– Nie odchodź za daleko – powiedziała do Gail Davis, śmiejąc się nerwowo. – Może trzeba mnie będzie odkopać.
Yu ofiarował się, że sam zejdzie do rowu (oświadczył, że bardzo lubi tunele i jaskinie, co szczerze zdumiało Amelię Sachs). Musiała mu jednak odmówić. W końcu było to miejsce zbrodni, mimo że popełniono ją sto czterdzieści lat temu, a tajemnicza kula i kasetka stanowiły dowody w sprawie, które zgodnie z procedurą należało zabrać i zabezpieczyć.
Robotnicy miejscy spuścili do wykopu drabinę. Sachs z westchnieniem spojrzała w głąb rowu.
– Wszystko w porządku? – zapytał Yu.
– Tak – odrzekła wesoło i zaczęła schodzić. Klaustrofobia w archiwum Fundacji Sanforda w porównaniu z tym to był drobiazg. Stanąwszy na dnie, wzięła łopatę i kilof, które podał jej Yu, i zabrała się do roboty.
Ocierając pot z czoła i co chwilę wzdrygając się z lęku, kopała, wyobrażając sobie z każdym ruchem, jak ściany rowu się zapadają i zasypują ją po czubek głowy.
Wyrywała kamienie, walczyła ze zbitą ziemią.
Zagrzebane na zawsze pod ziemią i gliną…
– Sachs, co widzisz? – odezwał się przez radio Rhyme.
– Ziemię, piasek, robactwo, parę blaszanych puszek, kamienie. Tunel pod budynkiem miał już głębokość trzydziestu centymetrów, potem sześćdziesięciu.
Łopata z brzękiem trafiła na coś twardego. Sachs odgarnęła ziemię i zobaczyła okrągłą ścianę, bardzo starą, której cegły spajała położona byle jak zaprawa.
– Coś mam. Chyba bok zbiornika.
Na dno rowu osypała się garść ziemi. Sachs przeraziła się bardziej, niż gdyby przemknął po niej szczur. W jednej chwili oczyma wyobraźni ujrzała siebie uwięzioną w wykopie, walczącą z ziemią, która sięgała coraz wyżej, napierała na pierś, wypełniała nos i usta. Tonęła w piasku…
Spokojnie, wszystko gra. Kilka razy głęboko odetchnęła. Zdrapała z cegieł następną porcję ziemi.
– Może powinniśmy podeprzeć ściany? – zawołała do Yu.
– Co? – spytał Rhyme.
– Mówię do inżyniera.
– Moim zdaniem chyba wytrzyma – odkrzyknął Yu. – Ziemia jest wilgotna i dość gęsta.
Chyba.
– Jak pani chce – ciągnął inżynier – możemy zrobić szalunek, ale to potrwa kilka godzin.
– Mniejsza z tym! – zawołała. – Lincoln? – powiedziała do mikrofonu.
Usłyszała ciszę.
Uświadomiła sobie nagle, że zwróciła się do niego po imieniu. Żadne z nich nie było przesądne, ale obowiązywała ich niepisana zasada: używanie imion w pracy przynosi pecha.
Jego wahanie świadczyło, że Rhyme także zwrócił uwagę na złamanie zasady. Wreszcie rzekł:
– Mów.
Z krawędzi rowu znów stoczyła się odrobina żwiru i suchej ziemi, prosto na jej szyję i ramiona. Jakiś kawałek trafił w kombinezon z tyveku, który wzmocnił głuchy odgłos. Sachs odskoczyła, przekonana, że ściana się na nią wali.
– Sachs? Wszystko w porządku? Rozejrzała się. Nie, ściana trzymała się mocno.
– Tak. – Wróciła do zdrapywania ziemi z ceglanego zbiornika. Kilofem zaczęła wydłubywać zaprawę. – Dalej nic ci nie przychodzi do głowy, co to może być? – spytała Rhyme’a. Chciała po prostu usłyszeć jego głos.
Kula z ogonkiem.
– Nie mam pojęcia.
Walnęła kilofem w mur. Udało się jej wybić jedną cegłę. Potem drugą. Ze studni wysypała się ziemia prosto na jej kolana. Cholera, co za okropność.
Rósł przed nią kopczyk piasku, ziemi, kamyków i cegieł. Przerwała pracę, otrzepała kolana i wróciła do rozbiórki muru.
– Jak ci idzie? – zapytał Rhyme.
– Jakoś się trzymam – odrzekła cicho, wyciągając kilka kolejnych cegieł. Wokół niej leżało już kilkanaście. Sachs odwróciła się, oświetlając czołową latarką przestrzeń za ścianą: zobaczyła czarną ziemię, popiół, drobiny węgla drzewnego i kawałki drewna.
