Warto było ryzykować sześć lat temu, kiedy załadował strzelbę nabojem kalibru.12 i wcisnął lufę w twarz kierowcy opancerzonej furgonetki tylko po to, żeby zgarnąć pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt tysięcy dolców? Tyle, żeby wyjść z dołka i zacząć normalnie żyć?
Uznał, że cholerne pytanie Ralpha nie ma sensu, bo wynikało z niego, że Jax ma jakiś wybór. Dzisiaj tak samo jak wtedy nieważne było, czy robił dobrze, czy źle. Alonzo „Jax” Jackson zmierzał prosto do celu. Jeżeli mu się uda, ułoży sobie porządne życie w Harlemie, swoim domu, dzięki któremu był tym, kim był. I domu, na którym odcisnął własne piętno tysiącami puszek sprayu. Po prostu robił to, co musiał.
Ostrożnie.
Thompson Boyd siedział w swojej kryjówce w Queens w masce gazowej z respiratorem i grubych rękawiczkach. Wolno mieszał kwas z wodą, co chwilę sprawdzając stężenie.
Ostrożnie…
To było właśnie najtrudniejsze. Leżący obok cyjanek potasu był niebezpieczny – wystarczyłby do zabicia trzydziestu albo czterdziestu osób – ale w postaci proszku był dość stabilny. Tak jak w bombie, którą podłożył w policyjnym samochodzie, biały proszek musiał się zmieszać z kwasem siarkowym, by powstał śmiertelny gaz (niesławny cyklon B używany przez nazistów w obozach koncentracyjnych).
Wielką niewiadomą był jednak kwas. Przy zbyt małym stężeniu, cyjanowodór będzie się uwalniać zbyt wolno i ofiary zdążą wyczuć zapach i uciec. Zbyt duże stężenie – ponaddwudziestoprocentowe – groziło eksplozją cyjanowodoru, która zniszczyłaby prawie cały pożądany efekt.
Thompson musiał uzyskać stężenie jak najbliższe dwudziesto-procentowego – z prostego powodu: miejsce, w którym zamierzał podłożyć gazową pułapkę – stary dom w Central Parku, gdzie została Geneva Settle – na pewno nie było hermetycznie szczelne. Dowiedziawszy się, że tam ją ukryli, Thompson sam przeprowadził obserwację domu i zauważył nieszczelne okna oraz przestarzałe ogrzewanie i klimatyzację. Uczynienie z tej dużej budowli komory gazowej stanowiło prawdziwe wyzwanie.
…powinieneś zrozumieć, że nasza praca nie różni się od innych zajęć w życiu. Nic nigdy nie idzie gładko i nie jest pewne na sto procent. Nic nie działa tak, jakbyśmy chcieli…
Wczoraj zapewniał swojego pracodawcę, że następna próba pozbawienia Genevy życia będzie udana. Teraz jednak wcale nie był tego pewien.
Zmienimy plan i spróbujemy inaczej. Nie możemy podchodzić do tego emocjonalnie.
Nie podchodził do sprawy emocjonalnie. Ale musiał podjąć radykalne kroki – na kilku frontach. Jeżeli trujący gaz zabije Geneve, świetnie. Nie był to jednak główny cel. Musiał zlikwidować niektóre osoby w domu – gliniarzy, którzy szukali Thompsona i jego pracodawcy. Zabić, wywołać śpiączkę albo uszkodzenie mózgu – nieważne. Ważne, żeby zostali unieszkodliwieni.
Thompson ponownie sprawdził stężenie i nieznacznie je zmienił, biorąc pod uwagę wpływ powietrza na odczyn pH. Odrobinę drżały mu ręce, odsunął się więc na chwilę od stołu, aby się uspokoić.
Ssst…
Zaczął gwizdać „Stairway to Heaven”.
Thompson odchylił się do tyłu, zastanawiając się, jak podłożyć gazową bombę w domu. Miał kilka pomysłów – w tym jeden czy dwa, które miały dużą szansę powodzenia. Jeszcze raz sprawdził stężenie kwasu, z roztargnieniem gwiżdżąc przez ustnik respiratora. Analizator pokazywał wartość 19,99394 procent.
Idealnie.
Ssst…
Nową melodią, jaka odezwała mu się w głowie, była „Oda do radości” z Dziewiątej Symfonii Beethovena.
Amelia Sachs nie została zmiażdżona przez ziemię i glinę ani rozerwana przez dziewiętnastowieczny zabytek artyleryjski.
Umyta i przebrana w czyste rzeczy, stała w laboratorium Rhyme’a, oglądając to, co przed godziną wypadło z suchego zbiornika prosto na jej kolana.
