamę trochę ciemniejszą od ciemnego tła.

– Dlatego osłuchaliśmy to ultradźwiękami i znaleźliśmy coś takiego.

Jego kolega wstukał do komputera polecenie i pojawił się nowy obraz, znacznie jaśniejszy i czytelniejszy: widać było na nim nierówny pierścień, a w środku okrągły, nieprzezroczysty przedmiot, z którego wystawała jakaś wypustka. Przestrzeń między przedmiotem a brzegiem pierścienia wypełniały jakieś pręty czy listwy – Sachs przypuszczała, że mogą to być fragmenty kasetki, która po tylu latach po prostu się rozpadła.