Zaczęła kopać w suchej ziemi wypełniającej zbiornik. O tej nie można powiedzieć, że jest gęsta, pomyślała, patrząc na brązowe strużki połyskujące w blasku latarki na kasku.
– Sachs! – krzyknął Rhyme. – Przestań! Omal nie krzyknęła z przerażenia.
– Co się…
– Przeczytałem jeszcze raz artykuł o podpaleniu. Napisali, że w piwnicy gospody był wybuch. Granaty z tamtych czasów to były kule z lontami. Widocznie Charles wziął ze sobą dwa. I jeden jest w tej studni! Masz obok siebie niewybuch. Może być tak samo niebezpieczny jak nitrogliceryna. Pies wyczuł materiał wybuchowy! Wyłaź stamtąd!
Chwyciła się ceglanego brzegu studni, aby się podnieść.Ale cegła nagle się obluzowała. Sachs upadła na plecy, a rów zaczęła zasypywać lawina suchej ziemi. Kamienie, żwir i piasek otoczyły ją, unieruchamiając zgięte nogi i pnąc się coraz wyżej w stronę piersi i twarzy.
Sachs wrzasnęła, rozpaczliwie usiłując wstać. Bez skutku; fala sypkiej ziemi dosięgła jej ramion.
– Sa… – zdążyła usłyszeć w słuchawce, zanim kabel wypadł z radia.
Coraz więcej ziemi bombardowało kaskadą jej ciało, bezradnie uwięzione pod naporem masy piasku, która rosła coraz wyżej jak fala powodzi.
Sachs wrzasnęła jeszcze raz – gdy przez wybitą w murze dziurę, niesiona sypkim strumieniem, wypadła kula i potoczyła się w kierunku jej ciała.
Jax opuścił swój teren.
Zostawił Harlem – dzielnicę i jej ducha. Zostawił puste działki zasłane butelkami po piwie, zostawił sklepy, zniszczone plakaty reklamujące ług Red Devil, którym czarni mężczyźni prostowali sobie włosy w epoce Malcolma X, zostawił nastolatków marzących o karierach raperów, uliczne zespoły bębniące w wiadra w parku Marcusa Garveya, stragany sprzedające zabawki, sandały, świecidełka i draperie z kente. Zostawił wszystkie nowe budowy i autobusy wycieczkowe.
Był teraz w okolicy, gdzie nigdy nie wypisał na żadnym murze „Jax 157”, nie zrobił żadnego wrzutu. W eleganckiej części Central Park West.
Patrzył na budynek, w którym schroniła się Geneva Settle.
Po zdarzeniu w alejce niedaleko domu przy Sto Osiemnastej, z Geneva i facetem w szarym samochodzie, Jax znów wskoczył do taksówki i jadąc za radiowozami, dotarł tutaj. Nie miał pojęcia, co to za budynek: stały przed nim dwa samochody policyjne, a od schodów na chodnik prowadził podjazd taki jak dla ludzi na wózkach.
Utykając, szedł przez park i oglądał budynek. Co dziewczyna tam robi? Próbował zajrzeć do środka, ale okna zasłaniały rolety.
Przed domem zatrzymał się następny samochód – ford crown victoria, jeden z typowych gliniarskich wozów – z którego wysiadło dwóch policjantów, niosąc tanią, posklejaną taśmą walizkę i pudła z książkami. Domyślił się, że to rzeczy Genevy. Wprowadzała się.
Pilnują jej jeszcze bardziej, pomyślał zniechęcony.
Wszedł w krzaki, żeby mieć lepszy widok, kiedy otworzą się drzwi, ale w tym momencie ulicą wolno przejechał kolejny radiowóz. Gliniarz za kółkiem chyba obserwował park i chodnik. Jax zapamiętał numer budynku, odwrócił się i dał nura w głąb parku. Szedł na północ, w stronę Harlemu.
Czuł ciężar broni w skarpetce, czuł ciężar ręki swojego kuratora, który ponad trzysta kilometrów stąd być może właśnie zamierzał złożyć niezapowiedzianą wizytę w jego mieszkaniu w Buffalo. Jax przypomniał sobie pytanie, jakie zadał mu faraon Ralph: czy to, co robił, było warte takiego ryzyka?
Zastanawiał się nad tym, wracając do domu.
Myślał: Czy warto było ryzykować dwadzieścia lat temu, balansując na żelaznej belce szerokości piętnastu centymetrów na estakadzie nad Grand Central, żeby wypisać „Jax 157” dziesięć metrów nad ruchliwą drogą, po której sznury aut pędziły z szybkością stu kilometrów na godzinę?