Nie była to stara bomba. Ale nie mieli prawie cienia wątpliwości, że w studni pozostawił to Charles Singleton w nocy piętnastego lipca 1868 roku.
Wózek Rhyme’a stał przy stole do analizy i oboje z Sachs zaglądali do kartonowego pudła z dowodami. Cooper nakładał lateksowe rękawiczki.
– Będziemy musieli powiedzieć Genevie – rzekł Rhyme.
– Będziemy? – powtórzyła bez przekonania Sachs. – Wolałabym nie.
– Powiedzieć mi? O czym?
Sachs odwróciła się szybko. Rhyme cofnął się od stołu i niechętnie zawrócił wózek. Niech to szlag, pomyślał. Powinniśmy być ostrożniejsi.
W drzwiach stała Geneva Settle.
– Znaleźliście w piwnicy gospody coś, co ma związek z Charlesem, prawda? Dowiedzieliście się, że naprawdę ukradł te pieniądze. To miała być ta jego tajemnica?
Zerknęła na Sachs, a Rhyme powiedział:
– Nie, Geneva. Nie. Znaleźliśmy coś innego. – Wskazał głową pudło. – Sama zobacz.
Dziewczyna podeszła do stołu. Stanęła jak wryta, wpatrując się w brązową ludzką czaszkę. To był tajemniczy przedmiot, który widzieli na obrazie ultradźwiękowym i który wytoczył się do rowu. Z pomocą Vegasa, briarda Gail Davis, Sachs odnalazła pozostałe kości, które wcześniej wzięła za listewki starej kasetki. Rhyme orzekł, że są to kości ludzkie. Widocznie ciało zostało wepchnięte do zbiornika pionowo, zanim Charles podpalił gospodę „Potters’ Field”. Czujnik ultradźwiękowy wykrył tylko czubek czaszki i wystające spod spodu żebro, które wyglądało jak lont bomby.
Kości spoczywały w drugim kartonie.
– Jesteśmy prawie pewni, że to szczątki człowieka, którego zabił Charles.
– Nie!
– A potem podpalił gospodę, żeby zatrzeć ślady zbrodni.
– Tego na pewno pan nie wie – warknęła Geneva.
– Nie wiem. Ale to logicznie uzasadniony wniosek. W liście napisał, że idzie do „Potters’ Field” uzbrojony w colta Navy – wyjaśnił Rhyme. – To rewolwer używany podczas wojny secesyjnej. Działał zupełnie inaczej niż dzisiejsza broń, w której bębenek ładuje się od tyłu. Każdą komorę trzeba było załadować przez lufę, kulą i prochem.
Dziewczyna skinęła głową. Nie odrywała wzroku od brązowych kości i bezokiej czaszki.
– W naszych bazach danych znaleźliśmy informacje o tej broni. Jest kalibru.36, ale większość żołnierzy nauczyła się strzelać z niej kulami kalibru.39. Są trochę większe i lepiej pasują. Dzięki temu broń jest bardziej precyzyjna.
Sachs uniosła plastikową torebkę.
– A w czaszce było to. – Wewnątrz spoczywał kulisty kawałek ołowiu. – Kula kalibru.39 wystrzelona z broni kalibru.36.
– Ale to niczego nie dowodzi. – Geneva patrzyła na dziurę w czole czaszki.
– Nie – potwierdził łagodnie Rhyme. – Tylko sugeruje. Ale bardzo wyraźnie sugeruje, że to Charles go zabił.
– Kto to był? – spytała Geneva.- Nie mamy pojęcia. Jeżeli nawet miał jakieś dokumenty, to albo spłonęły, albo się rozpadły, tak jak ubranie. Znaleźliśmy kulę, mały pistolet, który prawdopodobnie miał przy sobie, parę złotych monet i pierścień ze słowem… co to za słowo, Mei?
– Winskinskie. – Technik pokazał plastikową torebkę ze złotym sygnetem w środku. Nad inskrypcją był wygrawerowany profil Indianina.
Cooper dowiedział się, że słowo w języku Indian Delaware oznacza „odźwierny” lub „stróż”. To mogło być imię zmarłego, ale budowa kości czaszki wskazywała, że nie był rdzennym mieszkańcem Ameryki. Rhyme skłaniał się raczej ku przypuszczeniu, że było to hasło jakiegoś bractwa, szkoły albo loży, a Cooper wysłał już e-maile do antropologów i historyków z pytaniem, czy znają tajemnicze słowo.
– Charles na pewno by tego nie zrobił – powiedziała cicho jego krewna. – Nikogo by nie zamordował.